5. sezon "For All Mankind" jest mocny, aktualny i absolutnie doskonały – recenzja hitu sci-fi Apple TV
Marta Wawrzyn
27 marca 2026, 10:01
"For All Mankind" sprawnie wkracza w kolejną erę podboju kosmosu, prezentując w 5. sezonie ostre napięcia na linii Mars – Ziemia i po raz kolejny wykorzystując okazję, aby powiedzieć coś o świecie, w którym żyjemy tu i teraz.
"For All Mankind" sprawnie wkracza w kolejną erę podboju kosmosu, prezentując w 5. sezonie ostre napięcia na linii Mars – Ziemia i po raz kolejny wykorzystując okazję, aby powiedzieć coś o świecie, w którym żyjemy tu i teraz.
Science fiction na Apple TV trzyma się mocno, a kolejny powrót mającego już status weterana "For All Mankind" udowadnia, że platforma z nagryzionym jabłuszkiem jak mało która lubi, szanuje i rozumie ten gatunek. 5. sezon – i, jak się ostatnio okazało, przedostatni – hitu z Joelem Kinnamanem stanowi wzorcowy wręcz przykład tego, jak twórcy potrafią zamienić potencjalnie ryzykowny pomysł w wielosezonowy serial, który z sezonu na sezon będzie tylko zyskiwał na jakości, jeśli dostaną na to przestrzeń.
For All Mankind sezon 5 – co się zmieniło w serialu sci-fi?
Od roku 1969 roku, który mieliśmy w pilocie serialu, w "For All Mankind" zdążyła minąć cała epoka podboju kosmosu przez Stany Zjednoczone, wciąż istniejący w tym uniwersum Związek Radziecki i Koreę Północną. 5. sezon zaczyna się od kolejnego przeskoku w czasie, do roku 2012, i tradycyjnego streszczenia, co wydarzyło się na przestrzeni ostatniej dekady, które, również tradycyjnie, polecam oglądać klatka po klatce, bo niektóre pomysły, jak tortury CIA na Marsie, wspólny album Johna Lennona i Jaya-Z albo pięknie dobrany fragment "Breaking Bad", to czyste złoto. Przede wszystkim wydarzyło się jedno: Happy Valley rozrosło się w miasteczko z tysiącami mieszkańców i bazę wypadową dla nowych misji w głąb Układu Słonecznego.
Dev Ayesa (Edi Gathegi) z Edem Baldwinem (Kinnaman) u boku i Aleidą (Coral Peña) nadzorującą firmę z Ziemi zamienili marsjańską kolonię w atrakcyjne miejsce do życia – z własnymi szkołami, farmami żywności, sklepami, knajpami – ale też siłę, z którą trzeba się liczyć. A jednocześnie to miejsce dalej jeszcze mocno zależne od dostaw z planety-matki i przez mieszkańców Ziemi do sponsorowane, co zaczyna budzić protesty.

5. sezon "For All Mankind" (widziałam osiem odcinków z 10) dosłownie stawia Marsa i Ziemię na kursie kolizyjnym, by w pewnym momencie powiedzieć: "sprawdzam". Polityka, którą oglądamy na ekranie, ta, powiedzmy, wewnętrzna i ta międzynarodowa, mimo że dzieje się w rzeczywistości bardzo różnej od naszej, jeszcze nigdy nie prezentowała się tak aktualnie. Napięte sytuacje, argumenty, które padają po obu stronach, sposoby, w jaki konflikty są rozwiązywane – albo i nie – to dosłownie nagłówki medialne zamienione w historię niby science fiction, ale tak naprawdę wcale nie.
Amerykańsko-sowiecko-marsjańskie gry polityczne wkręcają jak nigdy, w miarę jak sytuacja zmierza w coraz mroczniejszym kierunku, a idealizm – zwłaszcza młodego pokolenia, wychowanego już na Marsie, na czele z Alexem (Sean Kaufman, "Tego lata stałam się piękna"), wnukiem Eda – przegrywa nie tylko z pragmatyzmem czy czystą żądzą władzy, ale też ze zwyczajnym "to skomplikowane". Podczas gdy Dev Ayesa ma swoje wielkie plany wobec Marsa, a radziecki gubernator Czerwonej Planety (Costa Ronin, "The Americans") swoje, inaczej sytuację widzą z Ziemi. A we wszystkie wielkie plany ważnych ludzi, jak to zwykle bywa, uwikłane są jednostki, budujące cegiełka po cegiełce nowe życie w miejscu, gdzie nie spodziewali się trafić – albo na odwrót, walczące o to, aby ich dom pozostał ich domem. Czy to oznacza walkę o niepodległość Marsa? Jak daleko posuną się mieszkańcy Happy Valley, aby po prostu przetrwać?
For All Mankind sezon 5 – duet z The Killing znów razem
5. sezon "For All Mankind", mimo dziewięcioletniego przeskoku czasowego, bardziej niż którykolwiek wcześniejszy, wymaga od widza uwagi i albo dobrej pamięci, albo przypomnienia sobie finału poprzedniej serii, jako że wszystko zaczęło się od przejęcia asteroidy Goldilocks – i wszystkie wątki koniec końców prowadzą tam z powrotem. Jest ich raz jeszcze zatrzęsienie, od kontynuacji historii wszystkich wyżej wymienionych osób, przez Kelly (Cynthy Wu), Margo (Wrenn Schmidt), która odsiaduje wyrok za zdradę, bardzo aktywnego w tym sezonie Milesa (Toby Kebbell), aż po nowe osoby w obsadzie i ich powiązania ze znajomymi postaciami. A jest ich wyjątkowo długa lista.

Dość powiedzieć, że kluczową rolę odgrywa "ta dzisiejsza młodzież", w tym wyżej wspomniany Alex i Lily (Ruby Cruz, "Mare z Easttown"), mająca aktywistyczne ciągoty córka Milesa. Bardzo wyrazistą nową postać przedstawicielki marsjańskich służb mundurowych, której sposób działania, cele i obrana ścieżka życiowa zapewne nie raz, nie dwa będą was zastanawiać, tworzy Mireille Enos ("The Killing"). Na przeciwnym biegunie, bo na Ziemi, pojawia się Avery (Ines Asserson, "Shetland"), charyzmatyczna żołnierka marines, powiązana rodzinnie ze Stevensami. To prawdziwy tygiel ludzkich osobowości i skrajnych postaw, do którego showrunnerzy serialu, Matt Wolpert i Ben Nedivi, podchodzą w możliwie najbardziej humanistyczny, pełen empatii sposób.
5. sezon wydaje się wręcz gigantem, z jednej strony pamiętając o postaciach, które znamy od początku, a z drugiej sięgając po trzecie już pokolenie. I to właśnie ludzie, z całym ich skomplikowaniem, często z bohaterskimi zapędami, które ostatecznie prowadzą w przeróżnych kierunkach, zawsze byli i są największą siłą "For All Mankind". Nie ma tu w zasadzie klasycznych łotrów (najbliżej byłaby chyba Irina), każda z postaci działa w ramach ograniczeń narzucanych jej przez rzeczywistość, w przekonaniu, że robi to, co dobre i słuszne. Część z nich wyrasta w ten sposób nie tyle na bohaterów, co na antybohaterów, ale nie ma mowy o nienawidzeniu kogokolwiek, to raczej jedno wielkie szukanie odpowiedzi na pytanie, dlaczego oni robią to, co robią. I jak wiele jest w tym wszystkim stojącego u podstaw całej fabuły idealizmu, tego tytułowego hasła "For All Mankind", które powraca w tym sezonie w zaskakująco dosłowny sposób.
For All Mankind sezon 5 – Mars i sztuczna inteligencja
Łączenie obecnego w tej historii od początku – w końskich dawkach – klasycznego idealizmu, zakładającego samoświadome działanie w imię dobra całej ludzkości, z wypakowanymi emocjami osobistymi historiami i mroczniejszymi wątkami, z politycznym pragmatyzmem i walką z bezdusznym systemem, w 5. sezonie "For All Mankind" wychodzi lepiej niż kiedykolwiek, czyniąc nowe odcinki znakomitymi rozdziałami telewizji. Nie jest to może sezon najbardziej wypakowany akcją – choć im bliżej końcówki, tym więcej dzieje się i w tym departamencie – ale za to nadrabia ludzkimi emocjami oraz paralelami do naszego świata, naszych dyskusji i dylematów.

Szczególnie znajomo wybrzmiewa temat automatyzacji pracy, od którego zaczyna się rebelia mieszkańców Marsa. Zarówno sam początek tego wątku, jak i to, co dzieje się w kolejnych jego fazach, to dosłownie nasza rzeczywistość i nasze rozmowy o sztucznej inteligencji, nie tylko w kontekście odbierania pracy ludziom, ale też cofania pewnych dziedzin w rozwoju. Tak jak my nie potrafimy sobie wyobrazić sztuki tworzonej przez AI, tak nasi znajomi z "For All Mankind" mają problem ze zrozumieniem, jak niby roboty miałyby popchnąć świat do przodu w sytuacjach, kiedy trzeba kreatywnego myślenia.
Wszystko to razem tworzy najambitniejszy, najbardziej aktualny sezon "For All Mankind" ze wszystkich. A jednocześnie, patrząc na serial jako całość i mając w perspektywie jeszcze jeden sezon (choć twórcy początkowo mówili, że chcą nakręcić siedem), nie sposób nie podziwiać, z jaką precyzją zaplanowano fabułę. W czasach kiedy trzy sezony to dużo, a oszczędności popychają platformy streamingowe do decyzji szkodzących i widzom, i twórcom, dostaliśmy klasyczne, opowiedziane z rozmachem sci-fi, do którego powrót po latach będzie taką samą przyjemnością jak rewatch "Battlestar Galactica". I już choćby za to warto docenić i ekipę "For All Mankind", i Apple TV – jedno z nielicznych miejsc, gdzie takie rzeczy są możliwe.