"The Good Wife" (4x22): Niepewna przyszłość

"The Good Wife" (Fot. CBS)

"The Good Wife" (Fot. CBS)

Druga połowa sezonu "The Good Wife" to czas komplikowania się spraw prywatnych i zawodowych u Alicii Florrick. Finał nie rozwiązał wszystkich jej dylematów, ale na pewno wskazał kierunek, w którym pójdzie jej historia. Spoilery.

Po pierwszej części 4. sezonu krytykowałam "The Good Wife", przede wszystkim za przegięty wątek męża Kalindy. Miałam też wrażenie, że historia samej Alicii robi się wtórna. Teraz pozostaje mi to tylko odszczekać - "TGW" po czterech sezonach to wciąż najlepszy, najbardziej dojrzały serial dramatyczny, jaki mają do zaoferowania amerykańskie stacje ogólnodostępne, z roku na rok karmiące widza coraz większymi banałami opakowanymi w na pozór oryginalne pudełka.

Odcinek "What's in the Box?" podobał mi się właściwie pod każdym względem. Sprawa odcinka, związana z wyborami na gubernatora i trochę przypominająca historyczną wojnę w sądzie o prezydenturę pomiędzy George'em Bushem a AlemGore'em, to prawdziwa jazda bez trzymanki, pełna zwrotów akcji, cynicznych zachowań prawników i niewymuszonego humoru. Nie ma sensu tu opisywać jej przebiegu, dość powiedzieć, że sprawę oglądało się jak porządny thriller, a na dodatek mieliśmy okazję zobaczyć barwne postacie gościnne, grane przez Marthę Plimpton (czy ktoś potrafi policzyć, ile Patti ma już dzieci?), Anę Gasteyer (moim zdaniem występ świetny, ale zdecydowanie za krótki) i Denisa O'Hare'a (jeden z moich ulubionych sędziów powrócił i ma jeszcze więcej uroku niż kiedyś). I jeszcze ta biedna babcia z komisji wyborczej (Estelle Parsons)! Takich gości powinien mieć każdy serial.

Pełna pasji i nieczystych zagrań wojna o głosy do świtu okazała się, o ironio, zupełnie niepotrzebna - Peter i tak wygrał, a jego przewaga nad Krestevą (trochę szkoda, że Matthew Perry nie wpadł nawet na moment) była nadspodziewanie wysoka. Ale emocji tej nocy nie zabrakło też poza salą sądową - Will i Alicia znów weszli do tej samej rzeki przy dźwiękach piosenki "Lumina" Joan Osborne. Fantastycznie dobrany utwór, swoją drogą.

Cary tymczasem przygotowywał swoją małą secesję, i niemal do samego końca wydawało się, że nie czeka go jednak wielki sukces. Czynsz okazał się za wysoki, Kalinda negocjowała bez sentymentów, Alicia tylko na niego nakrzyczała... Nie tak się tworzy kancelarię, która ma coś zdziałać w Chicago.

I tu należą się brawa dla scenarzystów za ostatni zwrot akcji. Kiedy Alicia, przyszła pierwsza dama Illinois, uciekła ze sztabu Petera w dzień jego sukcesu, wydawało się, że biegnie do Willa. To byłoby bardzo miłe i proste, nie? Zostawiła Petera, bo wybrała Willa. Ale nie, ona nie wybrała Willa, ona w ten symboliczny sposób "porzuciła" męża dla kariery. Dla nowego wyzwania zawodowego - bo wiadomo, że przyszłość młodej firmy w dużym mieście pełnym prawników jest w najlepszym razie niepewna.

Sugestie, że Cary i Alicia to nowi Will i Diane, pojawiały się co jakiś czas od pamiętnego odcinka "Red Team, Blue Team". W ostatnich odcinkach to się nawarstwiało. Alicia została partnerem w Lockhart Gardner i zaczęła poznawać kierowanie firmą od środka. Widać było przy tym, jak nie podoba jej się sposób rozwiązywania niektórych problemów przez Willa i Diane. Teraz będzie na swoim, będzie mogła podejmować takie decyzje, jakie tylko zechce. Jestem zachwycona nie tylko tym, jak rozegrano te ostatnie minuty finału, ale też samą decyzją Alicii. Nowa sytuacja zawodowa sprawi, że 5. sezon będzie czymś zupełnie nowym, świeżym. Dotychczasowi współpracownicy znajdą się po dwóch stronach barykady, co pewnie nieraz podgrzeje atmosferę na sali sądowej.

Trójkąt Will - Alicia - Peter pozostaje bez rozstrzygnięcia. Alicia teraz jest z mężem i to się raczej na początku nowego sezonu nie zmieni. Ale należy pamiętać, że jej odejście z Lockhart Gardner to też usunięcie ważnej przeszkody, niepozwalającej zaangażować się w związek z Willem: on już nie będzie jej szefem. Jeśli będą razem, nie będą musieli przejmować się tym, że ktoś ich przyłapie. Że Diane będzie ich strofować jak niegrzeczne dzieci. To nie jest bez znaczenia, choć nie sądzę, by Alicia miała jesienią wskoczyć Willowi do łóżka. Jej decyzja to raczej próba odseparowania się od Willa i spojrzenia na to wszystko z dystansu. Ale z drugiej strony to też jasny sygnał, że nie interesuje jej bycie pierwszą damą. Ona chce robić karierę, chce pracować - i to jeszcze więcej, jeszcze bardziej niż do tej pory. Nie zamierza znowu być tylko żoną swojego męża.

Bardzo się cieszę, że Robyn przechodzi do Florrick, Agos and Associates. Polubiłam tę dziewczynę, równie obrotną w pracy i prawie tak tajemniczą jak Kalinda, a jednocześnie zupełnie od niej inną, i nie mam nic przeciwko oglądaniu jej jeszcze częściej. Stosunki na linii Cary - Kalinda w 5. sezonie pewnie ulegną ochłodzeniu, co jednak mnie szczególnie nie martwi. Co ma być, to będzie.

Z "What's in the Box?" zapamiętam jeszcze gościnny występ burmistrza Nowego Jorku Michaela Bloomberga, próbę sił Petera i Jackie, a także tę króciutką a uroczą scenę, kiedy Alicia budzi się w sztabie przed 6:00 rano, a tam Eli ogląda "Hostel 3". To wszystko rzeczy mało znaczące dla fabuły, a jednak były dokładnie takie, jak być powinny, i pojawiły się tam, gdzie być powinny.

"The Good Wife" to produkcja doskonała, złożona, pełna rewelacyjnych bohaterów, perfekcyjnie napisanych spraw tygodnia i przeróżnych smaczków. To serial, który jest jak wino - im starszy, tym lepszy. Martwi mnie tylko jego oglądalność i myśl, że 5. sezon może już być ostatni. Niektórzy bohaterowie po czterech sezonach to wciąż dla mnie zagadka, z innymi najchętniej nie rozstawałabym się nigdy. Mam nadzieję, że za rok nie będziemy zmuszeni pożegnać się z nimi wszystkimi na zawsze.

REKLAMA