"Rywale" w 2. sezonie to więcej intryg, pikanterii i guilty pleasure w brytyjskim wydaniu – recenzja
Mateusz Piesowicz
15 maja 2026, 09:01
Gotowi na niejeden skandal w angielskim stylu? "Rywale" właśnie wrócili z 2. sezonem, a to oznacza całe mnóstwo afer, namiętności i romansów. Oceniamy pierwsze odcinki bez spoilerów.
Gotowi na niejeden skandal w angielskim stylu? "Rywale" właśnie wrócili z 2. sezonem, a to oznacza całe mnóstwo afer, namiętności i romansów. Oceniamy pierwsze odcinki bez spoilerów.
"Witajcie w najbardziej niegrzecznym programie w telewizji!" – oznajmiają "Rywale" na samym początku 2. sezonu, a na mojej twarzy momentalnie pojawia się szeroki uśmiech. Sam nawet nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo brakowało mi serialu, który w czasach wszechobecnej telewizyjnej nudy i nijakości nie boi się być wyrazistym, a z barwnego kiczu czyni swoją najpotężniejszą broń. To co, gotowi na powrót do Rutshire?
Rywale sezon 2 – co nowego w serialu Disney+?
Jak może pamiętacie, poprzedni sezon skończyliśmy iście dramatycznym cliffhangerem, gdy znokautowany lord Tony Baddingham (David Tennant) wykrwawiał się na podłodze gabinetu w Corinium. Żadną tajemnicą nie jest jednak, że Tony przeżył cios wymierzony przez Cameron (Nafessa Williams) i wraca żądny zemsty. Ba, jego determinacja, żeby zmiażdżyć konkurencję na czele z Rupertem Campbell-Blackiem (Alex Hassell) wręcz wzrosła i zamieniła się w pełen żarliwej pasji gniew. Mieszkańcy Rutshire i ich wstydliwe sekrety nie mogą czuć się bezpiecznie!

Punkt wyjścia do mocnego startu nowego sezonu wydaje się idealny, ale wbrew pozorom "Rywale" zaczynają stosunkowo spokojnie. Pierwsze trzy odcinki (już dostępne na Disney+) pozwalają zanurzyć się w hedonistycznym blichtrze serialowego świata, ale na wytoczenie naprawdę ciężkich dział w wojnie o telewizyjną franczyzę między Corinium a Venturer trzeba chwilę poczekać.
Wcześniej można natomiast delektować się pełnią splendoru angielskiej prowincji z lat 80. i ociekającą towarzyskimi skandalami codziennością jej mieszkańców. Ci bowiem, choć podzieleni na dwa obozy w konflikcie Tony'ego z Rupertem, są jednak bardziej zajęci własnymi sprawami. Od rzeczy poważniejszych, jak wybory do parlamentu, przez te bardziej ekscytujące, jak kłopotliwe ciąże, byłe żony i aktualne kochanki, aż po prestiżowe mecze w polo. Życie w "Rywalach" toczy się swoim, absolutnie wyjątkowym rytmem.
Rywale w 2. sezonie to seks, romanse i namiętności
Oczywiście wypełniona dziesiątkami wątków fabuła stanowi, podobnie jak w poprzednim sezonie, tylko pretekst. Najczęściej do zajrzenia do sypialni poszczególnych bohaterów, ale nie tylko! Seks uprawia się tu wszak w różnych miejscach i kombinacjach. Pod prysznicem (standard), na schodach (wyglądało mało wygodnie), a nawet ze szpicrutą w ręku (oczywiście!). Dodając, że pierwsze nagie przyrodzenia pojawiają się, nim minie 10 minut premierowego odcinka, a gołe torsy trudno zliczyć, to mogę was uspokoić – twórcy nadal wiedzą, co robią.

Zwłaszcza że do uciech czysto fizycznych dodano sporo interesujących kontekstów. Mamy choćby cierpiący na zawodowych ambicjach małżonków związek Declana (Aidan Turner) z Maud (Victoria Smurfit). Mamy zdezorientowaną we własnych uczuciach Taggie (Bella Maclean), której nie pomógł ani namiętny pocałunek Ruperta, ani jego zachowanie po nim. Mamy też choćby słodki, ale wciąż w dużej mierze platoniczny romans Lizzie (Katherine Parkinson) z Freddiem (Danny Dyer), który wyróżnia tę parę na tle innych serialowych bohaterów. A to tylko kilka przykładów.
Wszystko razem tworzy tyleż skomplikowany, co barwny pejzaż sprośnego środowiska, które ani na moment nie traktuje się zbyt poważnie. Mimo nieskrywanej karykaturalności, "Rywale" są jednak w stu procentach wiarygodni pod kątem emocjonalnym, a romantyczne uniesienia w wykonaniu angażujących się w nie całym sercem aktorów to gwarancja znakomitej zabawy. Zwłaszcza dla widzów, którzy przyjmą obowiązującą konwencję z całym dobrodziejstwem inwentarza.
Rywale sezon 2 – początek to tylko cisza przed burzą?
"Rywale" to jednak nie tylko seks i sprawy sercowe, ale też większe niż świat konflikty, bulwersujące afery i wielopiętrowe intrygi, które na początku 2. sezonu dopiero zaczynają nabierać prędkości. Wspomniana już walka o telewizyjną koncesję wydaje się wręcz zaskakująco spokojna, ale tylko poczekajcie. Gdy Tony z diabolicznym błyskiem w oku i cygarem w ręku, jak przystało na czarny charakter, wykona swój pierwszy ruch, sprawy szybko nabiorą prędkości i od razu popchną akcję w intrygującym kierunku.

Dokąd zaprowadzi on dalej, mogę na razie zgadywać tak samo, jak wszyscy widzowie, bo do recenzji udostępniono przedpremierowo tylko trzy odcinki. Wiedząc jednak, że cały sezon ma liczyć ich aż dwanaście i zostanie podzielony na dwie części (drugą połowę zobaczymy później w tym roku), można się spodziewać, że stonowany start to tylko cisza przed burzą.
Inna sprawa, że nawet na nieco spokojniejszych wodach "Rywale" bynajmniej nie stali się poważniejsi. Wręcz przeciwnie, bo obok miłosnych podbojów to właśnie prosta, ale pomysłowa komedia gra tu pierwsze skrzypce, wypełniając każdą godzinę mnóstwem atrakcji. Czy to prywatna impreza na basenie, czy sportowe wydarzenie ściągające śmietankę towarzyską, czy ekskluzywna kolacja zamieniająca się w slapstickowe przedstawienie. Wszystko jest tu celowo przesadzone, a twórcy na każdym kroku zapraszają widzów, by porzucili serialowe konwenanse na rzecz kuszącej tandety.
Rywale sezon 2 to nadal pierwszorzędna rozrywka
Ja ze swojej strony mogę wam tylko polecić, żebyście tej pokusie ulegli i jeśli jeszcze nie mieliście okazji, bezwstydnie dali nura do rzeczywistości rodem z powieści Jill Cooper (autorka książkowych pierwowzorów "Rywali" zmarła kilka miesięcy przed premierą 2. sezonu). Gwarantuję, że w streamingowej rzeczywistości nie spotkacie się dzisiaj z czymś równie niedorzecznym, a jednocześnie tak autentycznym i dającym tonę czystej frajdy.

"Rywale" nie są i raczej nigdy nie będą wybitną produkcją, ale trudno o lepszy dowód, że można robić wysokiej jakości telewizję bez nudy i nadęcia, a pikantne sceny nie muszą ani przekraczać granic dobrego smaku, ani służyć tylko wywoływaniu taniej sensacji i internetowego oburzenia. Ba, można nawet oprzeć historię na motywach wyjętych żywcem z tabloidów i romansów klasy B, nie narażając się przy tym na zarzuty o brak klasy. Twórcy "Rywali" do perfekcji opanowali sztukę balansowania pomiędzy inteligentną społeczną satyrą i rozpustnym festynem, a ja trzymam kciuki, żeby zapraszali nas do tego świata jak najczęściej.