"Dads" (1x01): Wstydź się, Seth!

"Dads" (Fot. FOX)

"Dads" (Fot. FOX)

Uwielbiam to. Zawsze gdy startuje nowy serialowy sezon, włodarze stacji decydują się zaprezentować nam seriale, które z jakiegoś powodu nazywane są komediowymi. Jak już się domyślacie, tak właśnie jest z "Dads".

Seth MacFarlane jest królem ostrego humoru. Twórca "Family Guya" dał się poznać jako facet potrafiący żartować ze wszystkich i wszystkiego. Jego dowcip w inteligentny sposób przekraczał granicę, a innym razem powodował jedynie zażenowanie i niesmak. Można więc było się spodziewać, że "Dads" będzie mieszanką gagów dobrych i złych. Niestety, pozostały tylko te złe, dobre zginęły gdzieś po drodze.

Już pierwsze sekundy obcowania z nowym serialem FOX-a dały mi do myślenia. Śmiechy z taśmy. Coś, co wydawało się odchodzić powoli do lamusa. Ich ostatnim bastionem w amerykańskiej telewizji jest stacja CBS, teraz pojawiły się one także w "Dads". Gdy przy niemal każdej sytuacji słyszę nagrany wcześniej rechot, w głowie zapala mi się czerwona lampka. To nie może być dobry serial, jeśli ktoś tak nachalnie próbuje zmusić mnie do śmiechu. 22 minuty i szybka refleksja – miałem rację w stu procentach.

Historia o synach nie potrafiących ułożyć sobie relacji z tatusiami to syf. Przepraszam, nie mogę nazwać tego inaczej. Oczywiście widziałem potworki gorsze od tego serialu (nie będę wymieniał ich nazw, aby przypadkiem kogoś nie kusiło, aby je sprawdzić), ale to jednak wciąż produkcja, przy której słowo komedia powinno być brane w cudzysłów. Żarty wydają się być wymuszone, a odtwarzający je aktorzy – niewiarygodni. Jedyna scena, którą mógłbym zaliczyć na plus, to ta, gdy Eli (Seth Green) udaje, że morduje swojego ojca (Peter Riegert). Cała reszta to zbiór mniej lub bardziej nieudanych gagów. Crawford (Martin Mull), który w obecności synowej (Vanessa Lachey) niechcący prezentuje się w stroju Adama? Przeurocze.

Łamiące tabu żarty, do tej pory będące wizytówką MacFarlane’a, to zwykłe popłuczyny po "Family Guyu". Dostaje się Azjatom, Latynosom, na chwilę pojawia się także Hitler. Nie przeszkadza mi jechanie po bandzie, ale jednocześnie chciałbym, aby było to śmieszne. Aby chęć szokowania nie była jedynie próbą maskowania ewidentnych braków produkcji. A tych braków naprawdę jest wiele. Nie tylko wspomnianego wcześniej Eli, ale także jego przyjaciela i zarazem partnera w interesach, Warnera (Giovanni Ribisi) nie można polubić. Nie ma za co, niemal każde ich słowo, gest, wydają się wymuszone. Ich skomplikowane relacje z ojcami byłyby całkiem niezłym punktem wyjścia dla całego serialu, ale ktoś postanowił spieprzyć to koncertowo.

Gdzieś czytałem, że dalej jest już dużo lepiej, że może nawet tli się jakaś nadzieja dla tego serialu. Po tym, co zobaczyłem, ciężko mi w takie słowa uwierzyć. Póki co "Dads" to jedynie zbiór żartów, które z założenia miały być kontrowersyjne, a są po prostu głupie. Dla obu Sethów, MacFarlane’a i Greena, jak i dla reszty obsady, ta produkcja powinna być powodem do wstydu. Chluby na pewno im nie przyniesie. Na dodatek miażdżące recenzje i niewielka, mimo braku konkurencji, widownia, pozwalają spodziewać się rychłego skasowania. I dobrze.