"Wilfred" (3x01-02): Pies, klon i Bóg

"Wilfred" (Fot. FX)

"Wilfred" (Fot. FX)

Najzabawniejszy telewizyjny zwierzak powrócił. Po emisji dwóch premierowych odcinków 3. sezonu "Wilfreda" mogę spokojnie powiedzieć: jest dobrze. Spoilery.

Produkcja FX to serial oryginalny i pokręcony, co chwilę mieszający widzom w głowie. Kolejne wydarzenia wprowadzają coraz to nowe wątpliwość dotyczące tożsamości tytułowego bohatera. Gdy już, już wydaje nam się, że rozwiązanie zagadki jego pochodzenia jest na wyciągnięcie ręki, kolejna scena wszystko komplikuje. Czy przez to tracę ochotę na oglądanie? Nie! Wręcz przeciwnie, "Wilfred" intryguje mnie jeszcze bardziej, a przy tym nie zapomniał, jak sprawić, bym się śmiał.

Pierwszy z dwóch odcinków to two men show. A właściwie one man and one dog show. Nasi bohaterowie starają się rozgryźć, co też siedzi w głowie Ryana, dlaczego właściwie widzi on swojego przyjaciela w takiej a nie innej postaci itp. Dość niespodziewanie okazuje się, że odpowiedź na wszystkie pytania może znajdować się w Sacramento. Podróż do tego miasta przynosi dość nieoczekiwany rezultat (Wilfred ma klona!) i sporo powodów do śmiechu. Ktoś widział kiedyś psa wciągającego kokainę i zabawiającego się z dwiema seksownymi pluszowymi żyrafami? Takie rzeczy tylko tutaj.

Absurdalnych sytuacji jest dużo więcej, "Wilfred" zdążył nas już do nich przyzwyczaić, choć sądząc po wynikach oglądalności humor prezentowany w serialu jest raczej zbyt ciężkostrawny dla potencjalnych widzów. Szkoda, bo słupki oglądalności wskazują na to, że 3. sezon może być ostatni. Chyba że zdarzy się jakiś cud, choć tych w amerykańskiej telewizji jak na lekarstwo. Byłoby szkoda już za kilkanaście tygodni definitywnie pożegnać się z jednym z najzabawniejszych duetów goszczących obecnie na ekranach.

W drugim odcinku odpuszczony zostaje temat poszukiwania prawdy. Ryan zauważa, całkiem słusznie, że odpowiedzi nadejdą w swoim czasie. Czy oznacza to mniej powodów do śmiechu? Bynajmniej, choć czasem są to żarty na krawędzi dobrego smaku, jednak moim zdaniem nadal jej nie przekraczające. Wilfred dowiaduje się, czym naprawdę jest śmierć, bo jego wiedza w tym temacie była do tej pory, delikatnie rzecz ujmując, niepełna. Doprowadza to do jego szybkiego i nieoczekiwanego pojednania z Bogiem. Wierzący w jego moc Wilfred zdaje się być jeszcze bardziej upierdliwy od Wilfreda bezbożnika, co zaczyna doprowadzać Ryana do szału.

Widzowie mogą za to obserwować kolejne świetne sceny i dialogi, na czele ze ślubem w piwnicy i chrztem w toalecie. Psy szybko zaczynają się nudzić, nie spodziewałbym się, aby ta religijna fascynacja miała długo potrwać. W międzyczasie na ekranie ponownie pojawia się Jenna, jednak jak niemal zawsze ta urocza blondynka pozostaje jedynie tłem dla głównych bohaterów. Ciekawe jak będą wyglądały relacje Ryana z jego sąsiadką, gdy ta wyszła za mąż za Drew. Chciałbym się mylić, ale podejrzewam, że twórcy zafundują nam w tym sezonie miłosne rozterki postaci granej przez Elijah Wooda.

"Uncertainty" i "Comfort" to godne rozpoczęcie kolejnego sezonu. Otrzymałem tu wszystko to, za co polubiłem "Wilfreda" już wcześniej - błyskotliwe dialogi i pełne absurdalnego humoru sceny. Mam nadzieję, że w kolejnych odcinkach poziom zostanie utrzymany, bo niestety przy obecnej oglądalności raczej będzie to ostatnia seria. Póki co jednak pozostaje mi i reszcie widzów nie przejmować się ewentualnym pożegnaniem, tylko cieszyć jego powrotem w bardzo dobrej formie.