Czy "Jack Ryan: Wojna duchów" to powrót, na jaki liczyliśmy? Recenzja filmowej kontynuacji serialu
Mateusz Piesowicz
20 maja 2026, 08:01
John Krasinski powraca jako Jack Ryan, aby wykonać kolejną misję już w pełnometrażowym wydaniu. Ale czy filmowy "Jack Ryan: Wojna duchów" jest nam w ogóle do czegokolwiek potrzebny?
John Krasinski powraca jako Jack Ryan, aby wykonać kolejną misję już w pełnometrażowym wydaniu. Ale czy filmowy "Jack Ryan: Wojna duchów" jest nam w ogóle do czegokolwiek potrzebny?
Miał być koniec serialu i spin-off poświęcony innemu bohaterowi, a tymczasem po trzech latach nieobecności na ekrany wraca telewizyjna wersja najsłynniejszej z postaci stworzonych przez Toma Clancy'ego. Niestety, jeśli cieszyliście się na ten powrót, to z przykrością muszę was poinformować, że "Jack Ryan: Wojna duchów" to popłuczyny po kiedyś pierwszorzędnej serialowej rozrywce.
Jack Ryan: Wojna duchów – o czym jest film Prime Video?
Uporządkujmy chronologię. W lipcu 2023 roku dobiegł końca 4. sezonu serialowego "Jacka Ryana" wyznaczający linię mety dla telewizyjnej wersji kultowego bohatera, w którego z sukcesami wcielał się John Krasinski. Mówiło się wówczas o spin-offie z Michaelem Peñą w roli Dinga Chaveza, jednak ten projekt nigdy nie doszedł do skutku (nieoficjalnie chodziło o problemy z uzyskaniem praw do postaci). Zamiast niego rok po zakończeniu serialu Amazon ogłosił, że Jack jednak wróci, ale już w pełnometrażowej kontynuacji. Fajnie?

Nie bardzo, bo dostępna już na Prime Video "Wojna duchów" to film "dobry" właściwie tylko pod jednym względem – świetnie oddaje panujący za kulisami produkcyjny chaos. W normalnych warunkach trudno bowiem podejrzewać, żeby ekipa stojąca za bądź co bądź niezłym serialem mogła być w stanie tak bardzo wszystko zepsuć. Począwszy od generycznej fabuły, a skończywszy na głównym bohaterze pozbawionym krzty dawnego, serialowego charakteru.
Jack Ryan: Wojna duchów to kontynuacja bez polotu
Czy na Jacka Ryana podziałała tak praca w cywilu, czy raczej fatalny scenariusz? Pewnie macie już swoje podejrzenia, ale przyjmijmy póki co korzystniejszą dla twórców pierwszą wersję. Zgodnie z nią nasz bohater rzucił CIA dla Wall Street, ale agencja przypomniała sobie o nim, gdy James Greer (Wendell Pierce) wysłał go ze specjalną misją do Dubaju. W jakim celu? Czemu on? Tak jak nie ma to żadnego znaczenia na początku, tak pozostaje mało istotnym do samego końca. Ot, po prostu trzeba nam Jacka Ryana, dalej nie ma co wnikać.

Podobnie nie ma większego sensu wgłębiać się w filmową historię, która przeskakuje pomiędzy Nowym Jorkiem, Dubajem a Londynem, konfrontując Jacka z niejakim Liamem Crownem (Max Beesley, "Porwanie"), szefującym tajnej grupie o nazwie Starling, która… cóż, właściwie trudno powiedzieć, czego chce. Twórcy niby budują jakieś powiązania między Crownem a Greerem, ale całość ogranicza się do już znanego schematu: są złowrogą organizacją, a on jest ich bardzo złowrogim szefem, dalej nie ma co wnikać.
Czegoś jeszcze brakuje? A no tak, towarzyszy broni. Jednego już znacie, bo niezawodny Michael Kelly wraca jako równie niezawodny Mike November i przynajmniej ma okazję rzucić paroma luźnymi tekstami. Nie da się tego powiedzieć o Emmie Marlow (Sienna Miller, "Anatomia skandalu") z MI6, której charakterystykę można ograniczyć do tego, że jest kobietą i szpiegiem. A dalej wiadomo: nie ma co wnikać.
Jack Ryan: Wojna duchów to nie Jack, jakiego znamy
Wierzcie mi, że choć chciałbym napisać o fabule "Wojny duchów" coś więcej, to po prostu nie mam się czego chwycić. Jedynym pomysłem jest tu zbudowanie historii na kontraście między Ryanowym kompasem moralnym i etycznie dyskusyjnymi metodami Greera, które Crowne doprowadza do skrajności. Ale nawet w tym punkcie cała dyskusja sprowadza się w praktyce do jednego dialogu.

Reszta seansu upływa na pustych słowach i nudnych scenach akcji, które wypełniają przeszło sto minut filmu. W miarę godnych zapamiętania jest z nich najwyżej kilka, gdy oglądamy sprawnie zrealizowany pościg samochodowy po ulicach Londynu. Co ciekawe, na pierwszym planie wcale nie występuje w nim Ryan, co pasuje do mdłej roli, jaką pełni główny bohater w tej historii. Tak naprawdę Jacka w ogóle mogłoby by w niej nie być, a wątpię, żeby widzowie szczególnie odczuli tę stratę.
Dziwi to o tyle, że tytułowy bohater był do tej pory największym atutem amazonowych ekranizacji, wnosząc z sezonu na sezon coraz bardziej bzdurne fabuły poziom wyżej. Dopóki John Krasinski spełniał się jako amerykański wzór cnót wszelakich, na całą resztę przymykało się oko. W tym przypadku się nie da, bo ekranowa charyzma Jacka gdzieś uleciała, a wraz z nią zniknęło znaczenie tej historii.
Jack Ryan: Wojna duchów – czy warto oglądać film?
Nie przywraca go pozbawiona napięcia akcja polegająca na ciągłym ostrzeliwaniu bezimiennych zbirów. Nie pomaga zafundowany pośrodku seansu twist, który koniec końców nic do tej historii nie wnosi. Nawet szybkie wycieczki z jednego końca świata na drugi, które były wizytówką serii, tu zostały ograniczone do pełnienia roli dubajskiego product placementu. Nie oczekiwałem wiele, a i tak zaskoczyło mnie, jak mało dostałem.

Najbardziej boli, że "Jack Ryan: Wojna duchów" to film zrobiony kompletnie na odwal się i bez grama szacunku dla widza. Od historii autorstwa Noaha Oppenheima ("Dzień zero") i Johna Krasinskiego, przez scenariusz Krasinskiego i Aarona Rubina ("Nikt 2"), po reżyserię doświadczonego telewizyjnego rzemieślnika Andrew Bernsteina ("Ozark") – wszystko wygląda jak praca zaliczeniowa wykonana najmniejszym nakładem sił. Nie wiem, może ktoś ich do tego zmusił?
Dobra wiadomość jest taka, że was nikt nie zmusza, więc możecie sobie "Wojnę duchów" z czystym sumieniem odpuścić. Zaręczam, że nic nie stracicie, za to zachowacie wspomnienie serialowego Jacka Ryana jako bohatera, dla którego z przyjemnością zasiadało się przed ekranem. Ja po obejrzeniu jego pełnometrażowego debiutu nie wiem, czy to uczucie jeszcze kiedyś do mnie wróci. Bo że wróci sam Jack, to akurat nie mam wątpliwości. Tylko po co?