"Vladimir" to opowieść o pożądaniu na kampusie – recenzja serialu z Rachel Weisz i Leo Woodallem
Kamila Czaja
5 marca 2026, 09:01
Tragikomiczny "Vladimir" okazuje się mieć więcej warstw – nie tylko tę, która dotyczy zakazanego pożądania. Czy to (i Rachel Weisz) wystarczy, żeby adaptacja głośnej książki wyróżniła się na tle serialowych nadmiarów?
Tragikomiczny "Vladimir" okazuje się mieć więcej warstw – nie tylko tę, która dotyczy zakazanego pożądania. Czy to (i Rachel Weisz) wystarczy, żeby adaptacja głośnej książki wyróżniła się na tle serialowych nadmiarów?
"Vladimir" to adaptacja niewydanej na razie po polsku powieści Julii May Jonas (mimo że przekład zapowiadano już na rok 2024). Powieści, którą bez serialu pewnie bym przegapiła, jako że reprezentuje podtyp "gołe klaty na okładce", a takowe okładki, jak wspomniałam, pisząc o "Gorącej rywalizacji", raczej pomijam. Tymczasem "Vladimir" to historia, owszem, dotycząca erotycznej obsesji, ale inna, niż można by się spodziewać.
Vladimir – o czym jest nowy serial Netfliksa
Jonas sama "przepisała" swoją książkę na ekran, przy czym showrunnerką została Kate Robin ("One Mississippi"), a autorkę wspomagał zespół scenarzystów. Reżyserowały między innymi Josephine Bornebusch ("Siostry na zabój", "Reniferek") i Francesca Gregorini ("Obsesja Eve"). Wszystkie te wpływy widać, a ja po przedpremierowym obejrzeniu całości, czyli ośmiu półgodzinnych odcinków, zamierzam "Vladimira" raczej chwalić i polecać, chociaż nie bez zastrzeżeń.
Po książkę sięgnęłam dopiero po serialu i myślę, że warto zapoznać się z obiema wersjami tej opowieści. O ile główne wątki są z grubsza te same, powtarzają się czasem nawet konkretne sceny czy dialogi, zmieniono naprawdę sporo. Książka głębiej i wolniej przedstawia rozważania bezimiennej bohaterki na różne tematy, podczas gdy na ekranie okrojono znaczną część tych refleksji, stawiając na to, żeby więcej i zabawniej się działo. Znacznie rozbudowano drugi plan, zwiększono też rolę tytułowej postaci, ale ograniczono dygresje i uproszczono wnioski – na szczęście nie aż tak, żeby opowieść całkiem utraciła niejednoznaczność.

Profesorka uniwersytecka, grana fenomenalnie przez Rachel Weisz ("Nierozłączne"), przeżywa kryzys. Od razu mówi nam – bo serial mocno polega na burzeniu czwartej ściany, przy czym co najmniej od "Fleabag" nie wydaje się już specjalnie oryginalne – o swoim przekonaniu, że nie jest tak pociągająca, zewnętrznie i intelektualnie, jak kiedyś. Z czasem odkryjemy też, że jej pierwsza powieść sprzed dekad była hitem, druga okazała się klapą, a blokada pisarska trwa już bardzo długo.
Mąż bohaterki, John (John Slattery, "Mad Men"), wykorzystał układ otwartego związku do sypiania ze studentkami, a chociaż podobno dawno porzucił ten zwyczaj, konsekwencje dopadają go po latach w formie skarg, zawieszenia i uczelnianych przesłuchań, a wykładowczyni atakowana jest za brak reakcji. Ich córka, Sid (Ellen Robertson, "Black Mirror"), prawniczka w pozornie udanym związku ze swoją partnerką, angażuje się w sprawę ojca, uciekając od własnych problemów. A na kampusie niedawno pojawił się on.
Vladimir to historia skandalu, kryzysu i obsesji
Vladimir (Leo Woodall, "Jeden dzień", "Biały Lotos"), zdolny pisarz zatrudniony niedawno jako wykładowca w college'u, ma nękaną kryzysami żonę, Cynthię (Jessica Henwick, "Silos"), kilkuletnią córkę, a poza tym uosabia wszystko, za czym bohaterka serialu tęskni. Jest śliczny, młody, ambitny, ale jeszcze niezmanierowany. Wizje erotyczne z udziałem nowego kolegi z pracy sprawią, że wykładowczyni podejmie mnóstwo fatalnych decyzji, stopniowo niszcząc swoje życie zawodowe, już nadwyrężone przez skandal Johna, a i prywatne relacje narażając na dalszą erozję. Ale coś także zyska.

Czarna komedia Netfliksa w tym aspekcie nie odkrywa oczywiście Ameryki. Może dekadę wstecz można by uznać, że opowieść o dojrzałej kobiecie poznającej swoje potrzeby (nie tylko) seksualne to jakieś ekranowe novum, ale filmowo niedawno głośno było o "Babygirl" z Nicole Kidman, serialowo jesteśmy po "I Love Dick" i "Pani Fletcher" (najwyraźniej wcześniej takie role wędrowały głównie do Kathryn Hahn), a kobietę w oku cyklonu po skandalu z romansami męża mieliśmy nawet w ogólnodostępnej telewizji, w "Żonie idealnej", przy czym bohater grany przez Slattery'ego przejawia znacznie więcej uroku i nieco więcej samoświadomości niż Peter Florrick.
Może właśnie ze względu na wrażenie, że tego typu fabuły i fiksacje już gdzieś widziałam, trudno mi uznać "Vladimira" za propozycję naprawdę świetną i świeżą. Równocześnie jest naprawdę w porządku. Serial Netfliksa szybko pokazuje, że mamy do czynienia z niewiarygodną narratorką, co urozmaica seans. A to, jak postać grana przez Weisz brawurowo pogrąża się w katastrofie, której finał do końca trudno przewidzieć, oglądało mi się bardzo dobrze. Z kolei Woodall sprawdza się jako obiekt fascynacji – Vladimir, mimo że tytułowy, to bowiem nie tyle postać z krwi i kości, ile katalizator poczynań tkwiącej wcześniej w marazmie bohaterki. Zdecydowanie ciekawsze, naturalniejsze i błyskotliwsze wydały mi się jednak sceny między Weisz a Slatterym niż między Weisz a Woodallem.
Vladimir – erotyczny serial kampusowy
Na początku wspomniałam o zastrzeżeniach. I owszem: pewna niemrawość całego wątku oskarżeń wobec Johna, nierówne tempo, poczucie, że już skądś znam takie historie, to problem. Rzecz w tym, że dla mnie niewielki, bo w tym miniserialu mam coś, co uwielbiam – tragikomiczną wizję akademii. Jasne, to wciągający seans choćby dla osób mających ochotę na nieco niejednoznaczną wizję emancypacji przez szaleństwo (powieść Jonas zawiera nawet adekwatne motto z "Elektry" Sofoklesa: "I ask this one thing: let me go mad in my own way"). Ale to też – kolejny po "Pani dziekan" czy "Szczęściarzu Hanku" – obrazek z życia uniwersyteckiej humanistyki daleki od laurki.

Jeśli ktoś nigdy nie stał przed grupą, próbując udowodniać, że w literaturze ważna jest forma, a nie tylko treść; jeśli nie czuł, że jest dla ludzi dwudziestoletnich dinozaurem z przestarzałą wizją dydaktyki akademickiej; jeśli nie rozumie, czemu etykietka "nie profesor" to w serialu tak straszną obelga, nie uczestniczył w tego rodzaju absurdalnych zebraniach, nie pojmuje, czemu jedna z wykładowczyń dorabiać musi na kasie w markecie… Cóż, "Vladimir" może być dla takiego widza po prostu kolejną, całkiem niezłą i gwiazdorsko obsadzoną, historią o pragnieniu i o tym, co się za pragnieniem kryje.
Ale jeżeli ktoś widział akademię z bliska, doceni i te aspekty miniserialu, zwłaszcza że poza główną bohaterką, Vladimirem i ich małżonkami poznajemy tu i inne środowiskowe typy ludzkie, grane między innymi przez Miriam Silverman ("Znajomi i sąsiedzi") i Matta Walsha ("Veep").
Vladimir – czy warto oglądać serial z Rachel Weisz
Dodatkowe smaczki to choćby znaczące tytuły odcinków zaczerpnięte z tytułów książek pisanych przez kobiety oraz inne nawiązania literackie (choćby do Nabokova czy struktury powieści gotyckiej), zderzenie pokoleń (pewna scena związana z emotikonami rozbawiła mnie chyba najbardziej z całego "Vladimira") oraz doskonały wybór pełnych buntu piosenek do napisów końcowych.

Polecam więc, bo względu na wymieniowe zalety miło spędziłam czas przed ekranem. I tylko trochę żałuję, że nie jest w tym wszystkim "Vladimir" bardziej rewolucyjny, dający pożywkę do rozmyślania o podjętych tematach także wtedy, gdy seans już się skończy. A tak pewnie trochę za szybko tę przygodę zapomnę. Wydaje mi się, że serial wydestylował z powieści to, co względnie przystępne i "chwytliwe", na boku zostawiając tematy inne niż pożądanie i jego związek z pisaniem, realia pracy uniwersyteckiej, kryzys związany z utratą młodości i sprawczości – podczas gdy powieściowy "Vladimir" to też rozważania o wstydzie, uznaniu, rodzicielstwie i, szerzej niż na ekranie, literaturze.
Jasne, serial to inne medium, nie upieram się przy wiernej adaptacji. Warto byłoby jednak zaproponować w tej wersji coś, co nie przepadnie szybko w odmętach streamingowych katalogów. Równocześnie chętnie przyznaję, że świetna obsada, czarny humor, relacje między postaciami, ich złożone motywacje, a także brak jasnych odpowiedzi na temat związków międzyludzkich i kondycji akademii to już sporo. Nie bez powodu finał nosi przewrotny tytuł wzięty od Susan Sontag: "Przeciw interpretacji".