"Gra o tron" (3x09): Tylko pot, krew, łzy i oburzenie

fot. HBO

Stało się. Krwawe Gody już za nami. George R.R. Martin po raz kolejny doprowadził fanów serialu (którzy nie czytali książki) do płaczu, smutku i wściekłości jednocześnie. Spoilery.

Śmierć Neda Starka w 1. sezonie była dla większości widzów serialu - tych, którzy nie czytali książki - nie tylko zaskakująca, ale przede wszystkim niezrozumiała. Jak można było zabić głównego bohatera nawet przed zakończeniem sezonu? Teraz wygląda na to, że lekcja jaką udzielił twórca "Pieśni Lodu i Ognia" poszła w zapomnienie. Świadczą o tym histeryczne momentami reakcje na Krwawe Gody, które mogliśmy obserwować w USA w ostatnią niedzielę - na Twitterze i nie tylko.

Na Reddicie powstał nawet specjalny projekt nazwany "Operation WaW (Weeping and Wailing)" który miał na celu udokumentowanie reakcji niczego nie spodziewających się widzów. Rezultaty można zobaczyć poniżej - tylko ten klip ma już ponad 1,1 mln wyświetleń.

Swoją reakcję na Vine umieściła także Maisie Williams (Arya Stark).

Na Twitterze dominowały wpisy w tym stylu:

W grze o tron zwyciężasz albo giniesz. Fani zapomnieli o tym, podobnie jak sam Robb Stark (Richard Madden). To ironiczne, iż człowiek wychowany w poczuciu, że honor jest absolutnie najważniejszą wartością, doprowadził swój ród na krawędź upadku przez złamanie przysięgi. Co ciekawe w tej sytuacji, honorowe zachowanie (małżeństwo) było jednocześnie zachowaniem zgodnym z interesem rodu. O ile Ned Stark zginął przez nadmierne przywiązanie do zasad, jego syn poniósł śmierć, gdyż niezbyt dokładnie ich przestrzegał. I wolał pogoń za romantyczną miłością, niż twardą politykę. W tym sensie jego zachowanie wobec lorda Karstarka może dziwić jeszcze bardziej. Tu zachował się idealnie jak Ned, przedkładając zasady nad militarne i polityczne interesy. To, że zdecydował o najwyższym wymiarze kary, było niewątpliwie godne i szlachetne, ale z punktu widzenia interesów rodu całkowicie bezsensowne. Jak widać, by wygrać w Westeros nie można być tylko bezwzględnym, trzeba też mieć plan i konsekwentnie go realizować. Robb tego nie potrafił, i zapłacił za to najwyższą cenę.

Oczywiście Frey też złamał zasady (nie mówiąc już o lordzie Boltonie). Ale Robb powinien był się tego spodziewać. Niestety doprowadził swoimi nierozważnymi poczynaniami do tak złej sytuacji strategicznej, że tylko desperacki atak na Casterly Rock mógł uchronić go od porażki. Ten atak i tak miał niewielkie szanse powodzenia. Poczynania młodego Starka to klasyczna lekcja błędów przywódczych - po koronacji Robb nie potrafił stworzyć jasnego i spójnego planu na wygranie wojny, i mimo taktycznych sukcesów jego kampania szybko ugrzęzła. A błędne posunięcia matrymonialno-polityczne doprowadziły do sytuacji, w której zwycięstwo nie było już możliwe. Nawet sukces uderzenie na siedzibę Lannisterów tylko odsunąłby w czasie ostateczną klęskę, biorąc pod uwagę potencjał przeciwników Starka. Tywin okazał się po prostu lepszym graczem. Nie miał litości - ale to było wpisane w reguły całego starcia.

To najważniejsze wnioski płynące z przedostatniego odcinka 3. sezonu "Gry o tron". Poza Krwawymi Godami po raz pierwszy w tym sezonie okazało się poza tym, że wątek Brana i Rickona może być interesujący. Szkoda, że tak późno. Nie zmienia to faktu, że ze ten odcinek przejdzie do historii telewizji - jeszcze nigdy reakcje na szokujące wydarzenia serialowe nie były tak szeroko udokumentowane w mediach społecznościowych.