"Stranger Things" kończy się tak, jak powinno, a my sprawdzamy, czy to dobrze – recenzja finału serialu
Marta Wawrzyn
1 stycznia 2026, 17:07
Najbardziej hajpowany finałowy sezon serialu od czasów "Gry o tron" wreszcie dobiegł końca i nie okazał się takim świętem, na jakie liczyli fani. A co z samym finałem? Oceniamy – ze spoilerami – zakończenie "Stranger Things".
Najbardziej hajpowany finałowy sezon serialu od czasów "Gry o tron" wreszcie dobiegł końca i nie okazał się takim świętem, na jakie liczyli fani. A co z samym finałem? Oceniamy – ze spoilerami – zakończenie "Stranger Things".
5. sezon "Stranger Things" najbardziej dał się we znaki naszemu recenzentowi, który po określeniu 2. części festiwalem łopatologii i rozczarowań (Stranger Things sezon 5, część 2 – recenzja) zastrajkował i stwierdził, że nie będzie spędzał kolejnego swojego wolnego dnia z tym [tu padło niecenzuralne określenie]. Trudno było się z nim nie zgodzić – sprawy wydawały się zmierzać w kierunku niesławnego finału "Gry o tron". A jednak koniec końców uważam, że bracia Dufferowie raczej dali radę się obronić, choć nie był to najbardziej zaskakujący z finałów. Ale w tym przypadku – może to i lepiej?
Stranger Things sezon 5 – finał serialu nie zaskakuje
Przede wszystkim, irytowały mnie i śmieszyły wszystkie te rzeczy, na które narzekał w swoich recenzjach Nikodem. Bezładna bieganina, objaśnianie całej skomplikowanej mitologii, "17 osób tłumaczących sobie fabułę", brak emocji i znaczących interakcji pomiędzy głównymi postaciami, dziurawy scenariusz, takie sobie aktorstwo. To wszystko rzucało się w oczy zwłaszcza w niesławnej 2. części, ale i znaczną część dwugodzinnego finału obejrzałam na przyspieszeniu, przewracając oczami tu i ówdzie (ach, ta Nancy w wersji Rambo) i niespecjalnie angażując się w akcyjniak w Hawkins, zmierzający uparcie w stronę najbardziej bezpiecznego, przewidywalnego końca.

Właściwie wszystko, co się wydarzyło, zostało odgadnięte przez fanów serialu już jakiś czas temu, i to bynajmniej nie dlatego, że wszyscy jesteśmy tak genialnymi Sherlockami. Nie, sprawy po prostu zmierzały w kierunku wielkiej bitwy o Hawkins, w której stawka wcale nie była wysoko, jako że mieliśmy w zasadzie stuprocentową pewność, jak się zakończy. Domyśliliśmy się, że to nie Vecna (Jamie Campbell Bower), a Łupieżca Umysłów jest głównym złym. Wiedzieliśmy, co było w walizce małego Henry'ego. Nie dało się też nie odgadnąć losu Jedenastki (Millie Bobby Brown).
Dufferowie tak dobrze wiedzieli, co myślimy, że dorzucili nawet mały żarcik ze Steve'em (Joe Keery), którego śmierci wielu fanów się obawiało. Ale koniec końców potwierdzili, że "Stranger Things" nigdy "Grą o tron" nie było i być nie chciało, nawet do wątku Nastki dorzucając potencjalny twist i dając nam nadzieję, że może, może jednak…
Nic mnie w finale "Stranger Things" nie zaskoczyło, nie wbiło w ziemię, nie spowodowało szybszego bicia serca. Ale też prawdopodobnie nie miało. Dufferowie zrobili dokładnie to, co chcieli – blockbuster w stylu Stevena Spielberga i innych ejtisowych ikon, ze słodko-gorzkim, ale jednak happy endem. To już nasz problem, że chcieliśmy Krwawych Godów. "Stranger Things" tą historią nie było i być nie chciało.
Stranger Things sezon 5 – ostatnie Dungeons & Dragons
A najlepszym dowodem na to, czym "Stranger Things" było i być chciało, okazał się trwający znacznie ponad pół godziny epilog, dziejący się 18 miesięcy po bitwie o Hawkins. Ten bezwstydny festiwal nostalgii raz za razem przypominał nam, czemu tak pokochaliśmy te dzieciaki. Znów, nic zaskakującego nas nie spotkało. Steve został w Hawkins, świadomie przechodząc od bad boya do małomiasteczkowego gościa, który za chwilę pewnie się ustatkuje. Nancy (Natalia Dyer) została uwolniona od miłosnych wielokątów i wysłana w świat z odpowiednio drapieżną fryzurą. Robin (Maya Hawke) potraktowano raczej marginalnie. Jonathan (Charlie Heaton) – oczywiście! – okazał się alter ego Dufferów. Will (Noah Schnapp), Mike (Finn Wolfhard), Lucas (Gaten Matarazzo) i Max (Sadie Sink) skończyli szkołę i jesteśmy w zasadzie pewni, że wszystko u nich będzie okej. Potwornie zmarginalizowani Joyce (Winona Ryder) i Hopper (David Harbour) – zwłaszcza Joyce – dostali swoje szczęśliwe zakończenie.

Znów, zero zaskoczeń. Wręcz można było odnieść wrażenie, że z części scen dokładnie objaśniających nam, co będzie dalej u kogo, można było zrezygnować. Bo koniec końców tylko ta ostatnia – z grą w Dungeons & Dragons – okazała się rzeczywiście ze wszech miar udana, wprowadzając nas w dorosłość głównej ekipy dzieciaków, a następnie zgrabnie oddając pałeczkę następnemu pokoleniu, z Holly (Nell Fisher) i Derekiem (Jake Connelly) na czele. Takie "Stranger Things" pokochaliśmy. Takiej ostatniej sceny nam było trzeba. Nie wiem jak wy, ale ja poczułam większe emocje, oglądając finałową grę w D&D niż podczas "prawdziwej" bitwy o losy świata.
Co pokazuje, gdzie tkwiła siła serialu, idealnie wykorzystującego nostalgię mojego pokolenia. Mało mnie obchodziło, czym tak naprawdę jest Druga Strona i czy Vecna czy Łupieżca. Nie angażowały mnie walki, których rezultat znaliśmy od dawna, choć niektóre z tych scen imponowały rozmachem. Zawsze chodziło o nerdowski klimat i o dzieciaki przemierzające świat na rowerach, od jednej przygody do drugiej. I dlatego 1. sezon po wsze czasy będzie tym najlepszym. A być może wręcz jedynym dobrym.
Stranger Things sezon 5 – finał zatacza pełne koło
Łatwo jest mi wybaczyć "Stranger Things" różne bzdurki fabularne czy nawet straszną przewidywalność. To, z czym miałam problem i przy 4. sezonie, i teraz, to arogancja twórców przekonanych, że to, co robią, przewyższa telewizję. Opowieści o ośmiu filmach pełnometrażowych (bzdura, swoją drogą), obłędnym budżecie, wmawianie nam, że czekanie latami na kolejny sezon to świetna sprawa, lekceważące wypowiedzi o serialach ("Dorastając, nie interesowaliśmy się czymś takim") – to wszystko sprawiło, że nie czekałam na ten finałowy sezon. Jeżeli ambicją Dufferów jest tworzenie filmów, droga wolna. Chętnie zobaczę, co "naprawdę" potrafią. A telewizja ma wielu wybitnych showrunnerów, którzy mają więcej szacunku i do samego medium, i do widzów.

Chciałabym, żeby ten finał zakończył pewną epokę, epokę serialowych blockbusterów, które nie oferują głębszej treści i nie mają ambicji, żeby to zmienić. Tym właśnie były dla mnie dwa ostatnie sezony "Stranger Things" – przesadzone pod każdym względem, przehajpowane, o wiele za długie i pozbawione emocjonalnej siły rażenia. Ostatnia scena dostaje ode mnie plusa, bo przypomniała mi wielki finał serialu "Sześć stóp pod ziemią" i to, jak wtedy cała historia zatoczyła pełne koło. Tyle że dla Fisherów to była śmierć, a dla Willa i spółki – gra w Dungeons & Dragons. I to, co się działo podczas tej gry, to nie najgorsze pierwsze serialowe wspomnienie z 2026 roku. Ale czy najlepsze?
Spory, czy Dufferowie dowieźli czy niekoniecznie, pewnie będą jeszcze chwilę trwały. Na pewno jednak nie ma mowy o powtórce z katastrofy, jaką były bożonarodzeniowe odcinki – ani tym bardziej o drugim finale "Gry o tron". A to zawsze coś, prawda? Trudno jednak uznać za pełny sukces finał, którego pierwsza połowa zwyczajnie nudzi, pomimo ciągłego "dziania się", zaś druga może i ma te emocje i tę nostalgię co kiedyś, ale nawet nie próbuje wyjść poza najbardziej oczywiste z możliwych rozwiązań.