"The Crazy Ones" (1x01): Powariowali!

"The Crazy Ones" (Fot. CBS)

"The Crazy Ones" (Fot. CBS)

Przepis na sukces – weźmy Robina Williamsa, dorzućmy Sarah Michelle Gellar i doprawmy to Bobem z "Mad Men". A jednak coś nie wyszło.

Robin Williams po 30 latach nieobecności zalicza triumfalny powrót na szklane ekrany. Jego nowy serial pod względem oglądalności okazał się hitem, choć po "The Big Bang Theory" hitem okazałoby się nawet "Dads". Zatem mamy kolejny dowód na to, że jeśli twoja kariera filmowa chyli się ku końcowi, zawsze możesz liczyć na ciepłą posadkę w telewizji. Szkoda tylko, że Williams trafił na produkcję z bardzo fajnym pomysłem, ale kiepsko wykonaną.

Nie pomógł nawet David E. Kelley. Być może twórca takich hitów, jak "Ally McBeal" i "Boston Public" nie powinien brać się za produkcję 20-minutowych komedii. Tytuł serialu to nawiązanie do kultowej reklamy Apple'a. Zagranie ryzykowne i jak na razie zupełnie nieudane - prędzej ja zostanę prezydentem, niż "The Crazy Ones" w takiej formie stanie się równie kultowe co ten spot.

http://www.youtube.com/watch?v=aQQirziGl0I

A przecież to nie miało prawa się nie udać, "The Crazy Ones" powinno być jak "Mad Men", tylko w wersji komediowej. Tu z zadymionych latach 60. przenosimy się do współczesności, gdzie McDonald’s jest gotów zwolnić granego przez Williamsa Simona, jeśli ten nie wpadnie szybko na pomysł nowej reklamy. Simon, w którego słowniku najwidoczniej nie występuje słowo "nie", oczywiście podejmuje się zadania, mimo wyraźnie sceptycznego nastawienia ze strony córki, Sydney (Gellar). Mały spoiler, oczywiście wszystko się udaje, choć spora w tym zasługa Kelly Clarkson, zatrudnionej do odświeżenia nie najnowszego już dżingla. Cały odcinek kręci się wokół próby utrzymania firmy na powierzchni – jeśli McDonald’s odejdzie do konkurencji, hajs natychmiast przestanie się zgadzać.

Duet Williams – Gellar z założenia miał się wzajemnie uzupełniać. Niestety, szczególnej chemii między tą dwójką nie widać. Szkoda, bo skoro Sarah Michelle podobno bardzo zabiegała o partnerowanie Robinowi, mieliśmy prawo spodziewać się iskier i wybuchów na linii ojciec - córka. Być może "dotrą się" w kolejnych odcinkach i z czasem to wszystko będzie wyglądało lepiej.

Póki co zdecydowanie lepiej wypada współpraca Williamsa z grającym Zacha Jamesem Wolkiem. Scena, gdy wykonują przed Kelly Clarkson "seksowną" piosenkę o fast foodach to moim zdaniem najlepszy moment odcinka. Być może jedyny dobry. Serio, ten kto zdecydował, aby w komedii o agencji reklamowej zatrudnić gościa z "Mad Men", jest geniuszem. Tyle że to wciąż zdecydowanie za mało. Jeden Bob nie uciągnie całego serialu. Nazwiska w czołówce wystarczą tylko na kilka odcinków, później przestaną robić wrażenie i okaże się, że cała produkcja nie ma nic więcej do zaoferowania. To wariactwo, że mając tyle atutów w ręku, twórcom nie udało się stworzyć dzieła, przy którym byłoby warto spędzać kolejne 20 minut.

"The Crazy Ones" to przypadek dziwny. Na pierwszy rzut oka wszystko powinno być w porządku. Mamy gwiazdy, wsparcie "The Big Bang Theory", które zagwarantowało niesamowitą widownię - nic tylko stworzyć porządny serial i patrzeć, jak rosną zyski. Problem w tym, że "The Crazy Ones" popełnia grzech śmiertelny, którego wybaczyć nie sposób. Nie śmieszy. A skoro nie śmieszy, to niech spoczywa w pokoju.