"Marshals: historia z Yellowstone" to powrót rodziny Duttonów. Sprawdzamy, jak wyszło – recenzja serialu
Nikodem Pankowiak
2 marca 2026, 08:01
Gdy zakulisowa drama zmusiła twórców do zakończenia "Yellowstone", trzeba było znaleźć sposób na powrót do tego przynoszącego góry złota świata. I oto jest. Poznajcie serial "Marshals: historia z Yellowstone". I uważajcie na spoiler – potwierdzamy, co się stało z tą ważną postacią.
Gdy zakulisowa drama zmusiła twórców do zakończenia "Yellowstone", trzeba było znaleźć sposób na powrót do tego przynoszącego góry złota świata. I oto jest. Poznajcie serial "Marshals: historia z Yellowstone". I uważajcie na spoiler – potwierdzamy, co się stało z tą ważną postacią.
Serial "Marshals: historia z Yellowstone", czyli pierwszy z zapowiadanych sequeli "Yellowstone", doczekał się już premiery i za oceanem, i w Polsce w serwisie SkyShowtime. Co ważne, ten serial to prawdziwa rewolucja w uniwersum nie tylko dlatego, że zamiast brutalnego świata ranczerów pokazuje widzom brutalny świat zorganizowanej przestępczości na amerykańskiej prowincji. Największą różnicą względem poprzednich odsłon sagi rodziny Duttonów jest fakt, że nie odpowiada za nią Taylor Sheridan, który do tej pory był niczym słońce – to wokół niego krążyły wszystkie planety z układu "Yellowstone". Kultowy twórca zachował oczywiście status producenta wykonawczego, ale rolę showrunnera zajął Spencer Hudnut ("SEAL Team").
Marshals – o czym jest sequel Yellowstone?
Hudnuta od Sheridana z pewnością wyróżnia to, że lepiej zna świat amerykańskiej telewizji ogólnodostępnej, co w tym wypadku akurat może być ogromną zaletą. A dlaczego to takie ważne? Otóż "Marshals: historia z Yellowstone" w przeciwieństwie do swojego serialu-matki i jego prequeli jest serialem stworzonym bezpośrednio dla stacji CBS, która wyczekiwała kolejnego hitu po tym, jak sukcesem okazała się emisja "Yellowstone" czy "Króla Tulsy". Bezkompromisowy i trudny z charakteru Sheridan mógłby szybko popaść w konflikt ze stacją, która na każdym kroku nakłada na twórców spore ograniczenia. Współpracujący z CBS od ponad dekady Hudnut wydawał się zatem bezpiecznym wyborem. I zdaje się, że podołał zadaniu, jakie przed nim postawiono. Tak przynajmniej mogę powiedzieć po przedpremierowym seansie trzech z zaplanowanych 13 odcinków 1. sezonu.

"Marshals: historia z Yellowstone" to przede wszystkim mocna zmiana kierunku. Jeśli ktoś zasiądzie do tego serialu z myślą, że sequel "Yellowstone" z Kaycem (Luke Grimes) będzie zwykłym dalszym ciągiem historii z oryginału, ten może się zdziwić. Nie zobaczymy tutaj za bardzo, jak główny bohater radzi sobie z trudami życia na nowym, mniejszym ranczu. Ta produkcja to przede wszystkim akcyjniak, w którym Kayce ponownie chwyta za broń, by zaprowadzić porządek w Montanie – stanie większym niż Polska i z liczbą mieszkańców mniejszą niż Warszawa, który w "Yellowstone" zaczyna powoli przypominać targaną ciągłymi konfliktami strefę wojny.
Ale jak do tego w ogóle doszło? Dlaczego Kayce znów sięgnął po odznakę, która kiedyś tak bardzo mu ciążyła i której tak bardzo nie chciał? Główny bohater znalazł się bowiem na kolejnym życiowym rozdrożu, tym razem zawiodła go na nie śmierć ukochanej żony (Kelsey Asbille). Kayce znowu (który to już raz?) szuka zatem nowej ścieżki dla siebie i swojego syna (Brecken Merrill). I właśnie wtedy na jego drodze staje Pete Calvin (Logan Marshall-Green, "I tak po prostu…"), znajomy z czasów, gdy obaj służyli w Navy SEALs. Pete proponuje Kaycemu, by ten dołączył do elitarnej grupy zadaniowej, której celem jest rozbijanie gangów za bardzo panoszących się po Montanie. Kayce oczywiście zgadza się po chwili wahania.
Marshals – Kayce Dutton przeżywa kolejną traumę
Tak zatem wygląda ten, nie ma co ukrywać, bardzo prosty punkt wyjścia dla całej historii. Twórcy musieli zabić Monicę, żeby Kayce mógł podjąć się nowego zadania, choć ja osobiście mam z tą decyzją ogromny problem. Pomijam już fakt, jak bardzo ten bohater – straumatyzowany przez wojnę – nie chciał dźwigać brzemienia odznaki w "Yellowstone". Na każdym kroku mogliśmy usłyszeć, że nie jest to rola dla niego, że chce od życia czegoś innego. I co? Okazało się, że Kayce wyjątkowo łatwo zmienia zdanie, gdy trzeba wymyślić sequel dla kury znoszącej złote jajka.

To jednak można jeszcze wybaczyć, zwłaszcza że tę zmianę zdania łatwo da się wytłumaczyć kolejnym traumatycznym wydarzeniem w jego życiu – śmiercią żony. Ale właśnie z tą traumą mam największy problem, no bo ile plag można zrzucić na jednego człowieka? Kayce Dutton nagle stał się telewizyjnym Hiobem, tracąc w krótkim czasie brata, ojca, drugiego brata i żonę. Pomijam już wszelkie mniejsze wydarzenia po drodze, które odcisnęłyby trwałe piętno na psychice niemal każdego człowieka. Czy naprawdę trzeba było zrzucać na niego aż tyle nieszczęść? Czy bez tego naprawdę nie byłoby kolejnego serialu? Mam wątpliwości, dlatego sam punkt wyjścia dla "Marshals: historia z Yellowstone" traktuję jako lenistwo scenarzystów.
Nie zmienia to jednak faktu, że po trzech odcinkach, które miałem okazję zobaczyć, mogę śmiało powiedzieć, że oto mamy kolejny hit od serialowego imperium Taylora Sheridana. Nie da się ukryć, "Marshals: historia z Yellowstone" to po prostu telewizyjny procedural, w którym każdego tygodnia bohaterowie będą mierzyli się z nową sprawą, a gdzieś w tle będzie majaczył rozciągnięty zapewne na cały sezon wątek główny. Powtarzalność w formie i treści jest zatem, przynajmniej dla mnie, niewątpliwą wadą. Jednak już sam powrót do tego świata – czasem przypominającego idyllę, czasem piekło – to dla widza prawdziwa frajda. Tęskniliście za górami, łąkami i potokami Montany? Tu również ich nie zabraknie, pod tym względem sequel udanie nawiązuje do tradycji oryginału, który widokami potrafił maskować fabularne mielizny.
Marshals – czy warto oglądać sequel Yellowstone?
Istotną zmianą jest jednak to, że "Marshals: historia z Yellowstone" to serial znacznie szybszy od "Yellowstone", nie ma tu zbyt wiele czasu na długie ujęcia, szerokie kadry i kontemplację świata, który powoli odchodzi w zapomnienie. Skoro Kayce ma walczyć z przestępcami, to tę walkę postawiono w samym centrum. Mamy więc pociski, wybuchy, raczej stereotypowych (przynajmniej na razie) bohaterów, którzy razem tworzą dość intrygującą, eklektyczną zbieraninę, ale osobno trudno o nich cokolwiek powiedzieć. Rzucają czasem bardziej, czasem mniej udanymi one-linerami, są twardzi, ale oczywiście ludzcy i mają swoje wady. Bez wątpienia najlepiej ogląda się ich wtedy, gdy niewiele mówią – być może z czasem się to zmieni, ale póki co wszyscy, nawet Pete, tworzą po prostu tło dla Kayce'ego.

Można powiedzieć, że główny bohater ani trochę nie zardzewiał i od pierwszej akcji wykazuje się wyjątkowymi umiejętnościami. Wciąż świetnie strzela, walczy wręcz i przez większość czasu zachowuje chłodną głowę. Nawet wtedy, kiedy jego zachowanie wydaje się brawurowe, wszystko okazuje się być dobrze przemyślane. Jest zupełnie tak, jakby czas w ogóle się go nie imał. Na pewno pomagają w tym wrażeniu dobrze wyreżyserowane sceny akcji, ale też nie oczekiwałem niczego innego, gdy tylko zobaczyłem, że reżyserem pierwszych dwóch odcinków jest Greg Yaitanes ("Ród smoka", "Justified"), czyli specjalista od męskiej telewizji.
Choć "Marshals: historia z Yellowstone" poszło w zupełnie innym kierunku, to czuć, że to serial, który wyrósł ze świata "Yellowstone". Pomagają w tym także nawiązania do wydarzeń z przeszłości – Kayce wciąż musi dźwigać brzemię swojego nazwiska i na całe szczęście nikt nie próbuje tutaj udawać, że to bohater z czystą kartą, a "Yellowstone" nie istniało. Do tego są jeszcze Gil Birmingham i Mo Brings Plenty jako Thomas Rainwater i Mo oraz wspomniany już Tate, więc duch oryginału jest tu jak najbardziej obecny. I być może to on jest najlepszą odpowiedzią na pytanie, dlaczego w ogóle "Marshals: historia z Yellowstone" działa. Działa, choć sam czasem zastanawiam się, jak. I choć uważam ten serial za produkcję całkiem udaną, to nie da się ukryć, że bliżej jej do seriali, które kojarzymy z przeszłością niż przyszłością czy nawet teraźniejszością telewizji.