"Rycerz Siedmiu Królestw" to jedyny w swoim rodzaju spin-off "Gry o tron" – recenzja serialu HBO
Karol Urbański
13 stycznia 2026, 23:00
Za niecały tydzień na HBO i HBO Max zadebiutuje nowy serial ze świata "Gry o tron". Sprawdźcie, czy warto obejrzeć "Rycerza Siedmiu Królestw", który jest bardzo nietypową odsłoną kultowego uniwersum fantasy.
Za niecały tydzień na HBO i HBO Max zadebiutuje nowy serial ze świata "Gry o tron". Sprawdźcie, czy warto obejrzeć "Rycerza Siedmiu Królestw", który jest bardzo nietypową odsłoną kultowego uniwersum fantasy.
Debiutujący w przyszły poniedziałek "Rycerz Siedmiu Królestw" to pod wieloma względami dość ryzykowny projekt dla HBO. Oto bowiem spin-off "Gry o tron" pozbawiony zawiłych intryg politycznych, złożonych spisków knutych w królewskich komnatach czy wreszcie elementów fantasy, które zdawały się dojrzewać z sezonu na sezon. Mało tego, w pamiętnym serialu nasz tytułowy rycerz napomknięty był ledwie dwa razy. "Musiał być kimś" – wspomniał o nim król Joffrey – skoro dostał całe cztery strony w księdze Gwardii Królewskiej, prawda? Sprawdźmy, czy to wystarczy.
Rycerz Siedmiu Królestw – o czym jest spin-off Gry o tron?
Liczący sześć krótkich odcinków tytuł (widziałem przedpremierowo całość) przybliży skromne początki rycerza określanego ser Duncanem Wysokim (Peter Claffey, "Siostry na zabój"). Jesteśmy ok. 100 lat po wydarzeniach z "Rodu smoka" i jakiś wiek przed rozpoczęciem fabuły "Gry o tron". Latające bestie dawno pospadały z nieba, zaś Nocny Król nadal tkwi w zimowym śnie. Wiekopomne dzieje nie będą jednak domeną "Rycerza" – zapewnia bardzo wymowna scena, w której muzyka z kultowej czołówki rychło ustępuje… odgłosom fekalnym.

Bo widzicie, "Rycerz Siedmiu Królestw" to serial umiejscowiony na marginesie uniwersum "Pieśni Lodu i Ognia". Prequel oparty na serii nowelek George'a R.R. Martina znanych jako "Opowieści z Siedmiu Królestw" odsłania nam zakątki Westeros, które w dwóch dotychczasowych odsłonach telewizyjnych stanowiły nierzadko jedynie obrzeża bogato zdobionych kadrów. Wystawne izby zastąpiono stajniami umorusanymi błotem, zamiast lordów i księżniczek mamy giermków i prostytutki, a mozaikowa narracja wygasła na rzecz perspektywy pojedynczego bohatera.
Dunk – młokos o rozmiarach Reachera i przysposobieniu Teda Lasso – właśnie pożegnał swego mentora. Wędrowny rycerz odziany w szmaty, które u Lannisterów czy innych Targaryenów nie nadawałyby się na zasłony, po raz pierwszy od dzieciństwa zostaje osamotniony i pozbawiony celu. Wolny szlak wiedzie go na turniej w Ashford, a perspektywa wygranej napawa nadzieją na poprawę bytu. Prędko okazuje się jednak, że pierwsza z misji przyniesie kilka sporych wyzwań, którym nie zaradzi nawet nowo poznany towarzysz.
Rycerz Siedmiu Królestw – przygodowy serial ze świata Gry o tron
Bohater uroczo portretowany przez byłego rugbistę (w dorobku Claffeya znajdziemy nawet reprezentację Irlandii) łączy się w duet z łysym chłopaczkiem o niewielkich rozmiarach zwanym Jajem (Dexter Sol Ansell, "Igrzyska śmierci: Ballada ptaków i węży"). Ich komiczne dysproporcje to nie jedyna rzecz, która natychmiastowo rzuca się w oczy. Dunk nie jest najostrzejszą kredką w piórniku, tymczasem filigranowy kompan może pochwalić się elokwencją na poziomie co najmniej wprawiającym w zakłopotanie.

Gdy nasz groteskowy tandem dociera na rzeczony turniej rycerski, szybko orientujemy się, że droga Dunka do wygranej usłana będzie licznymi przeszkodami. Po pierwsze, żaden z rycerzy nie pamięta o jego mentorze, ser Arlanie (Danny Webb, "Reżim"), co sprowadza wiarygodność protagonisty do minimum. Po drugie, łachmany nie bardzo przystają do okazałych pancerzy przeciwników, co wymaga uzbrojenia. Po trzecie, uzbrojenie wymaga funduszy, co przy pustej sakiewce… rozumiecie, o co chodzi. Jest jeszcze po czwarte, po piąte i tak dalej, ale nie odbierajmy was zabawy.
Pocieszni bohaterowie pokroju Dunka mają to do siebie, że przykuwają wzrok ważnych postaci drugoplanowych. Nawet przy skromnych rozmiarach 1. sezonu "Rycerzowi Siedmiu Królestw" tych wcale nie brakuje. Co istotne, we włościach Ashford zawitali nie tylko śmiałkowie z rodów słynących produkcją cydru (gwarantuję, że Shaun Thomas z "How to Have Sex" skradnie wasze serce jako giermek Raymun Fossoway). Na potyczkach znaleźli się też i tacy, którzy w hierarchii Westeros odgrywali role niebagatelne.
Piętno na tej historii odciśnie nie tylko największy bon vivant ówczesnej familii Baratheonów (Daniel Ings z "Dżentelmenów" jako ser Lyonel Baratheon, zwany Śmiejącą się Burzą, to kolejny bardzo jasny element obsady). No i czymże byłaby impreza w Westeros bez ognia, a zatem kilku krnąbrnych Targaryenów? Niemałe zamieszanie wywoła obecność książątka zwanego Aerionem Jasnym Płomieniem (Finn Bennett, "Detektyw: Kraina nocy"), zaś jego wuj – Baelor (Bertie Carvel, "The Crown") – wniesie do Ashford powagę godną rycerskiego tytułu.
Rycerz Siedmiu Królestw – czy warto oglądać serial HBO?
Narracyjne założenie debiutanckiej odsłony "Rycerza Siedmiu Królestw" (HBO zamówiło już kontynuację, a cały serial ma złożyć się z trzech serii) mieści się bowiem w tożsamościowej zagwozdce Dunka o tym, co tak naprawdę znaczy posiadanie zaszczytnego tytułu. Ubogi i tułaczy tryb życia protagonisty co rusz zestawia się z bardziej doświadczonymi i możnymi kolegami po fachu. Tymczasem to nie kto inny jak pokorny gigant o wrażliwym sercu zdaje się rozumieć honorową rangę lepiej, niż ktokolwiek inny.

Skutkuje to nie tyle adaptacją wierną i chwytającą ducha pierwszego opowiadania (każdy z trzech sezonów przeniesie na ekran jedno z nich), ile drogą ser Dunkana Wysokiego wiodącą prosto do serca widza. Przy większości wątpliwie moralnych bohaterów świata "Gry o tron" tytułowy rycerz jawi się niczym wzór godny naśladowania – nawet jeśli z czasem na jaw wyjdą pewne intrygujące rewelacje. Serial momentalnie urzeka humorem i zdecydowanie lżejszym tonem, który nie zanika nawet gdy robi się poważnie.
Mimo że zdecydowana większość sezonu rozgrywa się w jednej przestrzeni (w 5. odcinku poznamy nieco więcej faktów z przeszłości Dunka), showrunner Ira Parker ("Ród smoka") nie pozbawia "Rycerza" poczucia przygody i imponującej skali produkcyjnej. Pamiętajcie, by nie oczekiwać rozmachu z poprzednich seriali, ale możecie być pewni, że ekipa motywowana przez samego Martina (gdy autor pierwowzoru pojawił się na planie, miał głośno i wyraźnie krzyknąć: "nie schrzańcie tego") doprowadziła projekt blisko audiowizualnej perfekcji.
Zgodnie z serialową tradycją "Pieśni Lodu i Ognia", to w przedostatnim odcinku sezonu zwykle dzieje się najwięcej. "Rycerz Siedmiu Królestw" nie jest w tym przypadku odstępstwem od normy. Wyczekiwana potyczka turniejowa prezentuje się wybornie, a fakt, że od pierwszych minut jesteśmy narracyjnie przyklejeni do Dunka, sprawia, że przeżywamy starcie niemal osobiście. Ryzykowny spin-off udowadnia, że telewizyjne uniwersum "Gry o tron" sprawdza się w różnych formach. Ta z bohaterem napomkniętym dwa razy i półgodzinnymi odcinkami wystarczy na świetny serial.