Pazurkiem po ekranie #3: Strzały celne i niecelne

"The Good Wife" (Fot. CBS)

"The Good Wife" (Fot. CBS)

Tatiana Maslany zawitała do "Parks and Recreation", Diane Lockhart nauczyła się strzelać, a w "Homeland" zafundowano nam twist roku. Kolejny serialowy tydzień toczy się swoim torem i trudno go za to nie lubić. W tekście możliwe spoilery, ale raczej niewielkie (z wyjątkiem "The Good Wife" - tu całkiem duże).

Kiedyś lubiłam powtarzać głośno i prowokacyjnie, jak bardzo nie lubię Warszawy. Jakie to paskudne, okropne miasto, w którym nic nie ma, a ludzie biegną przed siebie jak stado niezbyt przyjaznych zwierzątek, po drodze wlewając w siebie żrące substancje w rodzaju kawy z którejś z popularnych sieciówek. To było kiedyś, od tego czasu dorosłam, zmądrzałam, zrozumiałam swoje młodzieńcze błędy i nauczyłam się nie odczuwać odrazy do obecnej stolicy Polski.

Choć moje uczucia względem Warszawy można wciąż określić mianem ambiwalentnych, są w tym mieście miejsca, gdzie czuję się najlepiej na świecie. Przychodzę, nieważne o której godzinie i czy celowo, czy tak po prostu, a tam znajomi siedzą i piją, i palą, i o brzozy się kłócą. Potem idziemy na wietnamskie żarcie, i to nie jest takie wietnamskie żarcie jak w Krakowie - zdechłe, blade i pozbawione jakiegokolwiek smaku. Nie, w stolicy Wietnamczycy karmią porządnie, tanio i na dodatek na każdym rogu.

Kocham miejsca, które były modne, ale już za żadne skarby modne być nie chcą, jak placyq. Tak, mam na myśli to okropne siedlisko dziennikarzy drugorzędnych, rano poprawiających na szybko na MacBookach teksty, których potem i tak nikt poza paroma kolegami z redakcji nie przeczyta, a wieczorami wlewających w siebie zdecydowanie za dużo wódy. Tam jest jak w domu. Można pisać spokojnie na Serialową i godzinami gapić się a to na różne znajome mordy, do knajpy wchodzące i knajpę opuszczające, a to na tęczę, która raz jest, a raz jej nie ma, a potem znów jest i znów jej nie ma, i tak w kółko.

Jest mi tam dobrze. Nawet jeśli zimno jak na Syberii, podczas gdy Krakówek przeżywa wiosnę w październiku.

Tymczasem w tej drugiej rzeczywistości...

...zobaczyłam, co wszyscy widzą w Tatianie Maslany. Jakoś tak wyszło, że ominęło mnie szaleństwo związane z "Orphan Black" (tak, mam zamiar nadrobić, tylko moja doba jest zdecydowanie za krótka), więc była to dla mnie pewna nowość. Śliczne dziewczę zawitało do "Parks and Rec" i sprawiło, że Tom dosłownie zwariował. Naprawdę nietrudno zrozumieć czemu, sama się dziwię, jak w jednej kruchej osóbce może się mieścić aż tyle wdzięku.

Ostatnią scenę, w której April załatwia swojemu koledze randkę, obejrzałam chyba ze trzy razy, i od tej pory mam tylko jedno marzenie: chcę mieć taką przyjaciółkę jak April. OK, zawsze chciałam. Jest cudownie dziwna. Ale w tym sezonie po raz kolejny pokazuje, że kryje się w niej nie tylko człowiek, ale czasem wręcz dobry człowiek. Pokazuje oczywiście mimochodem, żeby przypadkiem nikt tego nie zauważył.

Liberałka Diane Lockhart polubiła strzelanie...

...i tak bardzo jej z tym do twarzy, że aż sama zatęskniłam za tym dreszczykiem, jaki daje człowiekowi mierzenie do zwykłej, banalnej tarczy. Zresztą to w ogóle był doskonały odcinek Diane i Christine Baranski. Jeszcze tydzień temu miała opuszczać firmę w niesławie, teraz ratuje tyłek Willowi, wychodzi za mąż za kowboja i jest jeszcze wspanialsza niż kiedykolwiek.

Tak zresztą, jak całe "The Good Wife". Co odcinek, to szalony zwrot akcji, co odcinek to burza. A w najbliższą niedzielę to dopiero będzie się działo! "21 sekund, kiedy zupełnie zapomina się o potrzebie oddychania" - napisał ktoś na Twitterze o zapowiedzi kolejnego odcinka. I choć to stwierdzenie nieznośnie patetyczne, a na dodatek kompletnie bezsensowne, bo każdy, kto miał w podstawówce biologię wie, że o oddychaniu nie musimy pamiętać nigdy, coś w tym jest. Nie myślmy więc o oddychaniu i zobaczmy to raz jeszcze.

I tweeta Ausiello zobaczcie. To naprawdę denerwujące, że on już widział to, na co my wciąż czekamy, dwa razy.

Głupi widzowie "Homeland"...

...dali się zaskoczyć twistem. Oczywiście, że należę do grona tych głupich widzów i oczywiście, że uwielbiam "Homeland" za takie akcje. Nawet jeśli odcinek "Game On" nieco nużył (błagam, tylko nie kolejne kłopoty Dany!), nie obraziłabym się, gdyby w tym tygodniu pozwolono mi wreszcie zaliczyć "Homeland" do hitów. Redakcjo droga?

Na drugim biegunie...

...czyli co odcinek, to kit, znajduje się "How I Met Your Mother", z tygodnia na tydzień karmiące widza coraz głupszymi gagami i coraz bardziej wymuszonymi sytuacjami. Zaczynam myśleć, że ten cały weselny weekend to jednak średni pomysł. Mimo najszczerszych chęci nie potrafię dostrzec ani odrobiny chemii między parą, na której ślub czekamy, nie bawi mnie Cobie Smulders udająca seksualny (bo przecież nie seksowny) alarm samochodowy, a Cristin Milioti najwyraźniej postanowiono przed nami schować całkiem. Nawet Anna Camp mnie w tym tygodniu wkurzała, a ja ją naprawdę lubię.

Nigdy nie byłam wielką fanką "HIMYM", ale jednak przetrwałam osiem sezonów. Przetrwam i ten, tyle że czuję się oszukana. Twórcy sitcomu CBS mieli zgrabny pomysł, jak zatrzymać widza przed ekranem - w końcu każdy, kto poświęcił serialowi kilka lat, chce wreszcie poznać tę cholerną Matkę - przykre jednak jest to, że ostatnie sezony to już tylko wypełniacz najgorszego sortu.

Nie zachwyciło mnie...

...reklamowane jako seksowne, urocze i jakieś tam jeszcze połączenie "Gry o tron" i "Plotkary", "Reign". Co za głupia, infantylna bajeczka! Nawet jak na fantasy dla kilkunastoletnich dziewczyn to było fatalne, tak fatalne, że szkoda mi czasu na pisanie pełnej recenzji. Wszyscy tu wyglądają bardzo współcześnie (panie noszą sukienki jak ze studniówki i malują się kosmetykami, które nie są specjalnie XVI-wieczne), posługują się współczesnym językiem, a obyczaje seksualne panują jak wśród młodzieży z Manhattanu. Mimo natłoku wydarzeń pilot mnie wynudził - ani przez chwilę nie miałam wrażenia, że dzieje się coś ważnego. Ot, kolejny przebieraniec coś mówi do drugiego przebierańca.

Całości brakuje pazura, który miała choćby "Plotkara" czy też przecież nie najlepiej przyjęta przez krytykę "Maria Antonina" Sofii Coppoli. Mimo że w grającej główną rolę Adelaide Kane można się zakochać, "Reign" mówię zdecydowane "nie". Choć nie twierdzę, że nie mogłoby to działać. Ostrzejsze dialogi, lepsi aktorzy i jakiś powód, by kibicować Mary - i może, ale tylko może, byłoby OK.

Korzystając z wiosny w Krakowie...

...czytam nad Wisłą książkę Nelsona Johnsona, na podstawie której powstało "Zakazane imperium". Nazywa się "Atlantic City. Narodziny - rozkwit - korupcja" i opowiada o mieście, gdzie kiedyś dzielił i rządził Nucky Johnson, w serialu nazywany Thompsonem. Nelson Johnson nie pisze typowej książki historycznej, a snuje barwną opowieść o miejscu i ludziach, pełną życia, kolorów i emocji. Jestem zachwycona i sądzę, że nie tylko fanom amerykańskiej historii tytuł powinien przypaść do gustu.

A co Wy widzieliście bądź czytaliście w tym tygodniu? Piszcie w komentarzach, tweetujcie i obserwujcie mnie, a także Serialową na Twitterze, bo to właśnie tam mamy zwyczaj prawie na żywo pisać o tym, co oglądamy. Jeśli też coś fajnego oglądacie i chcecie podzielić się tym z nami, używajcie w tweetach hashtagu #serialowa. My Wasze wpisy odnajdziemy i oczywiście na nie odpowiemy.

I pamiętajcie - widzimy się za tydzień. W tym samym miejscu, o tej samej porze.