Pazurkiem po ekranie #4: Team Alicia!

"The Good Wife" (Fot. CBS)

"The Good Wife" (Fot. CBS)

W "The Good Wife" w końcu wszystko wybuchło, "Homeland" znów zaskoczył twistami, Michael Sheen pokazał, co potrafi, w "Masters of Sex". W tym tygodniu trudno było oderwać się od ekranu. Uwaga na duże spoilery dotyczące trzech wymienionych seriali.

To był koszmarny tydzień, pełen niespodziewanych dramatów, licznych kichnięć, kaszlnięć, bólów głowy, dreszczy i innych absurdów, spędzony w przymusowym zamknięciu, bez kota nawet, bo drań wybrał życie na wsi. Może to i lepiej, przynajmniej wciąż może się tym życiem cieszyć. Z jakiegoś powodu nabrałam zwyczaju wstawania o 6:00 rano albo i wcześniej, kiedy to widoki są takie, że równie dobrze mogłoby ich nie być. Być może coś podświadomie każe mi się umartwiać, w końcu nagrzeszyłam już w życiu sporo, a jeszcze więcej nagrzeszyć zamierzam.

W niedzielny poranek moi szanowni obserwujący na Twitterze zostali zaskoczeni wyznaniem, że od czasu do czasu jadam parówki i nie czuję się z tego powodu źle. Wyjaśnienie dla tych, którzy z prawicowym matriksem nie mają nic wspólnego: autorzy Serialowej będą raz na kilka dni pojawiać się w naTemat i nie chcieliby być z tego powodu mniej kochani. Nie tracimy na fajności, Serialowa się nie zmienia, nikt nigdzie stąd nie ucieka, po prostu staramy się rozwijać. Z dala od politycznych kłótni, bo nie zajmujemy się tu polityką, a serialami.

Tymczasem w tej drugiej rzeczywistości...

..."The Good Wife" pokazało, że nie tylko kablówki potrafią. Za nami prawdopodobnie najlepszy odcinek w historii tego, niemal co tydzień przecież świetnego serialu. Odcinek pełen szalonych emocji, nerwowego biegania, gierek i zdrad na najwyższym poziomie, płaczu w windzie, szybkiego seksu w mieszkaniu pełnym garniturów i wszystkiego, co tylko można pokazać w telewizji przez 45 minut. Kto wyjdzie z tego cało? Kto wygra? Kto będzie po czyjej stronie, kiedy to zamieszanie się skończy? "Hitting the Fan" oglądało się jak porządny dreszczowiec.

To fantastyczne, że w odcinku tak wypełnionym wydarzeniami ważnymi dla dalszej fabuły, znalazły się takie sceny, jak Will i Kalinda popijający whisky czy wymiana zdań przez telefon: "Idź do diabła"/"Sama idź"/"A, twoja córka dzwoniła". Ostatecznie scena, w której wściekły Will zrzuca rzeczy z biurka Alicii, okazała się ważna, ale wcale nie najważniejsza, i chyba pora przestać mieć pretensje do twórców, że ją ujawnili wcześniej. Oni po prostu mieli całe mnóstwo równie świetnego materiału w zanadrzu.

Długo nie mogłam zdecydować, po czyjej jestem stronie, i pewnie to się jeszcze będzie zmieniać. Ale w tym tygodniu zdecydowanie jestem Team Alicia. Nie sądzę, żeby była aż tak okropna, jak się Willowi w tej chwili zdaje, a jej motywacje uważam za co najmniej skomplikowane. Bardzo jej do twarzy z sukcesem, i tak zwyczajnie, po kobiecemu się cieszę, widząc, jak świetnie sobie radzi w przywódczej roli.

Kolejna miła wiadomość jest taka, że Will i Diane prawdopodobnie koniec końców znajdą się tam, gdzie zaczynali, i może znów będą popijać w biurze szampana, i śmiać się razem, i tańczyć. Nie obraziłabym, gdyby tak się stało.

Michael Sheen przeszedł samego siebie...

...w najnowszym odcinku "Masters of Sex", "Catherine". Do tej pory grał na tyle powściągliwie, że wszyscy chwalili Lizzy Caplan, zapominając, kto tu jest mistrzem. Nie chciałabym nic ujmować Lizzy, bo jest wspaniała, ale to, co wyprawiał Sheen w tym tygodniu, przechodzi moje pojęcie. W zeszłym tygodniu byłam bliska znielubienia doktora Mastersa, po tym jak zajrzał tam, gdzie nie powinien był zaglądać, teraz mam przed oczami tylko tę scenę, w której trzyma na rękach martwe dziecko. Własne martwe dziecko. I zaraz się go pozbywa, broniąc się przed przypływem emocji.

Dopiero w tym tygodniu zauważyłam, że "Masters of Sex" ma czołówkę. I to jaką! Piękną, niegłupią, subtelną i dosłowną jednocześnie. Jednym się kojarzy aż za bardzo, inni nigdy w życiu się nie przyznają publicznie, że im się kojarzy, wszyscy powinni obejrzeć ją przynajmniej kilka razy, nawet jeśli nie widzieli serialu. Bo tak właśnie powinno się robić czołówki.

Z pewnym zaskoczeniem stwierdziłam...

...że dobry dzień świstaka nie jest zły. Weźmy "The Tunnel" na przykład. Widziałam większość sezonu "The Bridge", widziałam pierwszy odcinek "Bron" i naprawdę nie sądziłam, że będę chciała oglądać tę historię raz jeszcze. A jednak! Klimat granicy francusko-brytyjskiej oddano świetnie, serial doskonale wygląda i nieźle brzmi, a obok w jakimś stopniu mi już znanej fabuły oferuje mnóstwo smaczków, które po prostu muszą bawić mieszkańca Unii Europejskiej.

U boku Stannisa Baratheona gra - i znakomicie odnajduje się w roli policjantki z Aspergerem - Francuzka Clémence Poésy, która nie szarżuje jak Diane Kruger, dzięki czemu wypada dużo bardziej naturalnie. A do tego jest taka śliczna!

Próbowałam obejrzeć...

...powrót mojego niegdyś ukochanego "Misfits" - i zasnęłam w połowie. Serio! Sama nie wiem czemu, pewnie to wina grypy. Ale też muszę przyznać, że po początkowym zachwycie powrotem serialu, szybko zobaczyłam, dlaczego nie pamiętam już prawie nic z poprzedniego sezonu. Scenariusz jest naprawdę OK, dialogi są mocne jak zwykle, postaciom niczego nie brakuje - ale nie ma już tego magicznego "czegoś", co sprawiało, że kiedyś czekało się z niecierpliwością na kolejny odcinek przygód tych dziwnych ludzi.

Z nową obsadą to nie działa i tyle. Dobrze, że to już ostatni sezon, bo inaczej mogłabym całkiem znielubić "Misfits".

Carrie spotkała Samanthę...

...i to jest dobra wiadomość. Złych wiadomości jest więcej. Moje ulubione guilty pleasure na razie zawodzi na całej linii. Powrót "The Carrie Diaries" nie należał do odcinków udanych, przez większość czasu zwyczajnie się nudziłam. Jeszcze nie wiem, co myśleć o Lindsey Gort w roli Samanthy Jones. Niby wszystko z nią w porządku, dziewczynie pazura nie brakuje i pewnie faktycznie tak mogłaby wyglądać i zachowywać się młoda Samantha. Ale coś mi w niej nie do końca pasuje, a to zły znak. Młodą Carrie zaakceptowałam od pierwszej minuty.

Martwi też fatalna oglądalność "The Carrie Diaries". Przyzwyczaiłam się już do tego, że serial bywa nierówny - ale jednak nie chciałabym, aby mi go zabrali. A na to się właśnie zanosi.

Z moim drogim kolegą...

...Michałem Kolanką próbowaliśmy wczoraj oglądać symultanicznie "Homeland" na Twitterze. Wyszło to raczej idiotycznie niż fajnie, ale co tam. Co napisaliśmy, to nasze. Serial opanował ostatnio do mistrzostwa sztukę budowania napięcia przez cały odcinek i zrzucania na widza bomby na koniec. W tym tygodniu od - jednak nieco spodziewanej, choć może nie w tej formie - bomby bardziej zainteresowało mnie polowanie na gęsi, podczas którego nastąpiło nowe rozdanie w CIA.

Co teraz zrobi Saul? Jak poradzi sobie Carrie, która została praktycznie sama, otoczona wyłącznie wrogimi gębami? Czy jeszcze kiedyś zobaczymy Brody'ego? Czy zostaną nam oszczędzone kolejne problemy Dany? Tyle pytań, a na odpowiedzi trzeba czekać.

A co Wy widzieliście w tym tygodniu? Piszcie w komentarzach, tweetujcie i obserwujcie mnie, a także Serialową na Twitterze, bo to właśnie tam mamy zwyczaj prawie na żywo pisać o tym, co oglądamy. Jeśli też coś fajnego oglądacie i chcecie podzielić się tym z nami, używajcie w tweetach hashtagu #serialowa. My Wasze wpisy odnajdziemy i oczywiście na nie odpowiemy.

I pamiętajcie - widzimy się za tydzień. W tym samym miejscu, o tej samej porze.

REKLAMA