"Veep" (2x01): Prezydent wreszcie zadzwonił

"Veep" (Fot. HBO)

"Veep" (Fot. HBO)

Jeśli nienawidzisz swojej pracy, to "Veep" jest dla ciebie. Bo oglądając tę produkcję można łatwo przekonać się, że są ludzie, którzy nienawidzą tego, co robią, jeszcze bardziej. Niestety, w nowym sezonie nie dzieje się to z korzyścią dla serialu jako takiego.

Na pierwszy rzut oka Selina Meyer (Julia Louis-Dreyfus) ma wymarzoną pracę: ogromne przywileje i zero odpowiedzialności. Jako wiceprezydent ma status bliski prezydentowi - po Waszyngtonie porusza się w limuzynie konwojowanej przez dziesiątki samochodów Tajnej Służby, po USA jeździ kampanijnym autobusem. Jej obowiązki polegają na wygłaszaniu przemówień, prowadzeniu kampanii (jak na początku pierwszego odcinka 2. sezonu), spotykaniu się z obywatelami, udzielaniu okazjonalnych wywiadów telewizyjnych... i w zasadzie na niczym więcej. Selina ma oczywiście zespół doradców, którzy jej w tym wszystkim pomagają.

Ale dla niej to za mało. Meyer uważa, że jest niewłaściwie traktowana przez prezydenta, który nie daje jej żadnych prawdziwych zadań w ramach administracji. Nie ma żadnej władzy. Ma wrażenie, że jest uznawana jako zło konieczne przez zespół Białego Domu. Jest sfrustrowana i nieszczęśliwa, podobnie jak ludzie wokół niej. I to widać w 2 sezonie, gdzie frustracja Meyer osiąga jeszcze wyższe poziomy niż rok temu.

Pierwszy odcinek 2. sezonu opisuje klęskę partii Meyer w wyborach do Kongresu. Wiceprezydent podróżowała po kraju, ale nic to nie zmieniło. Nastrój w Białym Domu jest grobowy. Szef personelu Ben (Kevin Dunn) chce "zostać zamrożony kriogenicznie" i nigdy się nie obudzić. Dla Meyer to idealny moment na "repozycjonowanie" swojego znaczenia w administracji. I się to jej udaje - ale inaczej niż by chciała.

Po zderzeniu z nowym członkiem zespołu, strategiem prezydenta Kentem Davidsonem (którego serdecznie nienawidzi; w tej roli znany m.in. z "The Good Wife" Gary Cole) Meyer dostaje nowe zadanie: zwiększona rolę w polityce międzynarodowej. To nie jest to, czego Meyer chciała. "Prezydent zadzwonił" - mówi w pewnej chwili Meyer jej asystentka. Ale to wcale nie jest nic dobrego W pierwszym sezonie pytanie "Czy prezydent dzwonił" stało się symbolem frustracji Seliny. Teraz sytuacja tylko się pogarsza. "Będziesz reagować zawsze wtedy, gdy Kim zechce postraszyć świat swoim atomowym fiutem" - mówi do niej Ben w jednej z najlepszych scen odcinka. W ten sposób wątek główny 2. sezonu został ustalony.

Niestety, mimo kilku ciekawych i autentycznie zabawnych scen (zwłaszcza scena w Gabinecie Owalnym ze szminką, rozmowy Seliny z Kentem czy też finałowa seria wywiadów telewizyjnych) 2. sezon zaczyna się w bardzo ciężkim stylu. Nie ma w nim lekkości, jest tylko ćwiczenie w pokazywaniu frustracji, złości, gniewu, negatywnych emocji. To najlepiej obrazuje scena - w zamyśle bardzo zabawna - gdy Selina nie pozwala swojej doradczyni Amy wyjść z biura, gdy ta dowiaduje się o wylewie ojca. Ten dialog miał być zapewne bardzo śmieszny, ale jest po prostu niestrawny.

"Veep" miał pokazywać absurdy Waszyngtonu i konformistyczną postawę złapanych w maszynę władzy ludzi, ale widać cynizm w zbyt dużej dawce szkodzi. Start 2. sezonu to tylko męcząca, ciężka do oglądania seria scen, w których nieciekawi, sfrustrowani ludzi wylewają swoje frustracje. A szkoda. Bo "Veep" gromadzi na pokładzie bardzo utalentowany zespół, którego potencjał się marnuje. W pewnym sensie, jest to serial dużo trudniejszy do oglądania niż "House of Cards". Tam Frank Underwood, mimo obrzydliwych metod, był postacią, której można było kibicować a nawet polubić. Za Franka trzymało się kciuki.

Selina i jej zespół nie budzą pozytywnych emocji. To, co miało być zabawne, jest trudne do przełknięcia. Nowa postać - czyli strateg Kent - jest ciekawie zaprojektowana, ale jednocześnie równie odpychająca jak cała reszta. Być może w kolejnych odcinkach serial odzyska swoją lekkość i polot. Ale początek jest po prostu rozczarowujący.

REKLAMA