"Boardwalk Empire" (4x01): Bo Nucky lubi ten klimat

"Boardwalk Empire" (Fot. HBO)

"Boardwalk Empire" (Fot. HBO)

Mnogość wątków, bohaterowie dobrze znani i zupełnie nowi, wielkie pieniądze, przepych, jazz, piękne i nie do końca odziane panie. "Boardwalk Empire" powróciło i znów jest w niezłej formie. Spoilery.

Poprzedni sezon "Boardwalk Empire" znużył mnie, znudził i doprowadził do tego, że zaczęłam mieć wątpliwości, czy aby na pewno chcę to dalej oglądać. Nie dość że głównym antagonistą zrobiono postać złożoną z wszelkich możliwych klisz, jakie widzieliśmy w kinie gangsterskim, to jeszcze akcja rozwijała się strasznie wolno, brakowało choć trochę napięcia i emocji. Wszystko przyspieszyło dopiero w szalonym, krwawym finale, który przywrócił mi wiarę w serial Terence'a Wintera.

"New York Sour" na szczęście nie zawodzi. Akcja przeskakuje osiem miesięcy do przodu, u wszystkich bohaterów coś się dzieje. Harrow, który rozwinął się w jedną z najciekawszych postaci serialu, morduje dwóch facetów w miasteczku o swojskiej nazwie Warsaw. Na tym się jednak nie kończy, Harrow jest jak zjawa, która pojawia się tam, gdzie nikt się tego nie spodziewa, by dokonać zemsty w spektakularny sposób. A na koniec widzimy zupełnie inną twarz tego bohatera, twarz brata, który powrócił do dawno niewidzianej siostry.

Nucky w świetnie wyreżyserowanej scenie, dziejącej się na piętrze nowego klubu Onyx, zawiera wreszcie pokój z Joe Masserią i Arnoldem Rothsteinem. Masseria dostaje torbę pieniędzy - i wydaje się, że panowie przez jakiś czas będą żyli w jako takiej symbiozie. Nucky, który z wielkim trudem utrzymał swoją pozycję w Atlantic City, mówi, że jedyne, czego teraz chce, to pokój, i w zasadzie nie ma powodów, żeby mu nie wierzyć. Przynajmniej na razie.

Gillian Darmody robi, co może, by odzyskać wnuczka. Ale szanse na to ma chyba takie sobie. To, co zrobił z nią Gyp Rosetti w finale 3. sezonu, ma tragiczne konsekwencje. Śliczny rudzielec pogrąża się w nałogu narkotykowym i sprzedaje się w pustym domu za marne pieniądze (próbując jednocześnie sprzedać ten dom). Pojawia się jednak dżentelmen nazwiskiem Roy Phillips (Ron Livingston), który z pewnością wywrze na nią jakiś wpływ, być może nawet dobry.

Tymczasem w Chicago Al Capone ma nietypowy problem: młody reporter, który pisał o gangsterskim imperium, Johnny'ego Torrio, określił go mianem "faktotum" i na dodatek przekręcił jego nazwisko. Dla Torrio ten artykuł to zwiastun kłopotów, Capone jednak zajęty jest wyłącznie tym, że go nie docenili, i postanawia iść się przedstawić dziennikarzowi. Sceny z udziałem Stephena Grahama zawsze należały do najlepszych, i tym razem nie było inaczej. Widać, jak sfrustrowany jest Al Capone tym, że wciąż żyje w cieniu Torrio, a jednocześnie odwala za niego całą robotę. Widać, jak bardzo czuje się niedoceniony i jak bardzo jest głodny zaszczytów. I chyba nie tylko ja już nie mogę się doczekać, aż jego gwiazda zabłyśnie jaśniej.

Wątków zawiązanych w premierze 4. sezonu jest bardzo dużo, można wręcz powiedzieć, że twórcy "Boardwalk Empire" wreszcie pozwolili wykazać się osobom z drugiego planu. Można domyślać się, że główny wątek sezonu będzie miał związek z tym, co stało się ze specem od dostarczania rozrywki innym i sobie o imieniu Dickie, który nie docenił dumnego Dunna Purnsleya i w związku z tym marnie skończył. Ponieważ w odcinku kilkakrotnie zostały wspomniane jego związki ze słynnym Cotton Clubem prowadzonym przez Owneya Maddena, należy spodziewać się, że Harlem zjawi się niedługo w Atlantic City. A dokładniej - zjawi się zapowiadany przez całe lato Valentin Narcisse (Jeffrey Wright), przestępczy król Harlemu.

Cotton Clubu raczej nie zobaczymy w "Boardwalk Empire", ale trzeba przyznać, że Onyx - klub, którego właścicielem jest Chalky, a w którym Nucky bywa, bo "lubi jego atmosferę" - prezentuje się imponująco. Jest ogromny, pełen przepychu i ważnych gości. Chalky puszy się, czarnoskórzy muzycy grają przed białą publicznością pełen energii jazz, a niesamowicie zsynchronizowane panie w "pysznie prymitywny" sposób prezentują się na estradzie. Jeśli czasem nuży mnie fabuła serialu HBO, to takie obrazy sprawiają, że zawsze do tego serialu będę wracać. Uwielbiam ten klimat do tego stopnia, że mogłabym oglądać serial, nawet gdyby kompletnie nic się nie działo.

Co jeszcze zasługuje na uwagę w "New York Sour"? Jak już wspomniałam, dużo czasu oddano bohaterom drugiego planu. Są wśród nich ci, którzy dobrze znamy i których zawsze ogląda się świetnie - jak Chalky czy Harrow - są też twarze, z którymi dopiero musimy się oswoić. Jak Warren Knox, młody agent, który zaskoczył mnie, tym, jak wrobił Sawickiego, wielkim zamiłowaniem do herbaty i ogólnie mocno ekscentrycznym nawet jak na "Boardwalk Empire" zachowaniem. Oby było go na ekranie jeszcze więcej.

Nie zmartwił mnie brak Margaret, prawdę mówiąc nie miałabym nic przeciwko zakończeniu mąk jej postaci, bo nie sądzę, żeby jeszcze kiedykolwiek miała ona coś wnieść - czy to w serial, czy w życie Nucky'ego. Skoro jesteśmy przy życiu Nucky'ego... dziwnie było patrzeć na niego mieszkającego w skromnych warunkach. I jak wywala kobietę z łóżka - fakt, bezczelną i niezbyt rozsądną, ale przecież bardzo ładną. Najwyraźniej też regułą stały się obiady z rodziną Eli. To wszystko bardzo ciekawe, bo dowodzi, że główny bohater "Boardwalk Empire" wyciągnął wnioski z popełnianych wcześniej błędów. Co nie znaczy, że wszystko potoczy się tak, jak sobie zaplanował - to by było nudne.

Premiera 4. sezonu jednego z najpiękniejszych seriali, jakie emitowane są teraz w telewizji, nie zawiodła mnie ani trochę. Przede wszystkim na plus zaliczam zmianę otoczenia, klub Onyx zrobiony został fantastycznie. Nowe wątki ledwie zaakcentowało i w związku z tym na razie trudno jest je oceniać. Ale niezależnie od tego, co będzie później, "New York Sour" oglądało mi się wyśmienicie, i bardzo bym chciała, aby taki poziom został utrzymany przez cały sezon.

A jeśli Wam też brakowało Van Aldena, mam dobrą wiadomość: w kolejnym odcinku już się pojawi. Znów jako domokrążca, tylko trochę, hm, bardziej nietypowy. Zobaczcie sneak peek.