"Nashville" (1x21): Co za dużo, to niezdrowo

"Nashville" (Fot. ABC)

"Nashville" (Fot. ABC)

Pierwszy sezon "Nashville" obejrzałam z przyjemnością, choć bez wielkiego zachwytu. I choć finałem też zachwycona nie jestem, już nie mogę doczekać się nowych odcinków. Spoilery!

Po obejrzeniu finału 1. sezonu "Nashville" wróciłam do mojej recenzji pilota, by skonfrontować ówczesne wyobrażenie o serialu z rzeczywistością. Co do jednego się nie pomyliłam - "Nashville" to moje guilty pleasure, na które często złorzeczę i które mimo wszystko oglądam na bieżąco (i nie bez przyjemności).

Muszę jednak przyznać, że trochę zawiodłam się na tym serialu. Oczekiwałam porządnego dramatu, dostałam dużą dawkę opery mydlanej, w której wiele rzeczy dzieje się za szybko i nie zawsze z sensem. Większość bohaterów zdążyła w ciągu 21 odcinków zmienić się tak mocno, jakby minęły lata. Avery był zły, potem jeszcze bardziej zły, potem stał się pogubiony, a teraz jest dobry. Gunnar był dobry, potem stał się pogubiony, potem prawie zły, teraz chyba znów chce być dobry. Romanse Rayny i Juliette rzadko kiedy dawały radę przetrwać więcej niż odcinek. Wątek polityczno-biznesowo-rodzinny Rayny i jej męża kojarzy mi się z "Dallas". Gdzieś po szafach poukrywane są testy na ojcostwo. Sztampa, sztampa, sztampa. I nawet dialogi nie zachwycają tak jak na początku.

Z drugiej strony, uważam, że mimo tych wszystkich wad "Nashville" działa. I - wiem, to banalne - niesamowicie wciąga. W finale sezonu było tyle dramatów, że właściwie nie wiem, od czego zacząć. Zacznę więc od Juliette i Hayden Panettiere, która była wspaniała w każdej odsłonie. Choć wątek Dantego oraz jego zakończenie, będące też ostatecznym końcem Jolene, to sztampa do kwadratu, uważam, że ostatecznie wyszło to serialowi na dobre. Panettiere fantastycznie wypadła niemal w każdej scenie finału - była równie przekonująca jako roztrzęsiona Juliette, wściekła Juliette, silna Juliette i słaba Juliette.

Zdecydowanie najlepszą sceną finału był dla mnie ten krótki moment, kiedy J. i Rayna rozmawiały na pogrzebie. Było to bardzo ludzkie, prawdziwe i w swojej zwyczajności nadzwyczajne. I zdecydowanie bardziej poruszające od większości dramatów, które miały miejsce później.

Zgrabnie zakończono pierwszosezonowe perypetie trójkąta Avery - Scarlett - Gunnar, nie sądzę jednak, by Scarlett zdecydowała się przyjąć oświadczyny. Za dużo wydarzyło się w międzyczasie. Cieszę się jednak, że koniec końców i Avery, i Gunnar okazali się całkiem sensownymi facetami. Ciekawe tylko, jak długo to potrwa - mam wrażenie, że twórcy "Nashville" nie potrafią tak po prostu zostawić nikogo z bohaterów w spokoju, i muszą mu na siłę dawać kolegów gejów czy inne wydumane rzeczy. Byle się działo.

Teddy'ego dopadły w finale grzeszki z przeszłości i ciąża Peggy. Prawdę mówiąc, żaden z tych wątków nie wydaje mi się specjalnie interesujący - uważam, że im mniej Teddy'ego, tym lepiej. A usłyszawszy wiadomość o ciąży, ryknęłam śmiechem.

W ogóle cliffhangerów i superważnych wydarzeń wciśnięto w niecałe 45 minut mnóstwo - tak jakby komuś bardzo się spieszyło. Albo raczej - jak gdyby ktoś bardzo się bał, że widzowie nie będą mieli powodu jesienią wracać do serialu. Pogrzeb, ciąża, oświadczyny, ważna nagroda dla jednej z bohaterek, wyjście na jaw wyniku testu na ojcostwo, pijany Deacon, wypadek dwojga głównych bohaterów... Tylko ataku kosmitów brakowało. Ewentualnie przybycia lekarzy z Seattle Grace.

No właśnie, wypadek. Związek Deacona i Rayny posypał się, zanim zdążył się na dobre zacząć. Nie wiem, po co w zasadzie, bo finał i bez tego byłby przeładowany, ważnych wydarzeń i tak nie brakowało. Najpierw zdziwiło mnie, że Deacon zareagował upiciem się do nieprzytomności na informację, że ma córkę. OK, Rayna okłamywała go przez lata, ale czy nie mówił niedawno, że chciałby mieć rodzinę? Teraz okazuje się, że ją ma. I nawet jeśli chwilowo nie chce mieć do czynienia z dawną/obecną ukochaną, to powinien myśleć o córce. Jego zachowanie było idiotyczne i nie pasowało do wszystkiego, do czego ta postać nas przyzwyczaiła. Rozumiem, pokazano nam, jaki Deacon był kiedyś. Ale wydaje mi się, że po 13 latach bez kropli alkoholu człowiek robi się jednak rozsądniejszy. Nie pasowało mi to do niego kompletnie.

Po finale 1. sezonu darzę "Nashville" uczuciami dość mieszanymi. Uważam, że niektóre dramatyczne wydarzenia i cliffhangery były wymuszone, jak gdyby twórcy nie wierzyli, iż bez tego ludzie też będą oglądać serial. Będą - ale na razie rekordowej oglądalności bym się nie spodziewała. Bo choć przyznaję, że "Nashville" coś w sobie ma, a na aktorki grające główne role mogłabym patrzeć i patrzeć, to nijak nie jestem w stanie zaliczyć go do grupy seriali, bez których nie mogłabym żyć.

Wciągająca, lecz niezbyt wymagająca fabuła i przyjemna, ale natychmiast wypadająca drugim uchem muzyka, to miłe połączenie, jeśli szukamy czegoś, co pozwoli się odprężyć po dniu pracy. Szkoda, że "Nashville" nie stało się niczym więcej - ale z drugiej strony, takie seriale też są potrzebne.