"Człowiek w ogniu" to idealny serial do binge'owania dla wszystkich fanów "Reachera" – recenzja
Nikodem Pankowiak
3 maja 2026, 10:01
Czy świat potrzebował serialowej wersji "Człowieka w ogniu"? Pewnie nie. Czy dobrze, że świat otrzymał serialową wersję "Człowieka w ogniu"? Jak najbardziej, bo to kawał porządnego i wciągającego akcyjniaka.
Czy świat potrzebował serialowej wersji "Człowieka w ogniu"? Pewnie nie. Czy dobrze, że świat otrzymał serialową wersję "Człowieka w ogniu"? Jak najbardziej, bo to kawał porządnego i wciągającego akcyjniaka.
"Człowiek w ogniu", powieść autorstwa A.J. Quinella z 1980 roku, doczekał się już dwóch filmowych adaptacji, w tym jednej z samym Denzelem Washingtonem w roli głównej. Teraz, po wielu latach przerwy, przyszła pora na serialową wersję, którą przygotował dla widzów Netflix. Produkcja, jak to często bywa w przypadku tej platformy, nie doczekała się szczególnej promocji, ale i tak zajęła oczywiście 1. miejsce w jej serialowym topie. Czy na to zasłużyła?
Człowiek w ogniu – o czym jest serial Netfliksa?
Jeśli ktoś pamięta film z Washingtonem, dość szybko zacznie się zastanawiać, czy wersja Netfliksa to na pewno ten sam "Człowiek w ogniu". Otóż i tak, i nie. W porównaniu do swoich filmowych poprzedników, serialowy "Człowiek w ogniu" nie sięga wyłącznie po pierwszą część cyklu Quinella, znajdziemy tu także sporo fabularnych elementów z jej sequela, "The Perfect Kill". Dodatkowo serial, który stworzył i w całości napisał Kyle Killen ("Halo"), w dużej mierze prezentuje zupełnie nową historię.

Nie zmienia się jednak rzecz najważniejsza – bohaterem serialowego "Człowieka w ogniu" jest John Creasy (Yahya Abdul-Mateen II, "Wonder Man"), najemnik z doświadczeniem w siłach specjalnych, na którym służba odcisnęła trwałe piętno. To jeden z tych gości, którzy po zakończeniu kariery polegającej w dużej mierze na biciu, strzelaniu i zabijaniu, ma problem odnaleźć się w rzeczywistości, gdzie regularnie nawiedzają go duchy przeszłości. Te w pewnym momencie będzie musiał oczywiście zostawić za sobą, gdyż oto czeka go jeszcze jedna, być może najważniejsza i najtrudniejsza misja.
Paul Rayburn (Bobby Cannavale, "Obserwator"), przyjaciel z dawnych lat ściągnie przetyranego przez życie i będącego właśnie po nieudanej próbie samobójczej Johna do gorącego Rio de Janeiro, gdzie będzie miał dla niego pracę. Problem w tym, że Creasy w żaden sposób nie przypomina człowieka sprzed lat – dziś jest wrakiem, który przez życie płynie już tylko dzięki napędowi z leków i alkoholu. Jednak gdy jego przyjaciel i większość jego rodziny ginie w zamachu bombowym, John za wszelką cenę postanowi odkryć prawdę, a także zaopiekuje się Poe (Billie Boullet, "Światełko") – córką Paula, która cudem uniknęła śmierci, a także może mieć kluczowe informacje o zamachu.
Człowiek w ogniu to w dużej mierze typowy serial akcji
Jak łatwo się spodziewać, Creasy – ku nieszczęściu swoich przeciwników – szybko zacznie przypominać sobie wszystkie tajniki swojego dawnego zawodu, a my dostaniemy serial przepełniony akcją. Jeśli więc jesteście fanami takich produkcji jak chociażby "Reacher", serialowy "Człowiek w ogniu" powinien być dla was rzeczą obowiązkową. Nie zabraknie tu bowiem napięcia, pościgów, strzelanin czy bójek, czasem pokazanych całkiem kreatywnie, czyli tego wszystkiego, czego oczekujemy od takich seriali czy filmów.

Serial zaczyna się oczywiście – jak to często w produkcji Netfliksa bywa – od sceny, która ma przykuć naszą uwagę i zatrzymać przed ekranem. Widzimy więc, jak wielkim kozakiem jest główny bohater i dzięki temu wiemy, czego możemy spodziewać się po nim, gdy powoli zacznie odzyskiwać swoje "moce". Creasy jest postacią, z którą łatwo sympatyzować – kilka prostych zabiegów sprawia, że widzowie kibicują mu nawet wtedy, gdy jego metody stają się moralnie wątpliwe. Sami jednak szybko dojdziemy do wniosku, że odkrycie prawdy i prywatna zemsta są tutaj ważniejsze niż jakikolwiek humanitaryzm.
Podobnych historii, w których były żołnierz/agent musi udać się na jeszcze jedną, tym razem wyjątkowo osobistą misję, widzieliśmy już wiele i "Człowiek w ogniu" nie jest na tym polu ani trochę oryginalny, ale nie o oryginalność tu chodzi. Fabuła również jest prosta jak drut i żadne "zaskakujące" zwroty akcji w połowie sezonu tego nie zmienią. Tu chodzi przede wszystkim o trzymanie widza w ciągłym napięciu, co akurat przychodzi twórcom serialu z prawdziwą łatwością. Duża w tym zasługa także miejsca akcji całego serialu.
Człowiek w ogniu – czy warto oglądać serial Netfliksa?
Gorące Rio de Janeiro okazało się naprawdę trafioną lokacją dla tej fabuły. Jasne, serial nie stroni od stereotypów o Ameryce Łacińskiej, ale jednocześnie słynna brazylijska metropolia ma tutaj do odegrania swoją rolę. Nie jest więc tak, że tę samą fabułę moglibyśmy bez żadnych strat przenieść np. do Europy – tu miejsce akcji staje się momentami jednym z bohaterów, bo gdy sytuacja w fawelach zaczyna buzować, wpływa to bezpośrednio na głównego bohatera i jego plany.

Nie jest jednak tak, że netfliksowy "Człowiek w ogniu" pozbawiony jest wad. Wspomniałem już o braku jakiejkolwiek oryginalności czy prostej fabule (choć ta akurat niekoniecznie musi być wadą), ale warto też zwrócić uwagę na kompletnie nieinteresujący drugi plan, wypełniony przez postaci, których imiona wypadną nam z głowy chwilę po seansie. Rozumiem, że to perspektywa Creasy'ego jest tutaj najważniejsza, to on dźwiga ciężar serialu na swoich barkach. Przydałoby się jednak, by jego ekranowi towarzysze byli kimś więcej niż tylko pionkami, które mają czasem pomóc mu w popchnięciu fabuły do przodu.
Wrażenia nie robią także najważniejsi przeciwnicy Johna – brakuje im nieco charyzmy, poza tym fabularne twisty z ich udziałem są dość przewidywalne. Po części można złożyć to na karb gatunkowych ograniczeń, ale w pierwszej kolejności winiłbym za to jednak showrunnera i scenarzystę w jednym. Ale mimo tych narzekań, muszę przyznać, że bawiłem się przy "Człowieku w ogniu" naprawdę dobrze, momentami wręcz wybornie. To produkcja przede wszystkim dla dużych chłopców, wymarzona dla netfliksowych algorytmów, bo jest wprost idealnie skrojona pod binge-watching. Obiecuję, jak już zaczniecie, nie będziecie chcieli kończyć i żadne niedociągnięcia nie będą miały tu znaczenia.