O tym, dlaczego "Suits" naprawdę wciąga

"Suits"

"Suits"

Ciekawe historie i nie najgorzej zarysowane postaci to główne atuty nowego serialu prawniczego. Ale "Suits" warto oglądać tak naprawdę z innego powodu.

Podczas gdy w Europie prawo traktuje się jako zbiór uciążliwych i niesamowicie nudnych paragrafów, w USA prawem się wszyscy pasjonują. Być może właśnie przez książki Grishama czy seriale takie jak "Suits". Pokazują one ciekawe historie ludzi uwikłanych w problemy z prawem. Dzięki temu kodeksy i przepisy nabierają "ludzkich" kształtów. Oczywiście nowemu serialowi USA Network bardzo daleko do powieści Grishama, ale przedstawione w serialu case'y prawnicze bywają całkiem ciekawe.

Nawet ludziom, którzy umierają z nudów, oglądając procedurale, "Suits" może przypaść do gustu. Chociażby dlatego, że akcja bardzo rzadko odbywa się na sali sądowej. To chyba dobrze, bo zamiast śledzić erystyczne popisy adwokatów mamy ciekawą akcję na tle ulic Nowego Jorku.

No właśnie... Nowy Jork. Miasto prawie tak "ograne" jak Los Angeles. A jednak jakimś cudem ciągle wydaje się świeże i wciągające. Zgaduję, że gdyby akcja "Suits" toczyła się w Chicago czy Warszawie, to serial nie byłby tak wciągający.

W serialu ciekawa jest też relacja uczeń - mentor. W tym przypadku mentor jednak nie jest "mistrzem", a raczej bezwzględnym i cynicznym człowiekiem korporacji. Cóż, jakie czasy, tacy mentorzy...

Na swojego "ucznia", który jeszcze ma jakieś uczucia, cyniczny Harvey patrzy niby z politowaniem. Ale i trochę z zazdrością, bo kiedyś też był młodym prawnikiem, który miał jakieś ideały. Poza tym Harveyowi jednak daleko do Gordona Gekko, więc wzbudza jakąś sympatię. A u kobiet zapewne nieraz pożądanie. Mężczyźni zadowolą się zapewne seksowną Rachel, z którą główny bohater zapewne będzie miał wreszcie romans.