"True Blood" (6x10): Lepiej nie znaczy dobrze

"True Blood" (Fot. HBO)

"True Blood" (Fot. HBO)

Który to już raz się oszukuję, że wciąż jest nadzieja dla "True Blood"? Kilka ruchów scenarzystów oraz ostatnia scena sprawiły, że nadal wierzę w tę produkcję. Cóż za naiwność… Spoilery

Szósty sezon był bardzo nierówny. Co już zasługuje na wzmiankę, ponieważ dwa poprzednie były konsekwentnie fatalne przez cały okres emisji. Były momenty naprawdę niezłe, nawet Bill nie denerwował tak bardzo, jak kiedyś, ale mimo to nie udało się ustrzec błędów, na czele z idiotycznym wróżkowampirem. Gdy prawda o Warlow wyszła na jaw, doszedłem do wniosku, że twórcy stracili jakikolwiek rozsądek i zapomnieli o umiarze. "True Blood" nigdy nie można było traktować w pełni serio, ale pewnych granic lepiej nie przekraczać, bo za nimi czai się tylko złość i irytacja widzów.

Sam finał był taki jak cała seria – nierówny. Kilka naprawdę dobrych scen przeplotło się z tymi, powiedzmy delikatnie, przeciętnymi. Pozytywnie zaskoczył Warlow. Facet zapowiadany jako wielki czarny charakter szybko stał się nieciekawym, unieruchomionym wróżkowampirem. Aż do finału musieliśmy czekać, aby pokazał swoje nieco mniej przyjazne oblicze. Główna bohaterka, czasem utrwalająca wszelkie stereotypy o głupocie i naiwności blondynek, szybko przekonała się, że facet, który pożąda jej przez kilka tysiącleci, nie zgodzi się tak po prostu na bycie ciepłą kluchą w Bon Temps. Całe szczęście, dzięki temu chociaż w ostatnim odcinku chciało się go oglądać na ekranie. I to bez ziewania z nudów.

Skupmy się przez moment na dobrych rzeczach. Co zaliczam na plus? Twórcy przetrzebili obsadę, pozbywając się niemal wszystkich niepotrzebnych elementów. Ktoś będzie tęsknił za idiotycznym wróżkowampirem, który pół sezonu spędził związany w magicznej krainie wróżek? Albo Terrym, cierpiącym na wyrzuty sumienia (swoją drogą, czemu nikt wcześniej nie wpadł na pomysł, jak mu pomóc?!)? Albo za wielebnym Newlinem? Facet wreszcie zginął, co powinno wydarzyć się już pod koniec zeszłego sezonu, bo w tym jego rola była żadna. Oddajmy tylko twórcom, że pożegnali go w sposób całkiem zabawny, trudno było się nie uśmiechnąć. Lekko zatęsknię jedynie za całkiem ładną buźką Nory i jej brytyjskim akcentem, ale ogólnie rzecz biorąc, wampirzyca była zupełnie nieprzydatna. Mam nadzieję, że definitywnie zrezygnowano też z takich postaci, jak Rikki (mimo że nic nie można zarzucić jej prezencji) czy ojciec Alcide'a.

Szkoda tylko, że urządzając wielkie sprzątanie na drugim planie, scenarzyści zapomnieli o rozpisaniu ciekawych wątków dla głównych postaci. Kiedy Eric stał się taką płaczącą panienką? Facet wkurzał mnie przez większość sezonu, nieco jego dawnego uroku przywrócono w ostatnim odcinku. Swoją drogą, kto myśli, że zginął, ręka w górę. Nikt? Tak myślałem. Spodziewajmy się, że jakimś cudem uratuje go Pam. Nielogiczne? Jeśli szukasz logiki w serialu, trafiłeś pod zły adres. Pozytywnie odbieram także wyraźną chęć skupienia się ponownie tylko na wampirach. Chyba możemy wreszcie zapomnieć o wróżkach, zmiennokształtnych i innych dziwnych kreaturach. W niepamięć odchodzą także wampiry żyjące za dnia i bogowie, których nie rusza nawet przebicie kołkiem. Serial powoli wraca do swoich korzeni, choć jakoś nie jestem w stanie uwierzyć, że producenci i scenarzyści w pełni wykorzystają szansę, jaką sami sobie dali.

Wydawało się, że 10-odcinkowy sezon to pomysł idealny, akcja nie będzie się wlekła niemiłosiernie, tempo powinno przyspieszyć i tym samym otrzymamy lepszy serial. Błąd. OK, jest lepiej niż w dwóch poprzednich latach (to najlepiej świadczy o tym, jak fatalne były sezony z numerami 4 i 5), ale nie na tyle, byśmy mogli mówić, że jest dobrze. Jest przyzwoicie, tyle. Niektóre postaci nie otrzymały wątków praktycznie wcale, więc postanowiono w kupie stłoczyć je w wampirzym więzieniu, z kolei idiotyzm innych historii może przyprawić o zawrót głowy. Serio, może mi ktoś powiedzieć, o co chodziło z szybko rosnącymi córkami Andy'ego? Albo z Samem i Alcide'em? Co chciano nam zaprezentować? Marta twierdzi, że wilkołak powinien mniej mówić, a więcej się rozbierać. Nie wiem, nie znam się, choć chyba wszystko byłoby lepsze od jego "historii" z tego sezonu.

Z kobiet w tym sezonie prym wiodła Sarah Newlin. Sceny z jej udziałem to chyba najlepsze momenty całej serii, jej szaleńczy fanatyzm przykuwał do ekranu (scena, gdy zabiła Azjatkę o nieznanym mi imieniu!). Niewykluczone jest, że postać odgrywana przez Annę Camp wróci w przyszłym roku, scenarzyści zostawili otwartą furtkę, a przecież wiemy, że fanatycy nie porzucają swojej misji ot tak. Kolejny już raz bardzo dobrze wypadła Pam, jeden z najjaśniejszych punktów "True Blood" od samego początku. Zdążyłem się już pogodzić z tym, że moja ulubienica, Jessica, nie dostanie chyba nigdy porządnego wątku, choć muszę przyznać, że ostatnia scena z udziałem jej i Andy'ego była naprawdę mocna.

Całkiem nieźle zapowiada się także postać Violet (jeśli ktoś jeszcze nie wie, gra ją Polka, Karolina Wydra). Wampirzyca z zasadami, której udało się skraść serce Jasona, aby teraz torturować go podczas czynności, które powinny wywoływać przyjemność. Jestem ciekaw, ile osób oburzyło się na widok Matki Boskiej Częstochowskiej jako tła dla sceny seksu. Po tylu latach obcowania z "True Blood" takie sceny nie wywołują już we mnie żadnych emocji. To trochę tak jak z Lafayette'em i jego strojami i makijażem. Z czasem przestają poruszać, nie zwraca się na nie uwagi. A skoro już o Lafayetcie mowa… Ktoś mi powie, co działo się z nim przez cały sezon? Coś więcej oprócz tego, że był?

Co tu mówić więcej… Było lepiej, ale to nie znaczy, że było dobrze, do tego wciąż daleka droga. Całe szczęście, że twórcy wreszcie zorientowali się, że serial zmierza donikąd i próbują przywrócić go na właściwe tory. Obawiam się tylko, że na to jest już zdecydowanie za późno. Ale że "True Blood" to jedno z moich guilty pleasures, zapewne do przyszłego roku zapomnę o wszelkich obawach i znów co tydzień będę zasiadał przed ekranem. I pewnie znów będę narzekał.