"Kości" (8x24): Te waszyngtońskie korki...

"Kości" (Fot. FOX)

"Kości" (Fot. FOX)

To było rozczarowujące, niespójne, choć niepozbawione odrobiny uroku kilkadziesiąt minut z "Bones". Po prostu irytujący finał słabego sezonu pełen dziwacznych pomysłów, wątpliwych decyzji i zwykłych bredni. Spoilery.

Zresztą nie ma się co ociągać z ujawnianiem zestawu informacji niepożądanych. Uwaga...

Spoiler nr 1: Brennan (Emily Deschanel) w końcu oświadczyła się Boothowi (David Boreanaz), czyli będzie ślub.

Spoiler nr 2: Nie. Wróć. Nie będzie ślubu – zabronił im tego Christopher Pelant (Andrew Leeds).

Spoiler nr 3: Wszyscy nasi (jeszcze) ulubieni bohaterowie żyją.

Zanim jednak do tego doszło, pierwsze minuty "The Secret in the Siege" zwyczajnie mnie uwiodły. Miałem nawet nadzieję, że serial cofnął się we wspaniałe okolice drugiej połowy 6. sezonu. Wszystko rozpoczęła wizyta w (prawdopodobnie) nieprzyzwoicie wielkiej posiadłości, w odwiedzinach u rozpoczynającego właśnie dzień roboczy Pelanta – hogdinsowe dolary zdecydowanie się nie zmarnowały. Dodajcie do tego krótką wycieczkę do naszej ulubionej pary, świeże zwłoki tygodnia, zaskoczonego inscenizacją morderstwa Sweets (John Francis Daley) oraz zaskakująca tożsamość ofiary. Efekt? Humor, napięcie, tajemnica – początek idealny.

Niestety chwilowe zawierzenie scenarzystom przyniosło jedynie smutek i rozczarowanie. Z każdym kolejnym zgonem i z każdym fałszywym tropem sprawa zupełnie się rozlazła, serwowane po drodze tłumaczenia i odpowiedzi jedynie irytowały, a same ofiary zeszły na dalszy plan. W międzyczasie pojawiła się też pierwsza z trzech informacji niepożądanych, a o pozostałe dwie zadbał nie kto inny, jak sam główny złoczyńca.

Oczywiście to dalej był odcinek "Kości", więc nie zabrakło i kilku uroczych scen. Odcinek obfitował również momenty, w których widać było, jak bardzo twórcy przywiązani są swoich bohaterów. Świetnie wypadła rozmowa o umieraniu Brennan i Bootha kończąca się "You're not allowed to die (...)". Pozytywnie zaskoczyła również ostatnia scena odcinka, czyli rozmowa niedoszłych państwa młodych – już późnym wieczorem, w mieszkaniu, gdy Christine spokojnie zasnęła.

Urok tych scen nie ratuje jednak samego odcinka. Niestety poza dziurami w scenariuszu, jego największą wadą był sam złoczyńca roku, czyli Pelant. Miał on przecież stanowić wyzwanie dla Temperance. Miał on być dla niej tym, kim dla Seeleya był Broadsky. Tymczasem w finale, po kilkunastu miesiącach przygotowań, zrobiono z niego nieskuteczną karykaturę przeciwnika: unieruchomiono w wielkiej posiadłości, zmuszono do korzystania z pomocników, a cały jego geniusz sprowadzono do kilku sztuczek, majstrowania przy światłach i finalnie naciąganego szantażu nie tej osoby co trzeba. Co zrobiłby oszpecony Pelant, gdyby Booth nie zgodził na jego żądania? Zabiłby wszystkich wzrokiem? Zepsuł komuś komputer?

Najgorsze jest jednak to, że ów bandyta po przejściach przez ostatnie miesiące nie zachwycał skutecznością knowań przeciw obiektom swoich obsesyjnych rozmyślań. Cóż osiągnął w przeciągu ostatniego roku? Wyzerował konta Jacka Hodginsa (T.J. Thyne)? Serio? Bo chyba do sukcesów nie zaliczymy wykorzystania całego tego wielkiego, pokręconego umysłu i mnóstwa kasy w celu zakorkowania miasta słynącego (uwaga!) z korków...

Całe szczęście, że kolejny odcinek grozi nam dopiero za kilka miesięcy – przynajmniej "Krzyś" może spokojnie poświęcić się organizacji miejskiego ruchu.