"Ołowiane dzieci" to historia "śląskiego Czarnobyla". Sprawdzamy, czy warto oglądać – recenzja serialu
Jacek Werner
11 lutego 2026, 09:01
Na Netfliksa trafił oparty na faktach serial "Ołowiane dzieci", opowiadający historię kryjącą się pod mianem "śląskiego Czarnobyla". Czy mamy do czynienia z mocną rodzimą produkcją w stylu "Heweliusza"?
Na Netfliksa trafił oparty na faktach serial "Ołowiane dzieci", opowiadający historię kryjącą się pod mianem "śląskiego Czarnobyla". Czy mamy do czynienia z mocną rodzimą produkcją w stylu "Heweliusza"?
Anemia, osobliwy "koguci" chód wywołany porażeniem nerwów, sinoszara obwódka na dziąsłach – to kilka objawów ołowicy, które główna bohaterka serialu, pediatrka pracująca w sąsiedztwie zatruwającej powietrze huty, dostrzega u młodziutkich pacjentów. Jesteśmy wraz z nią w Szopienicach, przemysłowej części Katowic – w lecie 1974 roku. Schorowanych przybywa z dnia na dzień, władze umywają ręce, a gdy cała sprawa dobiegnie końca, przypadki zatrucia metalem będzie można liczyć w tysiącach. Oparta na faktach historia domagała się omówienia na ekranie, ale czy sześcioodcinkowy thriller (widzieliśmy całość przed premierą) oddał jej sprawiedliwość?
Ołowiane dzieci – o czym jest serial Netfliksa?
Losy Jolanty Wadowskiej-Król i przebieg jej nieustępliwej walki o zdrowie dzieci mieszkańcy Śląska dobrze znają – a twórcy serialu "Ołowiane dzieci", reżyser Maciej Pieprzyca ("Kruk") i i scenarzysta Jakub Korolczuk ("Kruk", "Niebo. Rok w piekle"), wyznaczyli sobie za cel przedstawienie jej reszcie świata. Lekarkę (Joanna Kulig, "Zimna wojna") poznajemy w produkcji Netfliksa wkrótce po tym, jak obejmuje stanowisko w przychodni rejonowej w osnutej przemysłową mgłą dzielnicy Szopienice. Niedługo trzeba, by zwróciła uwagę na "tajemniczą chorobę", na którą masowo zapadają tutejsze dzieci – i powiązała z całą sprawą działania okolicznej huty.

Znacznie trudniej niż zdemaskować winowajców będzie jej przekonać do siebie pracowników huty i ich najbliższych – ci nieprędko uwierzą w zapewnienia "zwariowanej doktórki" (jak pogardliwie będą o niej mówić) i zbagatelizują zagrożenie, byleby nie stracić pracy i domu nad głową. Przeciwko staraniom Wadowskiej-Król stanie też – a właściwie przede wszystkim – komunistyczna władza, która zrobi wszystko, by sprawę za wszelką cenę zatuszować. Zwłaszcza że już niebawem do województwa katowickiego ma zawitać sam sekretarz generalny Leonid Breżniew, a huta będzie obowiązkowym elementem "inspekcji": emblematem "przemysłowej potęgi" PRL.
Ołowiane dzieci – serial łączy fakty z fikcją. Ile tu prawdy?
"Serial inspirowany prawdziwymi wydarzeniami" – tymi słowy powita was każdy z odcinków "Ołowianych dzieci". Serial powstał na motywach książkowego reportażu Michała Jędryki o tym samym tytule. Reportażu – nadmieńmy, bo to ważne – który do końca reportażem nie jest, do czego sam autor się przyznaje. Jędryka wprowadził do historycznych ustaleń i opisu własnych doświadczeń elementy fikcji, m.in. by sprawniej – jego zdaniem – oddać opowieść o dorastaniu w okolicach huty. Jakub Korolczuk idzie podobnym tropem. Historię Jolanty Wadowskiej-Król okraszono naręczem postaci stworzonych specjalnie do serialu i narracyjnych uproszczeń, które sprawniej niż czyste fakty dopasowują "Ołowiane dzieci" do założonej konwencji politycznego thrillera.
Mamy tu więc wzloty i upadki "doktórki" rymujące się z modelem drogi bohatera, dogodne klamerki narracyjne i zwroty akcji, które niekoniecznie znalazłyby potwierdzenia w faktografii, ale demonstrują, z jakimi przeciwnościami Wadowska-Król mogła się mierzyć. Czy jest to beton partyjnego aparatu, patriarchat czy rodzina lekarki.

Takie elementy spinają dramaturgię serialu z częściowym tylko powodzeniem. Sprawnie – choć też najbardziej teatralnie – twórcy radzą sobie z osadzeniem historii w kontekście politycznym. Sprawę huty widzimy tu przez pryzmat walki o wpływy na Śląsku, którą z wojewodą Jerzym Ziętkiem (Marian Dziędziel, "Dom zły") prowadzi sekretarz PZPR Zdzisław Grudzień (Zbigniew Zamachowski, "Zamach na papieża"). Każdy z odcinków otwiera też propagandowa "kronika filmowa": celne wprowadzenie do świata, w którym gwarancję przestrzegania wizji narodowego optymizmu symbolizuje orwellowski z ducha obraz katowickiego Spodka. Jej konsekwencją zaś – i mocnym estetycznym kontrastem – są okolice huty. "Krajobraz z dystopijnego filmu o nuklearnej zagładzie" – pisał Jędryka.
O rozdarciu między przetrwaniem w takim systemie a dochowaniem przysięgi lekarskiej mówi z kolei – trochę zbyt skąpo, ale od początku do końca – wątek profesorki Berger (Agata Kulesza, "Skazana"), szefowej kliniki pediatrycznej. Bodaj najmocniej od strony psychologii postaci wciąga natomiast kreacja znakomitego Michała Żurawskiego ("Kruk"). Aktor wciela się w wykreowanego na potrzeby serialu oficera Służby Bezpieczeństwa, Huberta Niedzielę. Choć "Ołowiane dzieci" dostrzegają w nim swego najbardziej jednoznacznego antagonistę, okoliczności katastrofy wywołanej przez szopienicką hutę i jego dotykają mocniej, niż mógłby przewidzieć – Żurawski pięknie akcentuje widoczne wówczas pęknięcia na surowym obliczu esbeka.
Ołowiane dzieci – czy warto oglądać serial Netfliksa?
Szkoda zatem, że historię, z którą widzowie spędzają w "Ołowianych dzieciach" najwięcej czasu – czyli badania i "śledztwo" i dylematy głównej bohaterki – poprowadzono tak nużąco. Narracyjnie Jolanta Wadowska-Król to najbardziej jaśniejący pierwiastek w całym układzie serialu Netfliksa, ale bohaterkę bardziej niż pogłębioną postać potraktowano niczym przekaźnik do nakreślenia przebiegu i społeczno-politycznych konsekwencji epidemii. Prawdziwa historia lekarki inspiruje i porusza, ale niewiele mieni się w zachowawczej kreacji Joanny Kulig. Przede wszystkim zaś w scenariuszu Korolczuka zagubiła się lepiej nakreślona postać – taka, w której dostrzeglibyśmy więcej niż to, co natychmiast mówi o niej sama powzięta misja.

W wielu chwilach z serialową "doktórką" – tych najbardziej wzniosłych – "Ołowiane dzieci" przypominają, że tak jak przy "Heweliuszu", twórcy postawili sobie za zadanie znalezienie w straszliwych faktach przede wszystkim "prawdy egzystencjalnej". Wcześniejszemu serialowi udało się to jednak lepiej – a na pewno spójniej – niż projektowi Macieja Pieprzycy. Z tego względu polecam, by historię "śląskiego Czarnobyla" prześledzić wpierw w innym medium – dla przykładu: Polskie Radio ruszyło niedawno z podcastem dokumentalnym poświęconym całej sprawie – a dopiero później uruchomić serial Netfliksa. I nie mieć wyrzutów, że mimo udanych elementów nie wciągnęliście się w niego na tyle, by obejrzeć do końca.