"The Boys" w 5. sezonie wchodzi na jeszcze wyższy poziom szaleństwa i satyry – recenzja finałowej serii
Karol Urbański
6 kwietnia 2026, 18:00
Po niespełna dwóch latach do Prime Video powraca "The Boys" z finałową porcją odcinków. Jak wypada 5. sezon superbohaterskiego hitu? Odpowiedź znajdziecie poniżej.
Po niespełna dwóch latach do Prime Video powraca "The Boys" z finałową porcją odcinków. Jak wypada 5. sezon superbohaterskiego hitu? Odpowiedź znajdziecie poniżej.
Pod kolejnymi zapowiedziami 5. sezonu "The Boys" jak grzyby po deszczu wyrastały komentarze internautów zestawiające finałową odsłonę hitu Prime Video z medialnymi przekazami wokół odpałów administracji Donalda Trumpa. "To po prostu zwyczajny dzień w Ameryce" – czytamy w jednym z nich. W momencie gdy piszę te słowa, lider "wolnego świata" rzuca bluzgami na Twitterze X i grozi piekłem swym adwersarzom. To jeszcze prezydent USA czy już Homelander?
The Boys sezon 5 – co zmieniło się w serialu Prime Video?
Na to pytanie usiłuje odpowiedzieć debiutujący w tę środę 5. sezon "The Boys" (widziałem przedpremierowo sześć z ośmiu odcinków), ukazując świat podporządkowany kaprysom wyjątkowo obrzydliwego narcyza. W finałowej serii adaptacji komiksów Gartha Ennisa i Daricka Robertsona Homelander (Antony Starr) zdobył władzę absolutną. Supek jest już oficjalnie ważniejszy od polityków-pachołków, na ulicach panuje prawdziwy terror, zaś w mediach szaleje propaganda zestawiająca sympatyków Starlight (Erin Moriarty) ze wszystkim, co najgorsze.

Sytuacja tytułowej grupy nie jest zatem najbardziej korzystna w momencie rozpoczęcia ostatniej odsłony (na start zobaczymy dwa odcinki, kolejne będą emitowane po jednym co tydzień). Hughie (Jack Quaid), Mother's Milk (Laz Alonso) i Frenchie (Tomer Capone) przebywają w jednym z "obozów wolności", zostając rozdzielonymi z usprawnioną w głos Kimiko (Karen Fukuhara) i Butcherem (Karl Urban) popadającym w obłęd na punkcie śmiertelnego wirusa. Tymczasem lider "wolnego świata" rzuca bluzgami, grozi piekłem i realizuje cel, by stać się… nieśmiertelnym.
Vought – jako sprawnie naoliwiona maszyna władzy – działa w najlepsze. Tyrania zamyka usta krytykantom, a ci, którzy patrzyli na lidera Siódemki z uwielbieniem, obecnie mają więcej powodów, by upatrywać w nim istnego bóstwa (z biegiem czasu 5. sezon "The Boys" uderzy w religijne tony jeszcze mocniej). Bogobojna Firecracker (Valorie Curry) zawstydza prezenterów Fox News, wsparta supermocą Ashley (Colby Minifie) spełnia się jako wiceprezydentka, z kolei Deep (Chace Crawford) i Black Noir (Nathan Mitchell) uruchamiają podcast, który mógłby prowadzić Joe Rogan z Krzysztofem Stanowskim.
The Boys sezon 5 – superwirus, satyra i większa stawka
Fabuła 5. sezonu "The Boys" – jak zawsze zresztą – biegnie dwutorowo. Z jednej strony "chłopaki" pod batutą Butchera zbliżają się do realizacji planu użycia superwirusa, a z drugiej supki Homelandera umacniają pozycję swego lidera, przeczesując teren w poszukiwaniu dezerterów (w tym wątku pojawi się choćby A-Train grany przez Jessiego T. Ushera) czy wreszcie legendarnego V1 – oryginalnej formy związku V, dzięki której starzenie się nie będzie już przeszkodą.

W ten sposób, począwszy od 2. odcinka (nie liczę tu tego pierwszego, jako że jego forma i rozmiary przypominają w gruncie rzeczy pełnometrażowy film wypakowany po brzegi akcją) przedstawia się narracyjny podział finałowej odsłony "The Boys". Gdy fabuła zwalnia, do serialu raz jeszcze wkrada się poczucie nudy i powtarzalności, które charakteryzowało rozwleczony sezon 4. Tutaj jest podobnie, szczególnie w odniesieniu do wątku "tych dobrych". W przypadku "tych złych" zabawy jest dużo więcej.
W znacznej mierze jest to oczywiście pochodna wszelkich absurdów, przy których showrunner Eric Kripke stawia wyraźny znak równości do tego, o czym słyszymy w mediach. Scenarzyści "The Boys" – serialu o subtelności, której nie powstydziłby się tweetujący prezydent USA – nie mogli przecież narzekać na brak materiałów do obśmiania. Jeśli już, to mierzyli się oni z nadmiarem inspiracji i problemem, jak pogodzić ostrą satyrę z angażującą historią.
Podczas gdy ta pierwsza nie zawodzi (na tapet wzięto tu m.in. sztuczną inteligencję i jej rolę w mediach, komercjalizację faszyzmu czy wreszcie kult jednostki, któremu niepokojąco blisko do wydarzeń z kilku ostatnich dni), angażująca historia pozostaje taką jedynie na papierze. Nie sposób bowiem pozbyć się wrażenia, że fabuła 5. sezonu "The Boys" – zamiast iść do przodu – kręci się w miejscu. Po imponującym starcie kilka kolejnych odcinków rozczarowuje.
The Boys sezon 5 – jak wypada finałowa odsłona serialu?
Od samego początku czuć jednak, że stawka jest wyższa niż w przypadku jakiejkolwiek z poprzednich serii. Jeśli minione odsłony na swój sposób przyzwyczaiły widzów do pancerza fabularnego – od którego "The Boys" bardzo sprytnie uciekało na początku emisji – to finałowa porcja odcinków prędko zrewiduje nasze poglądy. Zgodnie z zapowiedziami showrunnera, bohaterowie rzeczywiście kończą swoje żywoty, a bezpośrednich kluczowych starć jest co niemiara.

Dużym plusem 5. sezonu "The Boys" jest też to, że Kripke i jego ekipa scenarzystów pokusili się o formalne eksperymenty w tak istotnym momencie serialu. Coś, czego brakowało mi w serialu od jakiegoś czasu, odnalazło swe zastosowanie w kilku ostatnich odcinkach. W jednym z nich podzielono perspektywę na kilka bardzo nietypowych postaci, z których jedna jest… psem. Znajdą się też tutaj intrygujące wypady poza lokacje znane nam do tej pory.
Na moment zagościmy w miejscówce rodem z "The Last of Us" czy choćby słonecznym Los Angeles, gdzie dojdzie do istnego festiwalu występów gościnnych, w którym reunion gwiazd "Supernatural" spotka się z parodią czarnej listy Hollywood epoki Homelandera. Jak przystało na "The Boys", wszystkie atrakcje wsparto wyjątkowo czarnym humorem – ten jest już jednak chyba na granicy wyczerpania, bo połowa lubieżno-wulgarnych gagów zamiast śmiechu powoduje raczej przewracanie oczami.
Czy 5. sezon "The Boys" to godne pożegnanie z serialem, który w niektórych kręgach doczekał się statusu kultowego? Po sześciu obejrzanych odcinkach nie mam pewności, zamiast tego czuję lekkie znużenie i zmęczenie materiałem. Niemniej, myślę, że kiedy kurz po projekcie opadnie, to pewnie za nim zatęsknię. Oglądany z perspektywy czasu będzie naprawdę niezłym archiwum tego, jak wyglądało życie w latach 20. XXI wieku. Wyobrażam sobie, że ktoś napisze wówczas: "To był po prostu zwyczajny dzień w Ameryce".