"The Killing" (3x06): Porażka w Seattle

the killinga

fot. AMC

Czy "The Killing" powrócił z serialowych zaświatów tylko po to, by rozczarować? Jeśli druga połowa 3. sezonu będzie taka jak pierwsza, to tak niestety się stanie.

Powrót "The Killing" został przyjęty z entuzjazmem wśród fanów tego projektu. Nowa sprawa, lekko zmodyfikowana podejście do serialu (wyrzucenie z niego polityki i kampanii wyborczej) miało sprawić, że będzie to tryumf dla twórców serialu. Niestety, pierwsze sześć odcinków można opisać jednym słowem: rozczarowanie. Chociaż wszystkie składniki są na swoich miejscach: rozmowy Linden i Holdera, klimatyczna muzyka, świetne zdjęcia, to w tym sezonie nie ma najważniejszego: emocji. "The Killing" jest z nich niemal całkowicie wydrążony

Pierwsze dwa sezony (a zwłaszcza pierwszy) były tak dobre, bo angażowały widzów w sprawę Rosie Larsen. Brutalne morderstwo, dramat rodziny a w tle wielka (chociaż lokalna) polityka i kampania wyborcza - to wszystko sprawiało, że z dłużyło się oczekiwanie na każdy nowy odcinek. "The Killing" w umiejętny sposób budował klimat, podsycał napięcie, mnożyły się fałszywe wątki i tropy, a pokazana praca detektywów był trudna, żmudna, męcząca. No i polityka - niczym w "The Wire' czy "Bossie" została pokazana od tej najgorszej strony

Trzeci sezon miał być powrotem do korzeni. Miał być esencją tego, czym było "The Killing". Eliminacja zbędnych wątków miała sprawić, że dostaniemy serial w "czystej" postaci. Po drodze coś jednak poszło nie tak. W teorii wszystko powinno być ok. Holder (Joel Kinnaman) i Linden (Mireille Enos) znów pracują razem. Mają do rozwiązania nową sprawą, i nowego brutalnego przestępcą do schwytania. Widzimy jak działa - albo raczej jak nie działa - Seattle. Poznajemy opuszczonych, zagubionych nastolatków, którzy żyją niemal całkowicie poza systemem. I prawie nikt się nimi nie przejmuje, włącznie z rodzicami - co ma tragiczne konsekwencje.

Ale to wszystko i tak nie działa. Nowa sprawa nie wciąga tak bardzo jak morderstwo Rosie Larsen. Nie ma tego samego poziomu dramatyzmu, nie ma tych samych emocji. Poszukiwanie Kallie (Cate Sproule) przez jej koleżankę Bullet (Bex Taylor-Klaus) i kolegów "z ulicy" nie dorównuje temu, co działo się wokół rodziny Larsenów. Mimo, że tamte wątki było momentami przesadzone, to jednak dodawały serialowi głębi i dramatyzmu. Dochodzenie Linden i Holdera miało przez to inną stawkę. Teraz jest inaczej, a ich dochodzenie w sprawie Kallie jest po prostu męczące, nużące, i trudne do oglądania. Nic nie przyciąga, a twórcy serialu mnożą w pewnym momencie fałszywe tropy (co było przekleństwem sprawy Rosie) niemal tak samo jak wcześniej, tak jakby się niczego nie nauczyli. Przede wszystkim jednak nie ma w serialu nic, co by przyciągałoby na dłużej. Np. Seward ma przed sobą 12 dni życia, ale tego zupełnie nie czuć.

Na szczęście w odcinku szóstym do serialu powoli wracają emocje. I wraca determinacja Linden, której bardzo brakowało w dotychczasowych odcinkach. Linden była dziwnie zdystansowana. Teraz dopiero - zwłaszcza w rozmowie z oczekującym na wykonanie wyroku śmierci i być może niewinnym Rayem Sewardem - te emocje powracają. A wraz z nimi nadzieja, że wkrótce powróci "stare" The Killing - takie, które oglądało się na krawędzi fotela, które można było długo analizować i które było świetnym serialem. Na ten moment ten serial jest "zwykły", może z ładniejszymi zdjęciami i lepszą obsadą niż przeciętna produkcja o pracy policji, ale nic więcej. Jeśli to się nie zmieni, powrót "The Killing" będzie ostatecznie powrotem na tarczy, a nie z tarczą.