"Laleczka", czyli Alfie Allen w thrillerze o porwaniu. Sprawdzamy, czy warto oglądać serial – recenzja
Kamila Czaja
26 lutego 2026, 16:01
Alfie Allen w roli porywacza jednej z nastoletnich bliźniaczek pewnie przyciągnie widzów do nowego miniserialu. Pytanie jednak, czy "Laleczka" to thriller, przy którym warto wytrwać.
Alfie Allen w roli porywacza jednej z nastoletnich bliźniaczek pewnie przyciągnie widzów do nowego miniserialu. Pytanie jednak, czy "Laleczka" to thriller, przy którym warto wytrwać.
Gdy zabierałam się za nowy brytyjski thriller, zakładałam, że najgorszą jego cechą będzie tandetny polski tytuł – "Laleczka". Owszem, taki nosi powieść Hollie Overton z 2016 roku, zarówno w przekładzie, jak i w oryginale ("Baby Doll"), co nawiązuje do tego, jak oprawca w tej historii zwraca się do ofiary. Jednak Paramount+ (w Polsce produkcja dostępna jest na platformie SkyShowtime) dla sześcioodcinkowego miniserialu wybrał inny tytuł – może niezbyt oryginalny, ale niezmuszający do natychmiastowego skrzywienia się: "Girl Taken". Cóż, zaufanie bardziej kiczowatej wersji "Laleczka" pomogłoby mi obniżyć oczekiwania przed seansem i uniknąć aż takiego rozczarowania.
Laleczka – o czym jest thriller z gwiazdą Gry o tron
Nie spodziewałam się arcydzieła, liczyłam raczej na solidny brytyjski przykład realizacji gatunku. Gatunku, który zawładnął branżą – ku mojemu wyrażanemu i tu, i mniej publicznie niezadowoleniu. Owszem, wierzę, że da się zrobić niezły thriller, jednak fakt, że jednak banalne produkcje jak "Ta dziewczyna" czy "Bestia we mnie" konkurują z naprawdę dobrymi serialami w nagrodowych kategoriach, a każdy kolejny tytuł trudno odróżnić od poprzedniego, zniechęca mnie do kolejnych prób oglądania takich historii.

Jednak brytyjska telewizja gwarantowała zawsze poziom przynajmniej średni, a na korzyść "Laleczki" przemawiał też opis. Bo był tu potencjał. Siedemnastoletnie bliźniaczki, przebojowa Lily (Tallulah Evans, "Saga rodu Forsyte'ów") i bardziej wycofana Abby (debiutantka Delphi Evans), są na progu dorosłych wyborów. Jedna najchętniej spędza rozrywkowo czas ze swoim chłopakiem, Wesem (Levi Brown, "Milczący świadek"), druga dzięki wsparciu charyzmatycznego i przystojnego nauczyciela, Ricka Hansena (Alfie Allen, "Gra o tron"), wierzy, że może iść na studia.
Laleczka – historia bliźniaczek i bezwzględnego oprawcy
Problem w tym, że pan Hansen okaże się psychopatą, porwie Lily, przez lata będzie ją więził w piwnicy i wykorzystywał seksualnie, równocześnie okazując rodzinie dziewczyny – bliźniaczki wychowuje matka, Eve (Jill Halfpenny, "The Long Shadow") – pozorne współczucie, a swoją żonę (Niamh Walsh, "Sandman") mamiąc wizją idealnego rodzinnego życia. Oczywiście pod jego męskie dyktando.

To o tyle nie spoiler, że wiele zapowiedzi serialu z góry obiecywało, że Lily psychopacie ucieknie, a historia w dużej mierze skupi się na wpływie lat w niewoli na psychikę dziewczyny oraz na tym, jak porwanie wpłynęło na jej bliskich. Przeczekałam więc dwa znośne, ale mało oryginalne odcinki, w nadziei na to, co będzie w kolejnych czterech. Miał być wszak porządny psychologiczny thriller, skoro jedna z sióstr została straszliwie naznaczona manipulacją oprawcy (mówi na przykład, że mężczyzna pierwszy zaczyna posiłek, albo zapewnia Wesa, że może być dla niego, kimkolwiek on zechce), druga natomiast porzuciła dawne marzenia, znajdując jednak ukojnie w związku z… dawnym chłopakiem Lily. Matka bliźniaczek wpadła natomiast w skłonności autodestrukcyjne, równocześnie nieraz karząc Abby za to, że ta nie jest swoją siostrą, utraconą pozornie na zawsze.
Laleczka – brytyjski miniserial o życiu po traumie
Powrót Lily znów wszystko wywraca, powinno więc być ciekawie. Tymczasem "Laleczka" dopiero wtedy pokazuje, jak nieudanym jest serialem. Banalne zwroty akcji, mnożące się zbędne tajemnice, decyzje bohaterek tak impulsywne i bezsensowne, że nawet trauma ich scenariuszowo nie tłumaczy… Tam, gdzie historia broniłaby się samym głównym pomysłem iluś żyć zniszczonych przez zaufaną osobę okazującą się wcielonym złem, a potem próbami jakiegoś posklejania poturbowanej rodziny, mamy niepotrzebne sekrety i, co szokuje bardziej niż z założenia szokujące "odkrycia" bliźniaczek, brak pomocy psychologicznej dla Lily, która po latach wyszła z zamkniętej piwnicy.
To zostawienie rodziny niemal samej sobie wypada równie nierealistycznie jak fakt, że Hansonowi wiecznie udaje się jakoś wymknąć. Rozumiem, że w Wielkiej Brytanii nie wszystko może działać dobrze, ale w świecie "Laleczki" wszyscy są tak absurdalnie niekompetentni, żeby sprawca mógł wydawać się geniuszem zła, że zupełnie odbiera to thrillerowi nawet umowne, osłabione konwencją gatunkową prawdopodobieństwo. Śledztwo prowadzone przez Tommy'ego (Vikash Bhai, "O krok za daleko") jest z kolei tak nieudolne i nieprofesjonalne, że powinno się policjanta odsunąć od sprawy jakoś zaraz na początku.

Wszystko wydaje się działać w próżni ograniczonej do kilku postaci i lokalizacji, działających na rzecz zaplanowanych słabych zwrotów akcji, bez liczenia się z rzeczywistością. Trochę jakby scenariusz pisał ktoś w gimnazjum, kto naoglądał się filmów o mężczyznach trzymających kobiety w piwnicach, ale kto o świecie wie raczej mało – a nie trio David Turpin, Suzanne Cowie, Nessa Muthy, czyli ludzie od dekady obecni w brytyjskiej telewizji, nawet jeśli bez spektakularnych sukcesów. Nie sprawdzałam, czy powieść jest równie nielogiczna, chociaż spotkałam się w sieci z opinią, że naprawdę nie aż tak.
Laleczka – czy warto oglądać serial o porwaniu
W tej niewiarygodności psychologicznej i nieprawdopodobieństwie zdarzeń nawet jak na tego rodzaju narrację, na dodatek doprawionej aktorstwem najwyżej średnim (może poza Allenem, ale on ma postać mocno jednowymiarową, oraz Halfpenny, która z niekonsekwentnie pisanej roli matki wciąga, ile może), ginie wszelki potencjał na historię wciągającą i zgłębiającą skutki traumy nieograniczone do głównej ofiary. Oglądałam "Laleczkę" z rosnącym niedowierzaniem i z coraz większą irytacją, a podkreślany w internetowych komentarzach fakt, że zalesioną północno-zachodnią Anglię nieporadnie udaje tu Hiszpania, to naprawdę tylko drobna niedogodność na tle słabości całego miniserialu.

Moja notatki z oglądania rzadko zwierają frazy "sąd jak z przedstawienia szkolnego", "państw z kartonu" czy wręcz "co jedna postać to głupsza" – zwłaszcza gdy to wszystko nie jest przez serial zamierzone. Tymczasem w "Laleczce" większość braków systemowych to nie świadoma krytyka instytucji, tylko po prostu brak narracyjnej logiki. Szkoda, bo mogła postać niezła opowieść o groomingu i tym, jak różnie tragedia wpływa na dalsze losy doświadczonych nią ludzi. A powstał nudny i irytujący thrillerowy twór, który polecić można chyba tylko najbardziej zagorzałym fanom Theona Greyjoya.