"Władca much" przenosi kultową powieść na mały ekran – recenzja miniserialu od twórcy "Dojrzewania"
Mateusz Piesowicz
24 lutego 2026, 08:31
Choć od pierwszego wydania powieści Williama Goldinga minęły dekady, "Władca much" jest nadal tak samo aktualny i przerażający, jak 70 lat temu. Jak wypada w telewizyjnej adaptacji?
Choć od pierwszego wydania powieści Williama Goldinga minęły dekady, "Władca much" jest nadal tak samo aktualny i przerażający, jak 70 lat temu. Jak wypada w telewizyjnej adaptacji?
Z pewnym zaskoczeniem przyjąłem informację, że "Władca much", który doczekał się już kilku filmowych adaptacji (w tym najbardziej znanych brytyjskiej z 1963 i amerykańskiej z 1990 roku), do tej pory jeszcze nigdy nie trafił na mały ekran. Jeśli jednak z serialem czekano, żeby znaleźć odpowiednią osobę, która się z nim zmierzy, to wydaje się, że trafiono w sam środek tarczy. W końcu kto mógłby się nadawać do tego zadania lepiej niż twórca "Dojrzewania"?
Władca much – o czym jest serial twórcy Dojrzewania?
Jack Thorne, bo o nim oczywiście mowa, po stworzeniu jednej z najgłośniejszych, ale i najcięższych telewizyjnych produkcji ostatnich lat, bynajmniej nie szukał dla siebie odskoczni. Wręcz przeciwnie, bo "Władca much" to przecież absolutna klasyka wśród opowieści o mrocznych stronach ludzkiej natury, a o jej ciężarze gatunkowym przekonują się kolejne pokolenia czytelników. Tylko czy przeniesiona na ekran powieść Williama Goldinga może wywierać podobne wrażenie?

Na pewno trzeba Thorne'owi oddać, że wraz z reżyserem Markiem Mundenem ("Sympatyk") nie poszli na skróty, wiernie trzymając się pierwowzoru. Ich 4-odcinkowy miniserial, który jest koprodukcją BBC i australijskiej platformy streamingowej Stan (w Polsce po odcinku na tydzień pokazuje HBO Max, ja widziałem już całość), przenosi zatem widzów na bezludną tropikalną wyspę, gdzie w latach 50. trafiła grupa ocalałych po katastrofie lotniczej brytyjskich chłopców. Przyświeca im jasny cel – przeżyć i czekać na ratunek. Do czasu.
Pozbawieni opieki dorosłych młodzi rozbitkowie początkowo starają się zorganizować w cywilizowany sposób – rozpalić ogień, zbudować schronienie, ustalić zasady funkcjonowania itp. Szybko pojawiają się jednak wśród nich pęknięcia. Wybrany na lidera rozsądny Ralph (Winston Sawyers), którego wspiera inteligentny Prosiaczek (David McKenna), znajdują opozycję wobec wspólnych rządów w osobie pyszałkowatego Jacka (Lox Pratt) dowodzącego grupą byłych chórzystów, a aktualnie aspirujących myśliwych. Nieporozumienia przechodzą w kłótnie, kłótnie w agresję, a ta prowadzi do kompletnego chaosu, który wkrótce opanowuje całą wyspę.
Władca much pokazuje, jak upada cywilizacja
Tych z was, którzy znają książkę, serialowy "Władca much" raczej niczym szczególnym nie zaskoczy. Twórcy dodali od siebie kilka drobnych elementów, dopisując choćby pewne elementy tła do wątków części postaci, ale poza tym pozostali wierni literze, a przede wszystkim duchowi oryginału.

Oznacza to tyle, że choć można serial odbierać dosłownie jako opowieść o przetrwaniu w niesprzyjających warunkach, prawda o nim jest zupełnie inna. Losy pozostawionych w dziczy chłopców, którzy stopniowo porzucają cywilizację na rzecz barbarzyństwa, czytać należy głównie w warstwie alegorycznej, gdzie "Władca much" mimo upływu lat nie stracił niczego na swojej aktualności.
Ba, mógł nawet zyskać, bo o ile w 1954 roku (gdy po raz pierwszy wydano powieść) autora inspirowały wspomnienia niedawnej wojny i lęk przed kolejną, o tyle dziś historię upadku obyczajów wśród małych mieszkańców wyspy można postrzegać na nowych płaszczyznach. I wcale nie trzeba szukać daleko, żeby znaleźć przerażająco wiele punktów wspólnych z rzeczywistością. W końcu skrajnie różniące się wizje społeczeństw, populistyczne hasła uderzające w podstawy demokracji i antyintelektualizm wygrywający starcie z rozumem mamy na co dzień, nie tylko na tropikalnych wyspach.
Władca much imponuje realizacją, ale ta przykrywa treść
W serialu te sprzeczne postawy przedstawiono z różnych perspektyw, poświęcając każdy odcinek innemu z bohaterów. Prosiaczek, Ralph, Jack, a także Simon (Ike Talbut) stanowią osie, wokół których kręci się historia, ale mimo że samo scenariuszowe założenie jest dobre, to w praktyce pojawia się problem. Okazuje się, że bowiem, że choć postacie dysponują fabularnym potencjałem, niekoniecznie wystarcza go na wypełnienie treścią każdej bitej godziny. A czymś przecież trzeba.

Twórcy szukają rozwiązań przede wszystkim w oszałamiających malezyjskich sceneriach, które posłużyły im za malownicze plenery, ale nawet one mają swoje ograniczenia. Gdy raz za razem przemierzamy nieprzebraną dżunglę bądź podziwiamy rajski krajobraz z lotu ptaka, ekranowe środki wyrazu przestają spełniać swoją rolę, w końcu stając się uciążliwościami. Zwłaszcza że mocno nasycona paleta barw, częste stosowanie zbliżeń i użycie w niektórych scenach obiektywów zniekształcających obraz potrafi równie skutecznie oszołomić, co po prostu zmęczyć.
Jasne, większość z tych działań ma swój cel, a już na pewno nadaje "Władcy much" wyjątkowego i bardzo wyrazistego stylu. Rzecz w tym, że jednocześnie przykrywają one w jakimś stopniu treść serialu, która nabierając metafizycznego charakteru spotęgowanego przez zastosowane efekty, rozmywa się i traci na mocy. Tak jakby twórcy uznali, że skoro i tak każdy zna tę historię, to można skupić się na innych aspektach produkcji.
Władca much – czy warto oglądać serial na HBO Max?
Szkoda takiego podejścia tym bardziej, że telewizyjny "Władca much" wydawał się mieć wszystkie atuty po swojej stronie. Na czele z młodymi aktorami, którzy w większości zaliczyli ekranowe debiuty (znakomicie wypadli zwłaszcza McKenna i Pratt, który może być świetnym Draco Malfoyem), ale nie tylko. Materiał źródłowy nie wymagał przecież praktycznie żadnych poprawek pod kątem współczesnego odbiorcy, a sama książkowa fabuła zdawała się stworzona do trzymającej w napięciu i pełnej dramatycznych zwrotów akcji ekranizacji.

Biorąc to wszystko pod uwagę, zaskoczyło mnie dojmujące poczucie obojętności, z jakim zostałem po seansie. Nie takich odczuć spodziewałem się po historii, która jest znana z tego, że dotykając samego sedna ludzkiej natury, bezlitośnie obnaża naiwne przekonanie o ugruntowanym w niej dobrze. Można co prawda brak odpowiedniego efektu zrzucić na karb twórczych zmian próbujących znaleźć wyjaśnienie dla okrutnych zachowań bohaterów (np. przez dziecięcą traumę), ale moim zdaniem to wszystkiego nie tłumaczy.
Większym problemem tej ekranizacji od niewielkich w gruncie rzeczy dodatków do oryginału jest to, że koncentruje się nie na tym, na czym powinna. O ile w "Dojrzewaniu" aspekty realizacyjne pomogły jeszcze mocniej wybrzmieć historii, tutaj jest odwrotnie. Ich dominacja odwraca uwagę widza od fabuły, która wprawdzie nie porzuca fundamentalnego dla "Władcy much" ponurego przesłania, ale zakopuje je na tyle głęboko, że ostatecznie nie robi ono takiego wrażenia, jakie powinno.