"The Bridge" (1x01): Tajemnice pogranicza

"The Bridge" (Fot. FX)

"The Bridge" (Fot. FX)

Po jednej stronie amerykańskie El Paso, po drugiej meksykański Juárez, a pośrodku most graniczny, na którym pojawiają się zwłoki. Dwójka detektywów z dwóch krajów ma do rozwiązania makabryczną tajemnicę.

Juárez to miasto, o którym słyszeliśmy nawet w Polsce - a to z powodu tysięcy morderstw młodych kobiet. Czemu ginęły, kto je zabijał? Dlaczego działo się (właściwie wciąż dzieje się) to akurat tam? Nie wiadomo. Kartele narkotykowe potrafiły zadbać o to, żeby policja zbyt wiele nie odkryła.

Z tym światem w "The Bridge" styka się bezpośrednio Sonya Cross (Diane Kruger), detektyw z sąsiedniego El Paso, która nie może pojąć, że gdzieś grasuje seryjny morderca i nikt go nie łapie. To jej zdziwienie bardziej jest zdziwieniem widzów, którzy niekoniecznie wiedzą, jak wygląda sytuacja w Juárez. Prawdziwych policjantów z El Paso raczej ta sytuacja już nie dziwi, w końcu kobiety po drugiej stronie granicy mordowane są od wczesnych lat 90. i każdy, kto mieszka w okolicy, dobrze o tym wie. To widz z dalekiej Polski ma prawo nie do końca rozumieć, co się dzieje; Sonya Cross, gdyby była prawdziwą policjantką, dobrze by wiedziała, na czym polega problem. I nie musiałaby patrzeć ze zdziwieniem na swojego meksykańskiego kolegę.

Nie jest to żaden mój zarzut w stosunku do serialu, rozumiem, że czasem pewne rzeczy trzeba widzowi włożyć łopatą do głowy. Oby tylko nie stosowano takiej taktyki za często, bo ja bardzo nie lubię, kiedy serial próbuje mi wmówić, że jestem głupsza niż jestem w rzeczywistości.

Wróćmy jednak do początku. Na moście granicznym pojawiają się podrzucone zwłoki, jak się okazuje, przecięte na pół. Po dokładniejszych oględzinach dowiadujemy się, że połowa to amerykańska sędzia, która słynęła z antyimigracyjnych poglądów, a druga połowa to dziewczyna z Juárez. Zaczyna się śledztwo, prowadzone przez dwójkę policjantów - wspomnianą Sonyę Cross z USA i meksykańskiego detektywa Marco Ruiza (znany m.in. z "Trawki" Demián Bichir).

Para jest od początku tak nietypowa, że aż typowa - co w zasadzie stanowi normę w serialach kryminalnych. Na razie nie mam stuprocentowej pewności, że ta relacja będzie działać, ale przyznaję, że wyglądają razem prawdziwie i patrzy się na nich dobrze. Zwłaszcza podoba mi się Demián Bichir, który gra normalnego faceta, spokojnego, rozsądnego i pogodzonego z tym, jakie jest życie. A życie meksykańskiego policjanta proste nie jest, nawet pracować tak po prostu nie może. Ruiz codziennie zmaga się z wszelkimi odcieniami szarości i nie robi z tego wielkiego halo, bo w zasadzie czemu miałby. A przy tym pozostaje zwyczajnym, uczciwym facetem, co czyni go postacią ciekawą na tle innych meksykańskich policjantów.

Sonya z kolei jest chora na zespół Aspergera, czyli ma problemy z relacjami społecznymi, co widać na każdym kroku, w każdej sekundzie. Jej brak empatii, nieumiejętność rozmawiania z ludźmi, obsesyjny sposób prowadzenia śledztw - to wszystko raczej nie pomaga jej w codziennej pracy. Jest trudną osobą pod każdym względem, denerwująco oschłą, przestrzegającą zasad i nierozumiejącą zwyczajnych ludzkich emocji. Zachowuje się momentami jak robot, tak też się porusza. Scena z karetką pogotowia z początku pilota to pewnie tylko wierzchołek góry lodowej. Zapowiedź odejścia jej szefa (znany z "Monka" Ted Levine) oznacza, że jej problemy jeszcze się pogłębią, bo to on był człowiekiem, który ją chronił i który pozwolił jej tak daleko zajść.

Nie mam wątpliwości, że to właśnie postać grana przez Diane Kruger ma być tutaj tą "ciekawszą" połową, ale coś we mnie odmawia jej zaakceptowania. Nie miałam do czynienia z nikim cierpiącym na chorobę Aspergera (a przynajmniej tak mi się wydaje) i być może dlatego Sonya wydaje mi się w jakiś sposób przesadzona. Niektóre jej zachowania - na przykład to, jak jeździ - uważam za karykaturalnie dosłowne. Dostrzegam jakiś dziwaczny element komediowy, który pojawia się w momentach, kiedy naprawdę nie powinnam się śmiać. I sama nie wiem, czy tak miało być - powinnam chichotać, kiedy najpierw ktoś radzi Ruizowi, żeby dobrze się zapiął, a potem pokazują nam, jak Sonya szaleje na drodze? - czy coś tu jednak nie wyszło. Nie chcę się śmiać, oglądając mroczny kryminał. Być może ktoś z Szanownych Czytelników mógłby mi wytłumaczyć, jak to z tą chorobą jest, bo na razie mam problem z Diane Kruger.

Nie do końca też podobało mi się, jak wiele wydarzeń zostało upchniętych w pilocie serialu, zwłaszcza iż jednocześnie nie mogłam pozbyć się wrażenia, że akcja toczy się bardzo wolno. Nie ma sensu na razie zastanawiać się, co łączy wszystkie te wydarzenia - główny wątek morderstwa, śmierć i tajemnicę męża przewiezionego przez granicę, porwanie meksykańskiej dziewczyny przez mieszkającego na pustyni faceta, bombę w aucie reportera z El Paso - na to przyjdzie jeszcze czas. Na pewno na razie te puzzle przedstawiają się bardzo obiecująco i z przyjemnością będę brać co tydzień udział w ich składaniu.

Nie oglądałam oryginalnego serialu skandynawskiego, na podstawie którego powstał "The Bridge", więc nie wiem, ile z niego zaczerpnięto. Ale odnoszę wrażenie, że twórcom "The Bridge" udało się stworzyć na tej bazie coś własnego. Na razie dla mnie najważniejsza nie jest ani dwójka detektywów, ani rozwiązanie zagadki kryminalnej. Najważniejszy jest niepowtarzalny klimat pogranicza, który udało się stworzyć bezbłędnie.

Bohaterowie raz mówią po angielsku, chwilę potem przechodzą na hiszpański, i znów na angielski, i tak w kółko. Czasem bez żadnego sensownego powodu - np. czemu Ruiz z żoną (którą gra wspaniała Catalina Sandino Moreno - obyśmy oglądali ją częściej!) rozmawiają w języku swoich północnych sąsiadów? Domyślam się, że po to, by pokazać, iż tutaj nie do końca wiadomo, gdzie jedna kultura się kończy, a druga zaczyna (żona i syn Ruiza codziennie jeżdżą do Teksasu, by pracować i uczyć się). To widać we wszystkich pogranicznych miastach i miasteczkach - wystarczy pojechać do polskich pogranicznych miejscowości, by to zaobserwować - ale w "The Bridge" czuję jakąś nieokreśloną wyjątkowość. To nie jest miejsce jak każde pogranicze, to miejsce z różnych względów dużo bardziej skomplikowane.

To właśnie ten przykurzony, z lekka magiczny i tajemniczy klimat stanowi dla mnie główny powód, dla którego chcę dalej oglądać "The Bridge". Serial zresztą nie tylko dobrze wygląda, nie tylko umiejętnie buduje atmosferę obrazami, ale też świetnie brzmi. Ryan Bingham i jego "Until I'm One With You" to bardzo dobry wybór motywu muzycznego, choć czołówka mogłaby być dłuższa. Lubię takie czołówki.

Mimo że na razie nie wszystko w "The Bridge" przekonuje mnie w 100%, kupuję tę historię, zdecydowanie tę historię kupuję. Po pilocie tym, co lubię w serialu najbardziej, jest niepowtarzalna atmosfera tego skomplikowanego miejsca, w którym "The Bridge" się dzieje. Ale nie wykluczam, że zakocham się też w głównych bohaterach, a za kilka tygodni będę obgryzać paznokcie, oczekując rozwiązania sprawy, stanowiącej trzon serialu.

Co więcej, nie wykluczam, że nie obraziłabym się, gdybyśmy nigdy nie poznali rozwiązania, tak jak pewnie nigdy nie dowiemy się, jaka jest tajemnica morderstw kobiet w Juárez. Wątpię, żeby twórcy jakiegokolwiek kryminału mogli sobie pozwolić na coś tak wkurzającego widza jak brak rozwiązania, ale dla mnie w tym akurat przypadku byłoby to sensowne i prawdziwe zakończenie.