Wakacje #3. Gilmorki zamiast "Bunheads"

"Gilmore Girls"

"Gilmore Girls"

Wakacje trwają, jesień nadejść nie chce. I nie jest mi z tego powodu źle, wreszcie mam czas obejrzeć takie produkcje, jak "The IT Crowd" czy "Gilmore Girls". A poza tym oglądam "The Bridge", "Raya Donovana", "The Killing"... Uwaga na spoilery, zwłaszcza dotyczące "The Killing"!

Wreszcie, wreszcie jest naprawdę ciepło, wreszcie przyszło do Stołecznego Królewskiego Miasta Krakowa prawdziwe lato, doskonałe i leniwe, prawdziwym latem pachnące, wreszcie, podobnie jak Nikodem, nie mam czasu na seriale. A raczej - wybieram inną rozrywkę, na przykład wylegiwanie się na brzegu Wisły z książkami. Za dobry znak i zarazem dalszą zachętę do wylegiwania się uznaję fakt, że jeszcze nikt nie pomylił mnie z foczką i nie próbował wrzucić z powrotem do wody. To naprawdę budujące.

Sporo też spaceruję, głównie od knajpy do knajpy, bo wiecie, teraz, kiedy otworzyliśmy Kuflową, człowiek musi poszerzać horyzonty. Gdyby nie konieczność pojawienia się czasem w pracy, moje życie byłoby idealne i nie narzekałabym z pewnością, że seriali jest dziwnie mało.

A tymczasem w deszczowym Seattle...

..."The Killing" wróciło do bardzo wysokiej formy. Choć ten sezon uznaję za znacznie słabszy od obu poprzednich - przede wszystkim dlatego, iż twórcom i aktorom nie udało się zbudować więzi emocjonalnej z widzem, to znaczy konkretnie ze mną, bo wiem (i dziwi mnie to), że wielu widzów reaguje pozytywnie. Nie obchodzą mnie te dzieci, nie obchodzi mnie, kto je morduje (mam nadzieję, że nie partner Holdera, bo obstawiałam go od początku i wydaje mi się, że byłoby to błahe rozwiązanie), nie porwała mnie postać Raya Sewarda (choć zagrana została bezbłędnie).

Ale muszę przyznać, że atmosfera wciąż jest cudownie gęsta, Joel Kinnaman i Mireille Enos nie zawodzą, a odcinek "Six Minutes" był po prostu perełką. Nie sądziłam, że "The Killing" zdecyduje się na tak odważne rozwiązanie i nie sądziłam, że będzie w stanie tak mocno mnie przykleić do ekranu. Zastanawiam się, czy faktycznie w USA można zabić człowieka, kiedy pojawiają się jakieś wątpliwości co do jego winy. Statystyki pokazują, że owszem, bezmyślny system pozbawił życia kogoś niewinnego już nieraz - ale co innego przeczytać statystyki, a co innego zobaczyć, jak to wygląda "od kulis". Nawet jeśli "The Killing" to tylko serial, nie jest przecież osadzony w próżni, osadzony jest w amerykańskiej rzeczywistości. I ten wstydliwy wycinek owej rzeczywistości, który pokazano w najnowszym odcinku, zapamiętam na długo.

Niespodziewanie dla samej siebie zakochałam się...

...w amerykańskiej wersji "The Bridge". Ci, co widzieli oryginał, mądrzą się, że przecież to to samo - sprawa identyczna, państwo detektywi tacy sami i w ogóle tych podobieństw za dużo. Cóż, pewnie tak. I jednocześnie nie. "The Bridge" to dla mnie przede wszystkim serial o pograniczu. Niby nie opowiada niczego nowego, niby klimaty amerykańsko-meksykańskie już eksploatowano na wiele sposobów, a jednak nie mogę oderwać oczu od tych przybrudzonych obrazów, które serwowane są co tydzień z coraz większą pewnością siebie.

Powoli przyzwyczajam się do Diane Kruger i coraz bardziej podoba mi się Demián Bichir, którego postać jest dużo bardziej skomplikowana niż wydawała się w pilocie i nie traci rozsądku, mimo że boryka się na co dzień z czymś znacznie gorszym niż zwykłe absurdy policyjnej pracy. Coś bardzo fajnego jest w tym, że to serial, w którym mało kto mówi po angielsku bez akcentu (nawet u Diane, która mieszka w USA od dawna, jest on wciąż doskonale słyszalny); że dwa języki mieszają się i przeplatają, dokładnie tak jak dwa światy, które oddziela od siebie tylko most.

Fabuła na razie wlecze się, ale raczej smakowicie niż denerwująco. Za nami dopiero cztery odcinki, a już wyszły na jaw pierwsze tajemnice i można dostrzec, że w tym wielkim poplątaniu jest jakaś reguła i że każdy element znajduje się dokładnie tam, gdzie być powinien. Na razie za wcześnie jest, by nazywać "The Bridge" serialem wielkim, ale ma dużą szansę zostać najlepszą premierą tego lata (choć "Low Winter Sun" pewnie nie będzie słabsze).

Jeśli pytacie mnie, co z "Orange Is the New Black"...

...to odpowiadam, że na razie przerwałam jego oglądanie. Nie dlatego, że przestał mi się podobać, o, nie, nigdy w życiu. Po prostu uznałam, że jeśli mamy do czynienia z dobrym serialem, to wypada poświęcić więcej niż kilka dni na jego przetrawienie. Do trawienia tej konkretnej produkcji wrócę więc pod koniec wakacji. Jeśli jednak jeszcze nie zaczęliście jej oglądać, oczywiście gorąco ją polecam.

Na razie w najbliższych planach mam mały maraton "Breaking Bad" - do premiery finałowej serii coraz bliżej, wypadałoby więc przypomnieć sobie przynajmniej osiem zeszłorocznych odcinków. Też oglądacie znów "Breaking Bad"?

Zrezygnowałam z oglądania na bieżąco "True Blood"...

...po tym jak bez sensu wyrżnęli kilkoro bohaterów w odcinku "Don't You Feel Me". W kolejnym ponoć było jeszcze więcej mordowania, ale nie spieszy mi się, żeby go zobaczyć. Nie żeby ten sezon był aż taki zły. Nie, on jest - jak na możliwości "True Blood" - całkiem przyzwoity, a na pewno bardziej przyzwoity niż dwa poprzednie. Ale coś jest z serialem nie tak, skoro robi się wielki cliffhanger z pojedynku na śmierć i życie pomiędzy głównymi bohaterami, a potem wycofuje się z tego wszystkiego rakiem. Tak nie wolno, to po prostu nie działa. Nie, nie sądziłam, że Eric zabije Pam albo na odwrót, ale nie miałabym nic przeciwko temu, gdyby scenarzyści potrafili doprowadzić do sytuacji, w której bym uwierzyła, iż wszystko jest możliwe. Nie potrafili.

Nie sądzę też, aby radosne odhaczanie kolejnych bohaterów, którzy nie zasługują na to, aby dalej żyć, miało pomóc "True Blood". Nie, bo marne są serialowe śmierci, które nie wywołują u widza żadnych emocji.

Bez większych emocji, ale też nie niechętnie...

...patrzę na Raya Donovana i jego popaprane życie. Nie jest to oryginalny bohater, widzę w nim raczej miks różnych postaci, w tym mojego ulubieńca Dona Drapera. Serialowi daleko do wybitności - co mówię po obejrzeniu trzech odcinków, pozostałe dopiero przede mną - ale ogląda się go w sumie przyjemnie i na pewno będę tę przygodę kontynuować. A kiedy dogonię tych, którzy oglądają "Raya Donovana" na bieżąco, może nawet nie będę się bała powiedzieć czegoś mądrzejszego niż "ogląda się go w sumie przyjemnie".

Ale najwięcej przyjemności tego lata...

...dostarczają mi seriale, których emisję już zakończono. Wstyd się przyznać, ale dopiero w lipcu tego roku odkryłam "The IT Crowd" - i oczywiście z miejsca uległam urokowi Roya, Mossa i Jen. Dwóch geeków pracujących w piwnicy i ich śliczna szefowa, która umie co najwyżej wysłać maila, odebrać maila, skasować maila itp., stanowią wdzięczną drużynę. Trochę przeszkadza mi śmiech z puszki - ach, jak dobrze, że minęły czasy, kiedy to była norma w komediach! - ale z drugiej strony niewiele seriali sprawia, że potrafię tak szczerze się śmiać.

Czasem wystarczy bardzo niewiele - na przykład słyszane po raz tysięczny "A próbowałeś wyłączyć i włączyć z powrotem?" - bym zwijała się ze śmiechu. To wielki dar Brytyjczyków, że tak potrafią, Amerykanie rzadko rozśmieszają mnie aż tak. I szkoda tylko, że cały serial to marne cztery sezony, czyli... 24 odcinki.

W planach mam też kolejne brytyjskie komedie, przede wszystkim "Coupling" i "Gavin & Stacey" (chcę zobaczyć, za co bierze się FOX). Jeśli macie jakieś sugestie, co jeszcze powinnam dodać do listy, chętnie z nich skorzystam. Mam duże zaległości w brytyjskich komediach, choć seriale znane wszystkim, jak "Little Britain" albo "Yes, Minister", oczywiście widziałam. Zaskoczcie mnie czymś fajnym.

Jestem wściekła na ABC Family...

...z powodu skasowania "Bunheads". Owszem, można było się tego spodziewać już od jakiegoś czasu, ale to i tak spory cios. Takich seriali nie traktuje się w ten sposób, w końcu jak często się zdarza, że produkcja ABC Family dostaje nagrody krytyków? Ech...

Z braku "Bunheads" zabrałam się za "Gilmore Girls" (nie, nie oglądałam go wcześniej, bo przypadł na okres moich studiów, kiedy uważałam, że czas już wyrosnąć z seriali. Potem zrozumiałam, że z niektórymi serialami jest inaczej - trzeba do nich dorosnąć), i oczywiście wpadłam po same uszy. Właściwie "Bunheads" i "Gilmore Girls" to ten sam serial, w każdym razie podobieństw jest więcej niż różnic. Ale nie przeszkadza mi to uważać ich obu za świetne.

Połknęłam cały pierwszy sezon i kawałek drugiego w kilka dni (w końcu nie mam czasu na seriale, prawda?) - i nie potrafię przestać. Lauren Graham i Alexis Bledel wypadają razem niesamowicie, dialogi napisane są najlepiej na świecie, a w Stars Hollow mogłabym zamieszkać choćby dziś. W serialu jest tyle ciepła i uroku, że nie przeszkadza mi nawet brak porywającej (a czasem jakiejkolwiek) fabuły.

Siła Amy Sherman-Palladino tkwi w czym innym: w tym, że przy pomocy kilku prostych, ale niedostępnych innym twórcom środków, potrafi zamienić zwyczajność w magię. I wielka szkoda, że ABC Family nie dało jej szansy, bo za kilka lat "Bunheads" mogłoby mieć podobny status, jaki ma dziś "Gilmore Girls".