"Nashville" (2x01): Telenowela trwa

"Nashville" (Fot. ABC)

"Nashville" (Fot. ABC)

"Nashville" to serial, który oglądam z kilku powodów: dla muzyki, dla Connie Britton i chyba znowu dla muzyki. Ewentualnie można dodać, że ta dramatyczna, wręcz soap operowa konwencja wzięła mnie w garść i już nie chce wypuścić. Cóż, po premierze 2. sezonu nie wypuści na pewno. Spoilery.

Jak na efekty dramatycznych wydarzeń z końcówki ostatniego sezonu, "I Fall to Pieces" jest odcinkiem stosunkowo wyciszonym, na spokojnie wprowadzającym nas w nowe sytuacje w życiu bohaterów. Najważniejsze, czyli tragiczny w skutkach wypadek kończy się dla Rayny śpiączką, a dla Deacona - aresztem i wiszącym nad głową więzieniem. Zdewastowany gitarzysta obwinia się za stan ukochanej i uparcie przyjmuje na siebie całą odpowiedzialność, udając, że to on siedział za kierownicą. Konsekwentnie alienuje więc wszystkich, którzy wyciągają do niego życzliwą rękę - najpierw prawniczkę, która stara się dotrzeć do prawdy, potem Scarlett, która jako jedyna naprawdę w niego wierzy. Cała ta maskarada wydała mi się nieco na wyrost, ale na widok młodziutkiej piosenkarki płaczącej z powodu wujka naprawdę zrobiło mi się jej żal. Może to przez te ogromne oczy Clare Bowen, może przez fakt, że Scarlett, najbardziej niewinna istotka na ziemi, niczym sobie na taki gniew nie zasłużyła, a może "Nashville" potrafi po prostu tak sprytnie manipulować emocjami, że daję się na to nabierać za każdym razem.

Tak czy inaczej, poturbowana Rayna nie spędza całego odcinka na leżeniu podpięta do maszyn - to znaczy spędza - ale nim dochodzi do jej ozdrowienia, dostajemy podgląd na fragmenty jej przeszłości z Deaconem, od romantycznych chwil w ramionach ukochanego, przez pierwsze problemy alkoholowe, aż po dobitny rozpad związku. Po wybudzeniu się ze śpiączki gwiazda ostatecznie decyduje się kończyć z życiem przeszłością. Oczywiście nie mogła zrobić tego w lepszym momencie, bo chwilę wcześniej dowiadujemy się, że jej wiecznie knujący ojciec mógł maczać swoje zachłanne paluchy w śmierci jej matki. Jeszcze pół roku temu bardzo bym się na "Nashville" pogniewała za tak oczywisty telenowelowy chwyt, ale na szczęście zdążyłam pogodzić się już z faktem, że ten serial poważny nie jest. A w operach mydlanych nie ma przecież lepszych rewelacji, niż rozrywanie rodzin od środka za pomocą morderczych tajemnic z przeszłości.

Ale wiecie, co w operach mydlanych jest jeszcze lepsze od rozrywania rodzin od środka za pomocą morderczych tajemnic z przeszłości? Rozrywanie ich za pomocą szantażów ciążą. Z zeszłorocznego finału wiemy już, że w wyniku romansu z Teddym, Peggy spodziewa się dziecka, teraz zaś dowiedzieliśmy się, że poroniła. Zdesperowana kobieta decyduje się jednak na bardzo paskudny krok, otóż udając przed byłym kochankiem, że dziecko ma się jak najlepiej. I nie wiem, jak Wy, ale podczas ich wcześniejszej rozmowy o wsparciu finansowym nie doszukałam się na jej twarzy niewiele więcej poza zachłannością. Bo jeśli nie robi tego dla pieniędzy, to czy naprawdę sądzi, że Teddy wróci do niej z otwartymi ramionami? Peggy może jest nieszczęśliwą desperatką, ale prędzej uwierzę w jej chciwość niż uczucia.

Zostając przy temacie rodzin, wielki brawa dla dwóch nowych członkiń w obsadzie głównej, Lennon i Maisy Stella, którym scenarzyści nie bali się poświęcić kilku bardzo dobrych minut. Zwłaszcza starsza z sióstr, grająca Maddie, miała się czym popisać, zarówno w scenach z ojcem, jak i Juliette. Nietrudno też przewidzieć, że wątek córki, która z pewnością będzie chciała poznać swojego biologicznego ojca od innej strony będzie się gryzł z wolą matki, która postawia zerwać z przeszłością, a więc i z Deaconem. Jest tu potencjał na interesujące dramaty, które mam nadzieję zostaną w serialu potraktowane z należnym wyczuciem.

Ciekawe też, co teraz z życiem miłosnym Rayny. Czeka na nią kolejny przystojny muzyk, czy też skupi się od teraz wyłączenie na rodzinie i karierze? Bohaterka Connie Britton od początku była silną postacią - jako matka, jako córka i jako gwiazda - która potrafi sobie doskonale poradzić bez mężczyzny u boku. Chętnie bym ją więc w takiej wersji oglądała częściej, ale boję się, że telenowelowa konwencja "Nashville" nie pozwoli nam cieszyć się niezależnymi bohaterkami kobiecymi zbyt długo.

A skoro mowa o mężczyznach u boku, uderzył we mnie pewien fragment w dialogu pomiędzy Scarlett a jej przyjaciółką: że Scarlett po raz pierwszy jest sama. Nasze życzenia zostały bowiem spełnione i bohaterka powiedziała Gunnarowi "nie", ale jest osaczona dwoma byłymi, z których jeden drugiemu najchętniej połamałby obie ręce. Mam obawy, że przez kolejny sezon będziemy mieli powtórkę z rozrywki. Lubię Gunnara, to fajny, przyzwoity chłopak - mojej dobrej opinii nie zepsuło nawet zeszłoroczne sponiewieranie go przez scenarzystów - który na dobrą sprawę pasuje do Scarlett lepiej niż Avery, ale proszę, dajcie dziewczynie pooddychać trochę własnym powietrzem. Z kolei Avery, po przejściu krętej ścieżki odkupienia, stał się postacią całkiem sympatyczną, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jego próby wkupienia się w łaski byłej dziewczyny są zwyczajnie nieszczere. Z jednej strony gra wspierającego przyjaciela, z drugiej wrogim wzrokiem łypie na rywala. Przykro na to patrzeć, tym bardziej, że Avery świetnie sprawdza się w zupełnie innej roli - jako głos sumienia dla Juliette. Czy w 1. sezonie ktoś by o czymś takim w ogóle pomyślał?

A zatem wreszcie i Juliette, która w "I Fall to Pieces" była najlepszą sobą z każdej ze swoich dwóch stron. Z jednej to oczywiście kapryśna gwiazdeczka, której nie podoba się nagły wzrost popularności Rayny - po zapadnięciu artysty w śpiączkę naturalnie rosną w końcu słupki sprzedaży - postanawia więc perfidnie wykorzystać tę okazję i oddać rywalce hołd podczas koncertu. Gdy jednak otoczona blaskiem fleszy wkracza do szpitala, niespodziewanie natyka się na Maddie, a ta, nieznająca prawdziwej twarzy piosenkarki, zwierza jej się z leżących na sercu problemach. I w tym momencie, kiedy już myślałam, że przez kolejny sezon będę wściekać się na Juliette za bycie nieczułą, egoistyczną jędzą, bohaterka pokazała swą wrażliwą stronę i niemal biłam jej za to brawa. Uwielbiam tę rozumiejącą, delikatną Juliette, więc w chwilach, w których pokazuje prawdziwą siłę swojego charakteru, wybaczam jej tę całą podłą zołzowatość. Razem z nią będę się tak przerzucać z jednej skrajności w drugą, ale nic na to nie poradzę. Hayden Panettiere jest w tej roli świetna, a Juliette to postać wyjątkowo skomplikowana, którą kocha się, nienawidząc.

Na koniec mamy jeszcze Willa w dwóch interesujących wątkach: przyjaciela Gunnara, który popieram obiema kciukami, oraz zagubionego mężczyzny, który sam nie wie, czego - i kogo - od życia chce. Sposób dochodzenia przez niego do porozumienia z własną seksualnością może być kolejnym mocnym punktem tego sezonu, ale ponownie, w tak soap operowej konwencji istnieje obawa, że temat ten zostanie potraktowany zbyt banalnie. Premiera sezonu przeszła przez niego jednak stosunkowo gładko, więc oby tak dalej.

Wspomniałam jednak, że oglądam "Nashville" również dla muzyki, a więc pozwolę sobie pochwalić jeszcze dwa kawałki, które w tym odcinku usłyszeliśmy. "This Love Ain’t Big Enough" w wykonaniu Juliette było kawałkiem przyjemnym, ale niedostatecznie dobrze nagranym - ledwo głos Hayden słyszałam. Mam nadzieję, że na soundtracku będzie brzmiał o wiele lepiej, bo chciałabym go w końcu posłuchać. Z kolei duet Scarlett i Gunnara, "Why Can’t I Say Goodnight?", to jak zwykle pierwsza klasa, która odłożyła moje muzyczne obawy na bok. Po zmianie dyrektora muzycznego dosyć się obawiałam, czy piosenki w "Nashville" wciąż będą tak urocze, ale być może martwiłam się niepotrzebnie. Jest dobrze, niech tak samo będzie i przez cały rok.

Podsumowując, mamy kolejną udaną premierę tej jesieni. Druga odsłona "Nashville" na pewno nie będzie przesadnie różnić się od poprzedniej - zresztą drastycznych zmian przecież nie chcemy - ale już od początku w sposób zgrabny i ciekawy wprowadza nowe wątki. Jestem pewna, że co czwartek będę zasiać do serialowego świata country z tym samym, niezmordowanym entuzjazmem jak rok temu. W końcu każdy zasługuje na swoje własne guilty pleasure.