"Tu zdarzy się coś strasznego" to nieprzewidywalny horror z Camilą Morrone – recenzja serialu Netfliksa
Kamila Czaja
28 marca 2026, 12:01
Mimo fabularnej ciągłości "Tu zdarzy się coś strasznego" to ileś horrorów w jednym. Ale wszystkie te horrory nie tylko bawią i straszą, ale też zadają poważne pytania o traumę, rodzinę, zaufanie i małżeństwo.
Mimo fabularnej ciągłości "Tu zdarzy się coś strasznego" to ileś horrorów w jednym. Ale wszystkie te horrory nie tylko bawią i straszą, ale też zadają poważne pytania o traumę, rodzinę, zaufanie i małżeństwo.
"Tu zdarzy się coś strasznego" ("Something Very Bad Is Going to Happen") to serial Haley Z. Boston ("Nowy smak wiśni"). Podkreślam to, bo chociaż bracia Dufferowie są wśród producentów wykonawczych, to dotychczasowe doniesienia medialne kładły taki nacisk na ich udział w projekcie, że przyćmiewały nazwisko faktycznej twórczyni netfliksowego horroru, reżyserowanego też wyłącznie przez kobiety i pisanego głównie przez nie. To ma znaczenie dla opowieści właśnie o kobiecie i jej ograniczonych wyborach w sytuacji, która jej nie sprzyja.
To zdarzy się coś strasznego – o czym jest serial Netfliksa
Brzmi poważnie, ale "Tu zdarzy się coś strasznego" poważne nie jest. Widziałam w recenzjach, że wzbudziło mieszane uczucia, ja jednak będę bronić serialu przed niedocenieniem. Ten horror mnie mimo wad urzekł, przypominając mi najlepsze serialowe dokonania gatunku, z dziełami Mike'a Flanagna na czele. Przy czym u Boston więcej jest komedii, błyskotliwych dialogów, jakby z innego porządku, a jednak świetnie kontrapunktujących tu straszność.

Rachel (Camila Morrone, która ma tu zdecydowanie okazję do pokazania talentu, jakiej nie miała w "Nocnym recepcjoniście") i Nicky (Adam DiMarco, "Biały Lotos") jadą do pięknie położonego domku jego rodziców, by wziąć kameralny ślub. Domek okaże się bardziej leśną rezydencją, a planom ceremonii daleko będzie do kameralności – a to najmniejszy z problemów Rachel. Zwłaszcza że już 1. odcinek, w większości poświęcony samej podróży, przyniesie masę niepokojących znaków, że może spotkanie z rodziną pana młodego lub po prostu w ogóle całe małżeństwo to zły pomysł.
To zdarzy się coś strasznego rozumie własne konwencje
Ten otwierający całość odcinek mnie zachwycił. Fakt, to raczej składak horrorowych motywów, miejscówek, kadrów i dźwięków – ale jak działa. Weronika Tofilska ("Reniferek"), reżyserująca dwa pierwsze i dwa ostatnie odcinki, wynosi serial na inny poziom, bawiąc się konwencją, a efekt jest taki, że nawet wiedząc, że zaraz "zdarzy się coś strasznego", i tak można podskoczyć, gdy coś się faktycznie zdarza. Równocześnie ta podróż pozwala nam poznać lepiej Rachel, już wstępnie zrozumieć jej dawne traumy i to, czemu dający jej poczucie bezpieczeństwa Nicky wydaje się "tym jedynym".

Przez resztę serialu sporo się pozmienia, też pod wpływem reszty rodziny. Victoria (Jennifer Jason Leigh, "Fargo") i Boris (Ted Levine, "Detektyw Monk") mają przed dziećmi własne sekrety i snują swoje plany związane ze ślubem młodszego syna. Starszy syn, Jules (Jeff Wilbusch, "Unorthodox"), w dzieciństwie zobaczył coś, co naznaczyło go na resztę życia, a jego żona, Nell (Karla Crome, "Misfits"), niekoniecznie z nim wytrzymuje. Jest i jego syn z pierwszego małżeństwa, Jude (Sawyer Fraser, "Klub opiekunek") – obowiązkowe w horrorach niepokojące dziecko. I jeszcze koszmarnie intensywna siostra, Portia (Gus Birney, "Black Rabbit"). Rachel szybko uzna, że ta rodzinka ma wobec niej niecne zamiary… A potem znów wszystko się w założeniach serialu przemieni w jeszcze nową stronę.
To zdarzy się coś strasznego – dobra zabawa i metafory
Myślę, że wielu widzom ta zmienność może przeszkadzać. Sama zresztą przyznają, że serial zyskałby na skróceniu z ośmiu do sześciu odcinków i że tych zwrotów akcji trochę tu za dużo. Bardziej cenię pierwszą połowę "To zdarzy się coś strasznego", bo przy całym zawirowaniach jest spójniejsza w wizji tego, co chce przekazać, bardziej nieprzewidywalna, niepokojąca bez przesadzania z nagromadzeniem wszystkiego. Fabularnie ma sens, a formalnie doskonale dobrano do tej fabuły środki i konwencje – jak elementy slashera (mamy przecież dosłownie dom w głębi lasu), folk horroru oraz wykorzystania kaset VHS.

Po połowie już wiemy, co złego może się wydarzyć i jak bardzo Rachel ma przechlapane. Wybierać musi między złymi rozwiązaniami, nie wiedząc, które jest mniej złe. I serial wtedy trochę traci na wyjątkowości, na niedopowiedzeniu. O ile wcześniej zwykłe sceny straszyły, tak tu niekoniecznie straszy nawet seans spirytystyczny. Z 6. (wieczór panieński i kawalerskie polowanie) i 7. odcinka (zbieranie składników obrzydliwego eliksiru) zapamiętam najmniej, chociaż dużo uroku ma nieoczywiste wsparcie udzielane głównej bohaterce przez Nell. Wcześniejsze odcinki lepiej radziły też sobie z oscylowaniem między tym, co da się logicznie wyjaśnić, a elementami nadnaturalnymi.
Może to być też dla mnie kwestia pójścia coraz mocniej w gore, bo to nie jest mój ulubiony styl horroru. A może jednak klątwa Netfliksa: niemal zawsze parę odcinków za dużo. Natomiast samo rozstrzygnięcie w gruncie rzeczy przyjmuję, nawet jeżeli mogło nastąpić szybciej i bez paru zwrotów akcji po drodze. Pomaga fakt, że Tofilska nadaje temu wszystkiemu energię niczym z najbardziej intensywnych odcinków "The Bear". Tyle że zdecydowanie bardziej krwawą.
To zdarzy się coś strasznego – czy warto oglądać horror
Wydaje mi się, że nie mam ochoty narzekać na "Tu zdarzy się coś strasznego", bo przy wszelkich przeciągnięciach i nierównościach robi to, za co lubię horrory. Bierze popularny gatunek, żeby pokazać psychologiczne i społeczne kwestie wychodzące poza zjawy, wampiry czy morderców z piłą mechaniczną. W tym wypadku może pokazuje tych kwestii aż za dużo, bo Boston wpakowała do serialu i międzygeneracyjne traumy, i toksyczną rodzinną dynamikę, i żałobę, i – przede wszystkim – rozważania o miłości i zobowiązaniu.

Pytanie, co znaczy, że ktoś jest pokrewną duszą, tą jedyną czy tym jedynym, wybrzmi tu na różne sposoby, bardziej i mniej subtelne, a sytuacja zmieni się wielokrotnie jak w kalejdoskopie. Czym jest małżeństwo? Czym zaufanie? Czy to tylko kwestia wiary w szczęśliwe zakończenie? A może opresji, wtłaczającej w role, z których nie da się uwolnić? Nie wszystkie ekranowe odpowiedzi są tu równie udane, ale sam fakt, że zostaje dużo do interpretacji, że zapewniono sporo niejednoznaczności, to już zaleta. Przy całej dobrej zabawie przy seansie, który minął mi błyskawicznie, mogę sobie wyobrazić, że "Tu zdarzy się coś strasznego" filmoznawczynie wezmą na warsztat i przyłożą do serialu różne dyskursy, bo aż się o to prosi.
Dorzućmy do tego jeszcze rewelacyjną muzykę Colina Stetsona ("Dziedzictwo. Hereditary"), której słucham ponownie przy pisaniu tej recenzji, i genialny dobór piosenek (jak różnie może w zależności od kontekstu zabrzmieć "You Are My Destiny"!). Jest strasznie, jest zabawnie, jest samoświadomie, a momentami mocno refleksyjnie. Co dziś rzadkie, po seansie zostają w pamięci rzeczy, o których warto dłużej pomyśleć. Jak dla mnie to wystarczy na bardzo dobry serialowy horror, któremu warto wybaczyć pewne potknięcia.