"Love Story: John F. Kennedy Jr. i Carolyn Bessette" to bajka, w której się zakochacie – recenzja serialu
Marta Wawrzyn
13 lutego 2026, 08:29
"Love Story: John F. Kennedy Jr. i Carolyn Bessette" skazano na porażkę, zanim ktokolwiek zobaczył choć jedną gotową scenę. Niespodzianka – wyszedł więcej niż dobry serial.
"Love Story: John F. Kennedy Jr. i Carolyn Bessette" skazano na porażkę, zanim ktokolwiek zobaczył choć jedną gotową scenę. Niespodzianka – wyszedł więcej niż dobry serial.
Miało być tak: kontrowersyjny serial, w którym wszystko poszło nie tak. Tandeta, dramat, porażka na całej linii. Ryan Murphy znów nie dowiózł. No więc spieszę was zaskoczyć: dowiózł, i to jak. "Love Story: John F. Kennedy Jr. i Carolyn Bessette", choć niepozbawione wad, przypomina złote czasy, kiedy najbardziej zajęty telewizyjny producent w galaktyce nie pracował jeszcze dla Netfliksa i wypuszczał kolejne sezony "American Horror Story" i "American Crime Story" (szkoda, że tutaj zrezygnowano z tytułu "American Love Story", bo nowa antologia, a przynajmniej jej pierwsza część, w pełni zasługuje na to, aby od razu kojarzyć się z resztą tego zacnego grona). Oceniamy osiem odcinków z dziewięciu, które Serialowa miała okazję zobaczyć przedpremierowo.
Love Story: John F. Kennedy Jr. i Carolyn Bessette – o czym jest serial?
Zacznijmy od podstaw, które dla widzów spoza Stanów Zjednoczonych niekoniecznie są oczywiste: John F. Kennedy Jr., syn zmarłego w wyniku zamachu prezydenta USA, i Carolyn Bessette, słynąca z elegancji i stylu wyprzedzającego wręcz swoją epokę PR-ówka domu mody Calvina Kleina, to jedna z tych historii miłosnych, którymi żył cały kraj, a po ich śmierci w 1999 roku – cały świat. On, piękny i sfrustrowany złoty chłopiec, niezdolny wyjść z cienia ojca i dokonać czegokolwiek wartego uwagi, i ona, zwykła dziewczyna robiąca w Nowym Jorku karierę w bardzo amerykańskim stylu, czyli od zera. Ich burzliwy romans błyskawicznie stał się pożywką dla rosnących wtedy w siłę tabloidów, a małżeństwo ostatecznie doprowadziło do kolejnej tragedii w Camelocie.
Jest w tej historii wszystko, od autentycznej miłości ponad podziałami i szalonego starcia charakterów aż po tak ukochany przez Murphy'ego element celebrycki, jako że mówimy o parze borykającej się z koniecznością życia na świeczniku. I choć serial, którego twórcą – i scenarzystą dużej części odcinków – jest Connor Hines ("Dollface"), nie we wszystkie nuty uderza tak samo czysto i skutecznie, to pierwsza od dawna warta uwagi produkcja Murphy'ego i jego firmy. Stylowa, nieźle napisana, wyreżyserowana z pomysłem, wciągająca romantyczna fabuła z dwójką znakomicie dobranych aktorów potrafiących sprawić, że ta opowieść poruszy nawet tych, którzy niekoniecznie chcą oglądać czy to romanse, czy to historyczne (melo)dramaty o rodzinie Kennedych.

Kontrowersji, które z taką pewnością przepowiadano przed premierą, jest tu niewiele. To, co na zdjęciach z planu niekoniecznie prezentowało się korzystnie, w serialu wygląda najbardziej stylowo na świecie, zaś znana z "Dziczy" Sarah Pidgeon i debiutant Paul Kelly są na najlepszej drodze, żeby zostać ikonami mody, jak wcześniej wielu aktorów Murphy'ego. Ale to nie jedyna ich zasługa, ten duet wypada fantastycznie pod każdym względem, oddając skomplikowane emocje ich postaci i niesamowitą chemię między nimi. Jego będzie wam po prostu żal, choć miał i wyrzucił w błoto życiowe szanse, których większość z nas nie dostaje tak po prostu. Ona to tutejsza wersja Diany, równie ikoniczna, błyskotliwa, nieszczęśliwa i koniec końców – równie tragiczna.
Kiedy ona waha się, czy chce być częścią jego świata, a on mówi do niej rzeczy w stylu: "Tak bardzo chciałbym być kimś innym, kiedy cię poznałem", łatwo zapomnieć, że mamy do czynienia z ogromnym uprzywilejowaniem, i tak po prostu zacząć im kibicować jako parze – choć zakończenie dobrze znamy. Kelly z wdziękiem zamienia młodego Kennedy'ego w człowieka z krwi i kości, nie przeszkadza też fakt, że oglądamy go oczami Carolyn, a ta, chcąc nie chcąc i mając ogromny problem z życiem na świeczniku, jest w nim po prostu zakochane. Takie to proste i poplątane jednocześnie.
Love Story, czyli kultowa amerykańska historia miłosna
"Love Story" ma swoje momenty iście baśniowe, ma też momenty niepotrzebnie tabloidowe, przy jednoczesnym potępianiu tabloidów – co nie zdarza się Murphy'emu po raz pierwszy. Tematycznie, ale i tonalnie ten sezon – nie wątpię, że będą kolejne – bliski jest "The Crown". I nie chodzi tylko o to, że zaszczuta przez paparazzich Carolyn to amerykańska księżna Diana, z czego zresztą ona sama świetnie sobie zdaje sprawę, a końcowe odcinki ogląda się prawie jak ostatnie serie hitu Netfliksa – przy czym uważam, że Murphy zrobił to jednak z większym wyczuciem niż Peter Morgan.
Paralele da się dostrzec również w sposobie pokazywania domostwa Kennedych i rodziny Johna, z dobiegającą kresu swoich dni jego matką, Jackie (Naomi Watts, "Wszystko dozwolone"), i zasadniczą siostrą, Caroline (Grace Gummer, "Mr. Robot") na czele. Jest w tym portrecie podobna nabożność twórców, którzy na każdym kroku muszą uważać, żeby oddać szacunek nie tyle ludziom będącym tematem opowiadanej historii, co ikonom, w jakie ich zamieniono. Możecie to postrzegać jako największą wadę bądź zaletę "Love Story", niemniej w przypadku tej historii i tej familii trudno wyobrazić sobie inne podejście. Murphy i Hines porwali się na amerykańską świętość.

Porwali się na świętość i wybrnęli z tego zaskakująco dobrze, zważywszy, że to, co napisali i przenieśli na ekran, to jednak w większości fikcja. Podobnie jak ekipa "The Crown", twórcy "Love Story" traktują prawdziwe wydarzenia jak szkielet, który obudowują własnymi domysłami, pokazując i parę, i osoby w ten czy inny sposób z nimi powiązane, w prywatnych momentach. Czy Carolyn i John rozmawiali ze sobą tak łopatologicznie i z tak oczywistą świadomością własnego położenia? Zapewne nie. Czy ona porównywała sytuację do Beatlesów i Yoko? Możecie spróbować zguglować temat. Nie wiemy i nigdy się nie dowiemy, co działo się za zamkniętymi drzwiami, ale "Love Story", podobnie jak "The Crown", robi wiele, żeby prywatne dramaty prawdziwych ludzi uczynić atrakcyjnymi dla widza. Na dobre i na złe. Nie ma czym się oburzać.
Przy całej swojej fikcyjności serial FX, w Polsce emitowany na Disney+, bardzo dba o odtworzenie i kultowych strojów Carolyn, i niezapomnianych momentów pary, na czele z lekko ekscentrycznym weselem w małym gronie na odciętej od świata wysepce. Warto dodać, że scenariusz oparto na książce "Once Upon a Time: The Captivating Life of Carolyn Bessette-Kennedy" Elizabeth Beller i wiele pomysłów zaczerpnięto stamtąd. Ci z widzów, którzy czują potrzebę, aby porównywać fakty z fikcją, nie będą się nudzić.
Love Story: John F. Kennedy Jr. i Carolyn Bessette – czy warto oglądać?
Nie będą nudzić się też ci, którzy przyjdą tu po emocje, romantyczne spojrzenia, lata 90. w bardziej stylowej wersji niż w rzeczywistości i muzyczne szlagiery, od Madonny i Petera Gabriela po "No Ordinary Love" Sade służące za coś w rodzaju hymnu naszej pary (wiem, oczywisty wybór – no i co z tego?). "Love Story" to Ryan Murphy z całym dobrodziejstwem inwentarza, a więc daleki od subtelności, przesadzony, dbający o formę bardziej niż o treść, ale też błyskotliwy, atrakcyjnie opakowany i wciągający. To po prostu Ryan Murphy z czasów, kiedy nie musiał tworzyć pod algorytmy Netfliksa.
Nie będąc serialem idealnym, "Love Story" jest ze wszech miar serialem udanym – a przy tym dalekim od kontrowersyjnego. Przy niektórych scenach będziecie wręcz mieć poczucie, że może dałoby się inaczej, może trochę mniej grzecznie. Ale tymi, kiedy Pidgeon i Kelly są na ekranie sami – i absolutnie magnetyczni – serial powinien was kupić bez reszty. Od pierwszego spotkania pary jak z klasycznego romcomu, poprzez urocze, prawdziwie bajkowe momenty ("Love Story" to lepszy "Kopciuszek" niż 4. sezon "Bridgertonów") i pełne pasji kłótnie, aż po wszystkie te sytuacje, kiedy łamie się serce, serial Murphy'ego i Hinesa wie, jak utrzymać uwagę widza przez dziewięć godzin.

Ale "Love Story: John F. Kennedy Jr. i Carolyn Bessette" nie najgorzej oddaje też klimat epoki, ówczesną bezwzględność mediów, wszechobecny seksizm, znacznie ostrzejsze żerowanie na celebrytach niż teraz. "To były czasy najlepsze, to były czasy najgorsze", a Ryan Murphy, jako twórca, który zdobywał wtedy pierwsze szlify i zapewne zderzał się z licznymi ścianami, czuje się w tej epoce najlepiej – wystarczy spojrzeć na jego największe hity, od wszystkich trzech serii "American Crime Story" aż po "Pose".
Koniec końców z "Love Story" będzie tak jak ze wszystkimi produkcjami tego twórcy: jeśli nie znosicie jego specyficznego stylu, tu też nie macie czego szukać. Jeśli jednak pięć czy dziesięć lat temu uwielbialiście absolutnie wszystko, co firmował swoim nazwiskiem, a w okolicach "Potwora" mieliście go już dość, to dobry moment, aby się z nim przeprosić. I przy okazji zapoznać się z najbardziej popkulturową wersją romansu amerykańskiego księcia i tamtejszej Diany, jaką tylko można sobie wyobrazić.