Z nosem przy ekranie #15: Kłopoty z przerwami

"Rizzoli & Isles" (fot. TNT)

"Rizzoli & Isles" (fot. TNT)

Wbrew tytułowi ostatnie dni były raczej dobre albo, z braku lepszego słowa, żwawsze. Na ekranach wszelakich nie wiało nudą, pogoda wręcz zmuszała do siedzenia przed monitorem, a już za kilka dni Comic-Con. Spoilery.

No dobrze, nie znaczy to, że nie mogłoby być lepiej. Przykładowo czasem, nawet przy tak wdzięcznym serialowym tygodniu, warto pomyśleć o wyjściu na zewnątrz. Raz na jakiś czas wypada przejść się po mieście (nieważne jakim), spotkać kogoś dawno niewidzianego, zobaczyć jakiś występ na żywo, postać w kolejce – oczywiście najlepiej przed kinem lub w urzędzie. Wiecie, tak dla tzw. higieny umysłu, poprawy samopoczucia lub nawet po to, by mieć o czym pisać w sobotę. Znaczy dzisiaj.

No właśnie – koncerty. Bywają niezwykłe i wspaniałe. Zdarzają się też i te nadające się do wrzucenia w kategorię znaną jako: doświadczenia smutne i dołujące. W trakcie tych ostatnich trafia się na znudzonych muzyków, na wokalistów bardziej niż zwykle walczących z własną słabością, wreszcie na publiczność klaszczącą raczej z sentymentu niż z zachwytu.

Mimo że w gruncie rzeczy jesteśmy świadkami wzajemnego oszukiwania się, powinniśmy w takiej sytuacji poczekać do końca. W końcu zawsze możemy się załapać na coś niezwykłego. Nie wiem, np. na kilka ulotnych sekund wzajemnej szczerości lub na pojedynczy utwór, który pomimo wszelkich niedogodności, zwyczajnie nas poruszy.

Niestety nawet owe rzadkie chwile mogą łatwo zostać zniszczone np. przez problemy z prądem, sprzętem czy złośliwość matki natury. Trochę jak, gdy w trakcie ważnej rozmowy nagle dzwoni telefon albo domofon. Atmosfera ulatuje, a pewnych momentów nie da się odzyskać.

A tymczasem...

...w "Rizzoli & Isles" raz jeszcze postanowiono uświadomić widzom, jak ciężka bywa praca w policji. Przerwane odkryciem zwłok chrzciny to zupełna nowość, a skrócenie tej rodzinnej uroczystości było wielką stratą dla widzów. Impreza zapowiadała się całkiem interesująco i nie tylko z powodu pokręconych losów rodziców najmłodszego członka klanu Rizzolich, ale również dlatego, że chrzcić miał akurat ksiądz, za przejechanie którego Tommy (Colin Egglesfield) spędził trzy lata w więzieniu.

Strach w sumie pisać, że znowu przekroczono jakąś granicę. Z drugiej strony dotychczas telewizyjnych detektywów wzywano do pracy raczej w czasie ważnych meczów, romantycznych kolacji, rodzinnych obiadów, urodzin, ślubów i pogrzebów. Teraz przyszedł czas na chrzciny, a jeszcze trochę i komuś wpadnie do głowy oficjalny zakaz przerw na kawę – w końcu według niektórych to bardzo niezdrowy napój.

OK, koniec. Jeszcze coś wykraczę....

Za to ostatnio...

...w "Graceland" zaczęto wspierać nie tylko podupadające hurtownie zabawek, ale również konający od dłuższego czasu rynek DVD. W "O-Mouth" Mike (Aaron Tveit) i Bello (Gbenga Akinnagbe) mieli okazję spędzić trochę czasu nad amerykańskimi westernami. Wpierw wymienili się refleksjami na temat "City of Bad Men", a następnie poświęcili cały wieczór na zapoznanie się z "The Gunfighter".

Jest coś fantastycznego w tych scenach. Może świadomość, że o klasyce kina rozmawiają gangster z agentem FBI, a może taki wpływ na widza ma groźnie spoglądający z ekranu Gregory Peck?

Zaledwie kilka chwil...

...wystarczyło, aby docenić obsadę i scenariusz "Orange Is the New Black". Zresztą pewnie już wiecie, że to dobry serial, a jeśli nie, zajrzyjcie do recenzji Marty. Wracając... To niesamowite, że w więzieniu w Litchfield pracę znalazły tak ciekawe twarze, jak Pablo Schreiber, w kuchni czas przepędzają świetne aktorki (Kate Mulgrew), a praktycznie za każdym rogiem czają się naprawdę solidnie napisane postacie. I trochę mnie martwi, że wspominam o tym jako o niecodziennym zjawisku. To chyba powinna być tzw. norma.


Odrobinę uroku straciło...

..."Necessary Roughness", a wszystko przez idiotyczną rozmowę Nico (Scott Cohen) z doktor Santino (Callie Thorne) o rzekomo nieomylnych wariografach i wykrywaniu kłamstw oraz wygłoszone chwile wcześniej równie głupawe oświadczenie Nolana Powersa (Ioan Gruffudd) na podobny temat. Już nawet nie chodzi o to, że koszmarnie rozminięto się z rzeczywistością i wrzucono w scenariusz brednie w stylu: wariograf jest niezawodny bla, bla, bla. Zwyczajnie boli, że te niepotrzebne i irytujące sceny popsuły całkiem ciekawy odcinek, w którym dr Dani nie udało się komuś pomóc.

W telewizji zaśpiewała...

...Björk. No dobrze, nie do końca. Poprawna wersja brzmi: w "Top Gear" puszczono fragment teledysku do "All Is Full of Love". Wspominam o tym jedynie dlatego, że nie było to zwykłe wykorzystanie fragmentu piosenki jako tła w teście BAC Mono, a raczej próba przypomnienia widzom, że nawet wygląd samochodu może zostać zainspirowany wideoklipem. Na marginesie Mono jest naprawdę pięknym autkiem.

Do przyszłego tygodnia!