"Arrow" (1x23): Kwestia poświęcenia

"Arrow" (Fot. CW)

"Arrow" (Fot. CW)

Pierwszy sezon przygód Olivera Queena już za nami. I mimo wielu potknięć, warto było się z nim zaprzyjaźnić. Potwierdza to także bardzo dobry finał. Spoilery.

Nie jestem fanem produkcji o superbohaterach. Na filmy tego typu chodzę - jeśli już - głównie dla efektów specjalnych. "The Avengers" był całkiem OK, podobnie jak dwie pierwsze części "Iron Mana". Podobało mi się to, co zrobił Christopher Nolan z Batmanem, bo była to przemyślana próba wyciśnięcia nowych, bardziej ambitnych treści z popkulturowego kiczu. Z tych samych powodów wybieram się na "Man of Steel", bo zastanawiam się, czy historię o Supermanie można interpretować inaczej niż do tej pory.

Serialowi superbohaterowie kojarzą mi się przede wszystkim z dobrym 1. sezonem "Heroes". Nie jestem może najlepszą osobą do recenzowania "Arrow", ale przyznam, że mimo kilku oczywistych wad serial ma swój styl i można go z dużą przyjemnością oglądać. Ten styl ociera się o kicz i tandetę (paradoksalnie najbardziej kiczowate są elementy, które nie dotyczą misji Queena w Sterling City), ale jest po prostu dobrym produktem rozrywkowym. Zaznaczam - nie miałem styczności z komiksowym oryginałem.

Taki był też finał "Arrow" - trzymający w napięciu i mimo wszystko mający słodko-gorzki posmak. Cena, którą przyszło zapłacić Oliverowi za ratunek dzielnicy Glades, była bardzo wysoka. Nie tylko jego matka prawdopodobnie trafi do więzienia, ale też będzie on musiał zmagać się ze śmiercią swojego najlepszego przyjaciela. No i nie udało się zapobiec eksplozji bomby sejsmicznej, chociaż jak się można domyśleć liczba ofiar śmiertelnych była niższa niż planował to Malcolm Merlyn. Flashbacki były na szczęście tym razem krótkie i o dziwo efektowne.

Bohaterska śmierć Tommy'ego kończy przy okazji zdecydowanie najgorszy element całego serialu, czyli wątek miłosny i trójkąt Tommy - Oliver - Laurel. O ile twórcy potrafią w miarę radzić sobie z dialogami, to pisanie rozmów o miłości jest zdecydowanie ich słabą stroną. Cała koncepcja tego trójkąta była zresztą całkowicie nieprzekonywująca, źle poprowadzona i męcząca. Nie pomagała także bardzo nierówna, momentami wręcz słaba gra Katie Cassidy.

Można naśmiewać się z "Arrow". Na przykład tytuł finałowego odcinka "Sacrifice" można było rozpoznać po tym, że w pierwszych kilkunastu minutach każda z postaci na ekranie musiała w jakimś kontekście wypowiedzieć słowo "poświęcenie". Ale nie można przecież oczekiwać tu poziomu wyrafinowania i odniesień do kultury i historii rodem z ambitniejszych produkcji.

"Arrow" ma jedną podstawowa zaletę. Nawet jeśli trafiał się słabszy odcinek - a w 1. sezonie było takich kilka - to zawsze widz czekał na następny. To zasługa kilku czynników. Przede wszystkim, "Arrow" jest bardzo dobrze zrobiony. Walki ogląda się z przyjemnością. Ma interesujące postacie drugoplanowa. Gwiazdą serialu jest hakerka Felicity (Emily Bett Rickards), czyli techniczne wsparcie dla Team Arrow. W tych kilku odcinkach, w których działała "w terenie", pokazała, na co ją stać. Jej postać jest na tyle urocza, że można nawet wybaczyć bardzo nachalny w tym serialu product placement pewnego producenta laptopów oraz firmy tworzącej systemy operacyjne.

Felicity wprowadza do "Arrow" poczucie humoru i sympatyczne wrażenie, że serial nie traktuje siebie śmiertelnie poważnie. Nadęcie charakterystyczne dla całego gatunku występuje i tutaj, ale w miarę łatwo przymknąć na nie oko. Ten serial po prostu przyjemnie się ogląda. Można narzekać na wiele rzeczy - beznadziejny wątek miłosny, nudne flashbacki pokazujące to, co działo się na wyspie - ale mimo tych oczywistych wad nie żałuję zainwestowanych godzin.

Nie miałem żadnych oczekiwań wobec tej produkcji i uważam, że oglądanie jej nie było złą inwestycją czasu. "Arrow" to po prostu dobra, wciągająca rozrywka. Tylko tyle i aż tyle.

REKLAMA