Co przełamie kryzys telewizyjnego science fiction?

"Battlestar Galactica" (fot. SyFy)

Czy science fiction jako gatunek znajduje się w kryzysie? "Continuum" czy "Orphan Black" w teorii temu zaprzeczają. Ale w praktyce tak dobrze nie jest.

Trudno precyzyjnie stwierdzić, kiedy na dobre rozpoczęła się złota era seriali telewizyjnych. Niektórzy za punkt przełomowy uznają sukces "Rodziny Soprano". Inni - "Zagubionych" czy "Mad Men". Jedno jest pewne: od kilku lat to właśnie seriale telewizyjne, a nie produkcje kinowe stają się centralnym tematem popkultury. To o nich najczęściej się mówi, to seriale wyznaczają nowe trendy.

Zwłaszcza "Mad Men" na dobre stał się jednym z kluczowych elementów amerykańskiej debaty kulturowej. Nie tylko był przełomem dla stacji AMC, która dzięki temu projektowi zaczęła nawiązywać rywalizację z takimi gigantami rynku jak HBO. ale także zmienił podejście do seriali jako takich. AMC, które wcześniej było znane jako American Movie Classics i kojarzyło się z klasyką kina, zaczęło grać w pierwszej lidze między innymi dzięki projektowi Matthew Weinera.

"Mad Men" rozbudził też zainteresowanie tamtą epoką. W porównaniu z "Mad Men" wpływ produkcji science fiction na telewizję jest minimalny. Od wielu lat żaden serial nie przebił się do masowej świadomości krytyków i widzów - może poza nową "Battlestar Galacticą". Jednak mimo dużego sukcesu w oczach recenzentów i publicystów, ten serial nie stał się wyraźnym początkiem nowego trendu.

Dzięki "Star Trekowi" w latach 80. i na początku 90. science fiction stało się elementem popkulturowego mainstreamu. Zwłaszcza "The Next Generation" wyszło poza wąskie ramy całego gatunku. Kilkanaście lat później sytuacja jest zupełnie inna.

Science fiction obecnie to albo solidne produkcje o małej skali, albo spektakularne porażki. "Terra Nova" okazała się wpadką. "Revolution" mimo obiecującego początku i odnowienia na 2. sezon jest wtórne i nielogiczne, a przede wszystkim fatalnie napisane i zagrane. "Defiance" mimo dużych oczekiwań nie stał się hitem. I przez to popkulturowy ton nadają seriale, które z science fiction nie mają nic wspólnego. Wcześniej próby wskrzeszenia "tradycyjnego" sci-fi kończyły się porażkami, jak było z np. "Defying Gravity". Ambitnie zapowiadający się projekt "Virtuality" Rona Moore'a nie wyszedł poza jeden odcinek.

Nowy projekt Moore'a, "Helix", zapowiada się interesująco, ale ze względu na stację (SyFy) raczej nie będzie czymś więcej niż tylko niszowym sukcesem - o ile będzie sukcesem w ogóle.

Oczywiście są i solidne produkcje, jak "Orphan Black" czy "Continuum". Jednak to projekty stosunkowo niewielkie, mające się dobrze w swoich niszach, ale bez większego przebicia poza nimi. I na horyzoncie nie widać nic, co by całą sytuację szybko zmieniło.

Eksperyment HBO z "Grą o tron" pokazał, że produkcje fantasy mogą stawać się ogólnoświatowymi fenomenami. Stało się tak dlatego, że dokonano bardzo znaczącej inwestycji w ten projekt, traktując fantasy na równi z innymi gatunkami. Przyniosło to wymierne efekty. Nie ma powodu, by z klasycznym science fiction stało się inaczej. Potrzeba tylko inwestycji na skalę "Gry o tron", trzeba podejścia takiego jak ma Matthew Weiner z "Mad Men". Skoro "GoT" odniosło tak duży sukces, to znaczy, że nie ma bariery dla projektów tego typu, pod warunkiem, że są dobrze przygotowane.

To właśnie podejście jest tu kluczowe. Nie chodzi o tworzenie kolejnego niszowego projektu ani o celowanie w familijne widowisko (jak próbowała to robić "Terra Nova"). Tylko wtedy złota era telewizji stanie się także złotą erą science fiction. Jeśli tak się nie stanie, fani tego gatunku będą musieli zadowolić się wspomnieniami.