"The White Queen" (1x01): Król się zakochał

"The White Queen" (Fot. BBC)

"The White Queen" (Fot. BBC)

Nieco egzotyczny duet Starz/BBC zaprezentował nam całkiem zgrabny efekt współpracy: pierwszy odcinek "The White Queen".

Telewizja Starz specjalizuje się ostatnio w wystawnych produkcjach kręconych w historycznych dekoracjach, ale z historią mających często niewiele wspólnego. Najsłynniejszy przykład specyficznego stylu Starz to oczywiście "Spartakus". Nowym hitem stacji jest "Da Vinci's Demons", w którym mogliśmy np. oglądać dyskusję o ziemniakach i tytoniu prowadzoną na jakieś 20 lat przed odkryciem Ameryki.

Partnerem Starz przy produkcji "The White Queen" jest jednak BBC – symbol telewizyjnego profesjonalizmu i dbałości o szczegóły. BBC jest marką, której przedstawiać nie trzeba. Trudno było mi więc w ogóle wyobrazić sobie, jak będzie wyglądał owoc współpracy tak dwóch różnych stacji.

Okazało się, że jest całkiem nieźle. "The White Queen" łączy w sobie dynamikę Starz oraz szekspirowski klimat dzieł BBC. Warto przy tym podkreślić, że nowy serial jest jednak w duchu bardziej brytyjski niż amerykański i z pewnością dużo bliżej mu do realizowanych przez Brytyjczyków historycznych produkcji HBO i Showtime ("Rzym", "Dynastia Tudorów") niż do "Spartakusa".

Właśnie, "Dynastia Tudorów". "The White Queen" z pewnością będzie z tym serialem porównywana, bo oto znowu Brytyjczycy na zlecenie Amerykanów opowiadają o swojej historii i to niemal o tym samym okresie historycznym - akcja serialu Starz/BBC rozgrywa się na kilkadziesiąt lat przed "Tudorami". Po jednym odcinku trudno oczywiście oceniać, ale już dostrzegłem jedna wyraźną przewagę "The White Queen" nad "konkurencją".

Otóż "Dynastia Tudorów" pozowała na serial historyczny, lecz w rzeczywistości niewiele różniła się od "Spartakusa" pod względem przywiązania do faktów (podobnie zresztą było z "Rzymem" - to jeden z moich ulubionych seriali, ducha epoki oddaje świetnie, ale zarazem jego twórcy z historią obchodzili się bardzo lekko). Tymczasem doczytując po obejrzeniu pierwszego odcinka "The White Queen" o Wojnie Dwóch Róż, z lekkim zdziwieniem odkryłem, że serial szczegółowo przedstawia wydarzenia z 1464 roku.

W pierwszej scenie poznajemy tytułową bohaterkę – Elżbietę Woodville (szwedzka aktorka Rebecca Ferguson), młodą wdowę (chociaż, jak na średniowiecze już nie taką młodą – niemal 30-letnią) po rycerzu walczącym za ród Lancasterów. Elżbieta bierze swoich dwóch synów i idzie na drogę, którą przejeżdża akurat wraz z wojskiem król Edward IV (Max Irons). Wdowa prosi władcę o oddanie ziem, które skonfiskowano jej po śmierci męża, walczącego akurat po chwilowo przegranej stronie.

Znany z erotycznych podbojów król natychmiast wariuje na punkcie Elżbiety – chociaż nie wiadomo, czy to szczere uczucie, czy też puste pożądanie. Twórcy serialu sprytnie zwodzą widzów i wraz z Elżbietą przez większość odcinka musimy się zastanawiać, jak ten romans się skończy – chociaż sugeruje to przecież sam tytuł serialu.

Sceny w wiejskiej rezydencji matki Elżbiety – Jacquetty (Janet McTeer, doświadczona brytyjska aktorka, m.in. laureatka Złotego Globa za główną rolę w filmie "Niesione wiatrem") oraz jej męża lorda Riversa (Robert Pugh, specjalizujący się w drugoplanowych rolach średniowiecznych rycerzy, grał m.in. w "Królestwie niebieskim" i "Robin Hoodzie") nieco się dłużą i sprawiają wrażenie, jakby wzięto je wprost z taniego romansidła – jakieś schadzki w lesie, raz ona nie chce, a on chce, a potem odwrotnie, i znów odwrotnie, a potem potajemny ślub w lesie, jeszcze potem podejrzenia, że to wcale nie był prawdziwy ślub itp.

Może to się wydawać mocno podobne do telenoweli, póki się nie doczyta, że... tak (mniej więcej) wyglądało naprawdę. Sprawiający wrażenie nonszalanckiego lowelasa Edward faktycznie w pewnym momencie oszalał na punkcie Elżbiety i wziął z nią potajemny ślub, który zaszokował ówczesną "opinię publiczną" oraz politycznych sojuszników (zupełnie jak Robb Stark, chociaż dla Robba porywy serca skończyły się trochę inaczej).

Potajemny ślub Edwarda najbardziej denerwuje lorda Warwicka, wuja króla (granego przez Jamesa Fraina, znanego głównie z roli dziwnego brytyjskiego wampira w 3. sezonie "True Blood"). Lord Warwick przeszedł do historii jako "twórca królów". To on bowiem osadził Edwarda na tronie, aby potem... zresztą nie uprzedzajmy faktów. Scena, gdy Warwick wścieka się na króla, jest jedną z najlepszych w odcinku.

Jednakże mimo oporów de facto najważniejszej osoby w państwie, Elżbieta w końcu trafia na dwór swojego (jednak prawdziwego) męża. W tym momencie akcja zdecydowanie się zagęszcza i mamy przedsmak tego, co czeka nas w kolejnych odcinkach – zapewne będzie to masa dworskich intryg. Jak na razie, w najlepszej scenie odcinka, możemy oglądać starcie Jacquetty i Elżbiety z matką Edwarda – Cecylią (Caroline Goodall). Początkowo wydaje się, że Cecylia rozszarpie swoją synową, ale ta, wraz ze swoją matką, szybko i zgrabnie pacyfikuje teściową – przynajmniej na razie, bo to raczej tylko pierwsza runda.

W tej scenie wyraźnie widzimy, że Jacquetta i Elżbieta wcale nie są "wieśniaczkami", jak o sobie same mówią. I nic dziwnego, Jacquetta była bowiem jedną z najpotężniejszych arystokratek w Anglii, spokrewnioną z najważniejszymi rodami w Europie, a także z samym cesarzem Zygmuntem Luksemburskim. Jej pozycję osłabiło jednak małżeństwo z lordem Riversem, "szeregowym" rycerzem, którego poślubiła potajemnie podczas podróży z Francji do Anglii.

Można więc powiedzieć – była prawdziwa miłość w średniowieczu, skoro i matka, i córka mogły złamać społeczne konwenanse. Jednakże oglądając "The White Queen", trudno uciec od wątpliwości, czy przypadkiem cały romans z Elżbiety z Edwardem nie był ukartowany przez sprytną mamusię. Jacquetta bowiem cały czas działa z wyjątkową pewnością siebie, w dodatku wspomagając się czarami.

Tak, w "The White Queen" mamy też element fantasy - Jacquetta trudni się bowiem czarami, a jej córka przejawia talenty profetyczne. Co ciekawe, kilkanaście lat po wydarzeniach ukazywanych w pierwszym odcinku serialu Jacquetta faktycznie została oskarżona przez przeciwników politycznych o czary – ale oczyszczono ją z zarzutów po kolejnej zmianie u stary angielskiej władzy. Jednakże po kilku wiekach uczyniła z nią czarownicę pisarka Philippa Gregory, autorka literackiego pierwowzoru "The White Queen" (serial jest oparty na książce i to chyba całkiem wiernie).

W pierwszym odcinku "The White Queen" nie zabrakło więc miłosnych i politycznych intryg i ogląda się go bardzo dobrze. To, co jest jednak pewną wadą (ale nie wiem – samego serialu, czy literackiego pierwowzoru), jest... niedostatek średniowiecza. Postacie mówią i zachowują się bardzo współcześnie, i są nawet niemal współcześnie ubrane.

W jednej ze scen Elżbieta chodzi w sukni, która wygląda jakby miała z tyłu suwak zamiast guzików – i faktycznie, Edward pomaga jej się ubrać przesuwając coś tylko jedną ręką... Sam Edward zaś przez większość odcinka paraduje w kurteczce, która wygląda, jakby kupił ją w H&M czy Reserved.

Trochę to irytujące, zwłaszcza, że na 10 odcinków serialu wydano ponoć 25 milionów funtów, czyli grubo ponad 100 mln złotych. Jak na razie tych pieniędzy nie widać, ale liczę na to, że pierwszy odcinek był tak naprawdę tylko prologiem.

Historia Białej Królowej jest bowiem faktycznie fascynująca (już się z nią zapoznałem, chociaż zapewne zaspoilerowało mi to serial) i stanowi znakomity materiał dla filmowców. Początek był niezły, niecierpliwie czekam na ciąg dalszy.