"Once Upon a Time" (3x01): Polubić Nibylandię...

"Once Upon a Time" (Fot. ABC)

"Once Upon a Time" (Fot. ABC)

W premierowym odcinku 3. sezonu "Once Upon a Time" storybrooke'owa drużyna marzeń rozpoczęła wielkie zwiedzanie, a scenarzyści serialu udowodnili, jak ważną częścią ich dzieła są seryjnie popełniane błędy. Tylko czy spodziewaliśmy się czegoś innego? Spoilery.

Zaznaczmy od razu: w "The Heart of the Truest Believer" dużo się działo. Drużyna bez pierścienia dotarła do Nibylandii, po Storybrooke słuch zaginął, a w pewnej dobrze nam znanej krainie Neal (Michael Raymond-James) odbył pieszą wędrówkę w stronę tatusiowego zamku i poznał faceta lubującego się w łukach, strzałach i rajtuzach (Sean Maguire). Poza tym sam Rumpelstilskin (Robert Carlyle) znowu był sobą, a Piotruś Pan (Robbie Kay) ujawnił swe oblicze i to ta ostatnia wiadomość cieszy bardziej. Wszyscy wiemy, że telewizje wszelakie mają słabość do psychotycznych młodzieńców z przerośniętym ego.

Oprócz ujawnienia twarzy pryszczatego tyrana, przez ponad 40 minut znaleziono miejsce dla kilku innych bardzo istotnych wydarzeń. Wspomnieni pasażerowie Jolly Rogera po kłótniach, żalach i sporach wreszcie ustalili jakąś tam hierarchię, a zanim się to stało, pozwolono Reginie (Lana Parrilla) wypowiedzieć kilka naprawdę świętych kwestii. Spotkaliśmy też syrenki, a drużynowe fantazje na temat filetowania rybek na długo pozostaną w mojej pamięci.

Chciano także nieco ugłaskać widzów i szybko zakończono przygody Grega (Ethan Embry) i Tamary (Sonequa Martin-Green) w Nibylandii, choć dla porządku należy dodać, że panu bezbarwnemu zwyczajnie to i owo zabrano, a pani od rażenia prądem kłód drewna z życiem pożegnała się nieco na raty. Paradoksalnie jednak, nie była to najszczęśliwsza decyzja.

Jest dla mnie niezrozumiałe, jak można było tak bezceremonialnie pozbyć się duetu postaci, który wbrew wszystkiemu intensywnie eksponowało w 2. sezonie. Trudne do przełknięcia jest również to, że przy okazji strywializowano bardzo ciekawy wątek genezy Home Office. Zwyczajnie z tych wydarzeń wynika, że grupa dzieciaków żyjących w lesie była w stanie stworzyć organizację o ogólnoświatowym zasięgu, a bycie byłą dziewczyną lub narzeczoną Neala to szalenie niebezpieczna sprawa? Serio, lepszej teorii nie mam.

Zresztą cały odcinek trapiony był rozmaitymi problemami. Przykładowo ze wspomnianych wydarzeń z jednej strony cieszyła mnie wspólna podróż, którą odbywali Neal i Mulan (Jamie Chung). Z drugiej, nie mam pojęcia, skąd wyrodny synalek znał lokalizację rumplowego zamczyska. Albo z innej, także opisanej, bajki: bardzo ciekawe wydarzenia na pokładzie pirackiego statku dały nam kilka spektakularnych scen i ciekawych dialogów, ale też idiotyczne dywagacje o rodzicielstwie, nieuzasadnione żale oraz głośne wyartykułowanie etykietek, w końcu w innym przypadku taki "rycerz" nie wiedziałby, że nim jest.

Żeby więc nie pastwić się za bardzo, przyjmijmy, że w "Dawno, dawno temu" wszystko pozostało bez zmian. Nie można jednak zarzucić twórcom, że nie starali się spełnić swoich zarówno swoich zapowiedzi, jak i oczekiwań fanów. Było spektakularnie, była Nibylandia, a na dodatek dostarczono na srebrnej tacy głowy nielubianych postaci.

W efekcie nie ma znaczenia, że odcinek wręcz rozsypał się pod nadmiarem nieścisłości. Ważne, aby przygoda trwała, a bajkowe światy były, no cóż, mniej lub bardziej bajkowe.

Ech, zdecydowanie powinien inaczej zatytułować ten tekst. Co powiecie na: "Polubić Nibylandię... i się przy tym nie załamać"?