"Happy Endings" (3x23): Sympatyczne pożegnanie

Tydzień temu odcinkiem "Brothas and Sisters" pożegnało się z widzami "Happy Endings". Nawet jeśli serial nie zostanie przywrócony do życia przez żadną kablówkę, ten odcinek sprawił, że będę go dobrze wspominać. Spoilery.

Dziś w cyklu "Mocno spóźnione recenzje" finał "Happy Endings". Odcinek dobry, a nawet bardzo dobry, który sprawia, że z jednej strony myślę, jak bardzo będę tęsknić za tym serialem, a z drugiej - zgrabnie pozamykał wszystkie wątki, nie zostawiając zbyt wielu pytań.

Podtrzymano tradycję, że jeśli jest finał, to musi też być wesele. Fajnie było poznać, i to od razu w roli panny młodej, najstarszą siostrę Kerkovich (Stephanie March), nawet jeśli wcześniej nie było jej ani we Flashbackach (oczywiście, że Alex i Jane tak nazywają album ze zdjęciami), ani w rozmowach bohaterów. Jane, kuląca się ze strachu, co powie starsza siostra, jeśli coś pójdzie nie tak, stanowiła niewątpliwie jedną z największych atrakcji odcinka. "Laminacja, Jane? Czemu nie pokryłaś tego brokatem, ty... tania dziwko?". Oj, tak, te siostry są niewątpliwie wyjątkowe.

Rzeczy, których będzie mi najbardziej brakowało w związku z zakończeniem emisji "Happy Endings", mogłabym wymieniać bez końca, ale niewątpliwie w pierwszej trójce jest Elisha Cuthbert jako Alex, najsłodsza telewizyjna idiotka. Tylko ona potrafi połączyć dziecięcy urok z szalonym erotyzmem w takich scenach, jak ta z pierścionkiem-lizakiem albo ta, w której oznajmiła, że cukierki z jadalnymi papierkami to niesamowita oszczędność czasu. Albo jej szczere wyznanie w rozmowie z jakąś wścibską ciotką, że ma naprawdę wariackie zachcianki. Oj, Alex... Scenarzyści "Happy Endings" opanowali do perfekcji pisanie dla niej najbardziej rozbrajających tekstów na świecie i boję się, że nawet jeśli Elisha dostanie kiedyś kolejną fajną rolę komediową, to już nie będzie to samo.

Rozstanie Alex z Dave'em przyjęłam bez większego zaskoczenia czy smutku - czyli chyba dokładnie tak jak oboje zainteresowani. W trakcie sezonu widać było, że oni są bardziej kumplami niż parą i choć nie sądziłam, że tak szybko się rozstaną, to było nie do uniknięcia. Wątek zakończenia ich związku poprowadzono całkiem zgrabnie, dając przy okazji coś do roboty wyjątkowo stanowiącym tło Penny i Maksowi (Gay Sir i Countess Von Boobs to, swoją drogą, też jeden z najlepszych tekstów odcinka). Choć to, jak puścili w ruch plotkarską machinę, oraz rezultaty jej uruchomienia wielkim zaskoczeniem nie były.

Specjalnie mnie też nie ruszyło wyznanie Brooke, że nie jest perfekcyjna - to po prostu wisiało w powietrzu. Ale muszę przyznać, że moment na publiczne wyznanie wybrano świetnie, a to, że niebo zawaliło się chwilę potem na weselników (oczywiście w przenośni), wydało mi się logicznym następstwem tego, co powiedziała Brooke. I oczywiście spowodowało szczere parsknięcie śmiechem.

Ach, no i jeszcze czarny Elliot, niewzruszenie znoszący kolejne dziecinne zachowania Brada. Ten gość nie jest zabawny, ten gość jest idealnym dodatkiem do prawie idealnej Brooke: wie wszystko, potrafi wszystko, zna Blaira Underwooda i nawet jeśli zrobi dziecko przed ślubem, to jest noszony na rękach. Ale w sumie nie dziwię się, że rodzice Brooke od razu zwariowali na jego punkcie. Elliot wygląda jak wymarzony materiał na zięcia.

Nie chcę, żeby "Happy Endings" się kończyło. Nawet jeśli druga część sezonu miała sporo słabszych momentów i odcinków-zapychaczy, było też mnóstwo perełek. Takiej chemii nie ma chyba żadna obsada serialu komediowego (sorry, "Parks & Rec", nawet u was nie wszyscy ze wszystkimi tak świetnie współgrają), tak zabawnych i inteligentnych tekstów, jak te, wypowiadane przez bohaterów "Happy Endings", też ze świecą szukać.

Jednocześnie przyznaję, że kiedy nawalają dialogi - a było w tym roku kilka odcinków, w których to się działo - zaczyna wychodzić na wierzch wtórność serialu. Widać, że jest to po prostu nowocześniejsza wersja "Friends", która nie zawsze do końca działa. Poza tym scenarzyści powinni jednak zostawiać mniej dziur i dbać o powiązania między odcinkami. Przykładowo, niedoszły mąż Penny ledwie parę razy mignął nam na ekranie, a tu się okazało, że się jej oświadcza. A potem nic z tego nie wyszło. A w międzyczasie jeszcze było parę odcinków, w których zupełnie go nie było, jakby nagle wyjechał gdzieś daleko, a Penny straciła świadomość jego istnienia. Tak się nie robi.

Te wady nie przekreślają w moich oczach całości - wiem, że trudno o serial, który ma ponad 20 genialnych odcinków na sezon. Wszystkie produkcje, które mają długie sezony, w końcu dopada słabszy moment. Końcówka "Happy Endings" pokazała, że słabszy moment kiedyś się kończy, dlatego chciałabym, aby USA Network faktycznie przyjęło ten sympatyczny serial pod swoje skrzydła (myślę, że nie jest to niemożliwe - "Happy Endings" ma grono wiernych fanów, które jak na warunki kablówki jest całkiem liczne). I może zamówiło krótszy sezon, np. 13 albo 15 odcinków? Nie byłoby wreszcie odcinków o niczym.

Trzymam kciuki za powrót "Happy Endings", a jeśli to już koniec, to cieszę się, że zrobiono pożegnanie w dobrym stylu.

REKLAMA