"Pamiętniki wampirów" (4x23): Szkoła się skończyła

"Pamiętniki wampirów" (Fot. CW)

"Pamiętniki wampirów" (Fot. CW)

Odcinek "Graduation" zakończył fatalny 4. sezon "Pamiętników wampirów". I to, że go zakończył, jest jego największym plusem. Minusów niestety było znacznie więcej. Uwaga na spoilery.

Rzut oka na Wasze hity tygodnia upewnił mnie w przekonaniu, że widzieliśmy w tym tygodniu dwa różne finały "Pamiętników wampirów". To, co Was ekscytowało, mnie nudziło albo wydawało mi się wtórne. Obejrzenie "Graduation" zajęło mi chyba ze dwie godziny, w czasie których wypiłam wielki dzbanek mate, żeby nie zasnąć. Jestem bardziej niż pewna, że Julie Plec i spółce skończyły się już pomysły, i ten serial nigdy nie wróci do dawnej świetności.

Podstawowy mój zarzut jest taki, że "Pamiętniki wampirów" stały się przekombinowane. Kiedyś było w nich coś prawdziwego: pierwsze miłości, wchodzenie w dorosłość, trudne pożegnania. Były wielkie emocje, były momenty, kiedy drżałam ze strachu o ulubione postacie. Teraz przez cały sezon bohaterowie uganiają się za mitycznym lekarstwem, by w końcu w akcie kompletnej głupoty wpakować je w usta największego wroga. Katherine zostanie człowiekiem, zamieszka w Mystic Falls i może jeszcze zacznie uczęszczać do liceum? Po tym wszystkim, co widziała w swoim kilkusetletnim życiu? Nie wyobrażam sobie tego i nie chcę tego sobie wyobrażać. Postać Katherine była zawsze jednym z najjaśniejszych punktów "TVD" i uważam, że to może być początek jej psucia.

Okrutny Silas to postać tak bzdurna i wydumana, że myśl o spędzeniu kolejnego sezonu z nim wydaje mi się niezbyt pociągająca. Zrobienia z niego sobowtóra Stefana (czy może raczej ze Stefana jego sobowtóra - biorąc pod uwagę kolejność, w jakiej panowie pojawili się na świecie) tym bardziej nie pochwalam. Nie kręci też mnie kompletnie cliffhanger - przecież nie uśmiercą Stefcia, prawda?

Fani Deleny dostali w końcu to, czego chcieli. I jak, podobało Wam się? Bo mnie jakoś tak średnio. Pamiętam, jaka niesamowita chemia była między tą parą rok temu. Teraz nie zostało z tego nic. Nie wiem, czy ma to związek z tym, że Nina i Ian się rozstali (co znaczy, że kiedy kręcono tę scenę, raczej już nie byli na etapie "miesiąca miodowego"), czy po prostu za długo trwały te podchody. Tak czy siak serce nie podskoczyło mi z radości, kiedy Elena wyznała Damonowi miłość. No OK, fajnie, ale w gruncie rzeczy jest mi już wszystko jedno. Gdzieś po drodze scenarzyści przeszarżowali i kompletnie straciłam zainteresowanie tym trójkątem.

Kolejna rzecz, za którą scenarzystom "TVD" należy się rózga, to pochód żywych trupów. Najpierw mnie rozśmieszyło, że pojawiły się tak wybiórczo (ciocia Jenna nie chciała wpaść z wizytą?), potem zauważyłam, jak fajne są te stare postacie. Przyznaję, bardzo mi się podobała większość scen z udziałem Alarica i Lexi. Tyle że zaraz po początkowym zachwycie pojawiło się pytanie: po co było ich zabijać!? To świetne postacie, których wartość doceniam zwłaszcza teraz, kiedy mam do czynienia z jakimiś Silasami. Ich zabicie było dużym błędem, którego nie da się już naprawić. I przypominanie widzom o tym nie jest dobrym pomysłem.

Chciałabym jakoś skomentować śmierć Bonnie i powrót Jeremy'ego, ale właściwie nie wiem, co powiedzieć. Hmmm... zamienili jedną postać, która mnie męczyła swoją nijakością, na drugą? Tak, to chyba to. Nie widzę różnicy, nie czuję w związku z tą zamianą żadnych emocji.

Co w tym odcinku było fajne? Powrót Klausa i jego zaskakujący prezent dla Caroline. "On jest twoją pierwszą miłością, ja zamierzam być ostatnią. Nieważne, ile czasu to zajmie". Ojej... To był wspaniały, bardzo, bardzo romantyczny tekst. Już sobie wyobrażam Klausa i Karolinkę cieszących się wampirzym życiem w Nowym Orleanie. Ach, tak, jest jeszcze Hayley. I Tyler. Zawsze musi być jakaś przeszkoda, nie?

Pomijając absurd z bombą, w miarę podobały mi się sceny związane z parą Matt - Rebekah. Złapałam się na tym, że im kibicuję i życzę udanej podróży dookoła świata. Ale chyba coś pójdzie nie tak, skoro Claire Holt znajduje się w obsadzie "The Originals". Boję się, że Matt może tego nadmiaru szczęścia, polegającego na wystawieniu nosa poza Mystic Falls, nie przeżyć.

Swoją drogą, słuchając rozmów Matta i jego ukochanej zadumałam się nad tym całym Mystic Falls. Czemu ktokolwiek chciałby w ogóle tam mieszkać? To nie Bon Temps, które, owszem, jest zapyziałą dziurą, ale swój urok posiada. To tylko niezbyt ciekawe miejsce, w którym każdego w końcu dopada śmierć, i najlepsze, co można zrobić, to wyjechać stamtąd i nie oglądać się za siebie. Ja przynajmniej bym to właśnie zrobiła, i nie dziwi mnie, że Matt w końcu doszedł do tego samego wniosku.

Po 4. sezonie jestem "Pamiętnikami wampirów" znudzona. Z niechęcią myślę o kolejnych sezonach - bo co właściwie będzie się w nich dziać? Najlepsze postacie przeszły do "The Originals", szkoły już nie będzie, w Mystic Falls zaczyna brakować ludzi do zabijania. Cały klimat gdzieś wyparował. Gdyby zmienić parę scen, "Graduation" mogłoby spokojnie być finałem serialu. Boję się, że nic lepszego już i tak już nie zobaczymy.

Po raz pierwszy po finale sezonu "Pamiętników wampirów" kompletnie nie interesuje mnie, co będzie dalej. Pewnie zerknę na premierę 5. sezonu, ale jeśli mnie nie zachwyci jakimś zgrabnym zwrotem akcji, to na tym poprzestanę. Mimo że pilot był słaby, wciąż dużo bardziej cieszy mnie myśl o "The Originals", uważam, że to właśnie w tej historii drzemie większy potencjał. Ciekawa jestem, jaki wpływ na oglądalność serialu będzie miał ten podział. Czy "The Originals" się utrzyma? A może to "TVD" będzie mieć kłopot, bo widownia, która przecież przez cztery lata trochę dorosła, przerzuci się na nowy serial?

Ciekawa jestem, jak zakończy się ten pojedynek. Ale na razie najbardziej cieszę się, że przez najbliższe trzy albo i cztery miesiące nie będę musiała sobie zaprzątać tym głowy.