"Supernatural" (8x23): Ulga po poddanej bitwie

"Supernatural" (Fot. CW)

"Supernatural" (Fot. CW)

Przez cały czas trwania finałowego "Sacrifice" miałem wrażenie, że za chwilę coś zostanie spartaczone, a wszelkie pozytywne odczucia wobec odcinka znikną jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Na szczęście tak się jednak nie stało. Spoilery.

Nie dziwcie się jednak, że z tak wielką rezerwą podszedłem do tego finału – w końcu 8. sezon "Nie z tego świata" był zaskakująco nierówny. Przykładowo niektóre wątki w pierwszej części serii kompletnie nie wypaliły, a kilkuodcinkowa opowiastka o Samie (Jared Padalecki), jego nowej, nieszczęśliwej miłości i psie z pewnością zapisze się w historii telewizji jako książkowy przykład marnotrawienia antenowego czasu. Również potknięcia w opowieściach o nowych postaciach, jak łzawe przynudzanie o wampirycznych korzeniach Benny'ego (Ty Olsson) z nieco greckim posmakiem, sprawiły ogromny zawód. Tak źle napisane historie nie powinny się pojawiać w nawet najbardziej zmierzchowatych klonach, jakie można sobie wyobrazić.

Także znacznie lepsza druga część sezonu nie obyła się bez wpadek. Przypomnijmy sobie chociażby rozmowę Crowleya (Mark Sheppard) z Naomi (Amanda Tapping) w "Goodbye Stranger" i nieszczęsną Mezopotamię jako miejsce poprzedniego spotkania. Czy naprawdę trzeba przypominać, kiedy urodził się obecny król piekieł? Uwaga, odpowiedź brzmi: 1661 rok n. e. Powtarzam: naszej ery. Dla załagodzenia sporu uznajmy, że autorom scenariusza chodziło o średnio istotną kampanię w trakcie I wojny światowej. Dobrze, koniec narzekań. To był w końcu bardzo udany finał.

Wielka w tym zasługa dwóch wcześniejszych odcinków: "The Great Escapist" i "Clip Show", które, poza spotęgowaniem efektu "jest zbyt dobrze, zaraz coś zepsują", spowodowały, że nie mogłem się wręcz doczekać początku finału. I już pierwsza scena wynagrodziła moje czekanie, a wszystko dzięki Jody Mills (Kim Rhodes) i jej nieco krwawej randce z Królem Piekieł. To się nazywa mieć szczęście w miłości.

Akcja "Sacrifice" rozgrywała się wokół planu Winchesterów, prób przechodzonych przez Castiela (Misha Collins) i nadziei, że w końcu uda się zamknąć "na amen" cały ten piekielno-niebiański grajdołek. Pomimo że ów prawie idealny plan miał ogromną szansę powodzenia, to w każdym momencie początkowych minut odczuwalna była odrobina pożądanej niepewności. Całe szczęście, że świętowanie potencjalnego wielkiego zwycięstwa nie rozpoczęło się zbyt wcześnie.

Zresztą nie brakowało wspaniałych momentów. Rozmowa Sama i Deana (Jensen Ackles) o spowiedzi i dialogi tego pierwszego z Crowleyem, w których Mark Sheppard po prostu przeszedł sam siebie, wypadły fantastycznie. Zachwyciła mnie także świetna scena w barze z Kupidynem w roli głównej oraz dobrze przygotowana, fascynująca wolta Metatrona (Curtis Armstrong). Ten ostatni spędził zresztą wcześniej kilka niezwykle ciekawych minut z Castielem, a w pewnym starym kościele inny(a) z moich ulubieńców, Abaddon (Alaina Huffman), przez moment prowadził(a), z braku lepszego określenia, złowieszczo urocze negocjacje.

Ostatecznie wrota piekieł nie zostały zamknięte, a w niebiosach doszło do niezwykłego kataklizmu (ostatnie sekundy odcinka można zobaczyć tutaj). Dwa wydarzenia, które doprowadziły do wspomnianego końca, czyli rezygnacja z zamknięcia wrót piekieł przez braci oraz powiedzenie się planu Metatrona, spowodowały, że do ostatnich sekund nie mogłem oderwać się od ekranu. To niezwykle dramatyczne zakończenie naprawdę dobrze wróży kolejnemu sezonowi. Wreszcie jest potencjał do opowiadania ciekawych i naturalnie wynikających obecnego układu sił historii. Na marginesie, wszystko lepsze niż kreatywne ADHD co poniektórych scenarzystów.

I żałuję tylko, że Abaddon musiał(a) się pożegnać z obecną cielesną powłoką – Alaina Huffman naprawdę dobrze wypadała w tej roli. Szkoda również że prawdopodobnie więcej nie zobaczymy Amandy Tapping – ach, ten sentyment do "Stargate SG-1". Do końca nie przekonała mnie również bardzo emocjonalna dyskusja Winchesterów w ostatnich minutach odcinka – wypadła dość jednostronnie, szczególnie gdy wciąż się pamięta, kto kilka sezonów temu skapitulował w piekle i nieświadomie rozpoczął cały ten apokaliptyczny cyrk.

To jednak detale. Najważniejsze, że po długich miesiącach rozczarowań i narzekań miłośnicy serialu wreszcie mogą odetchnąć i z nadzieją spojrzeć na przyszłość "Supernatural". To był dobry finał, a i kolejny sezon, jak na razie, zapowiada się całkiem interesująco.