"Ranczo Duttonów" to praktycznie 6. sezon "Yellowstone". Sprawdzamy, czy to dobrze – recenzja
Marta Wawrzyn
22 maja 2026, 08:01
Jeśli zamiast pięciu spin-offów wolelibyście po prostu 6. sezon "Yellowstone", mamy dla was dobrą wiadomość: "Ranczo Duttonów" robi wiele, by spełnić to życzenie. Przy założeniu, że możemy żyć bez Kevina Costnera i Montany.
Jeśli zamiast pięciu spin-offów wolelibyście po prostu 6. sezon "Yellowstone", mamy dla was dobrą wiadomość: "Ranczo Duttonów" robi wiele, by spełnić to życzenie. Przy założeniu, że możemy żyć bez Kevina Costnera i Montany.
"Yellowstone" już nie wróci, ale przed nami kolejny spin-off. Do emitowanego od marca procedurala "Marshals", w którym oglądamy, jak Kayce (Luke Grimes) układa sobie życie na nowo i ściga przestępców, Paramount właśnie dorzucił "Ranczo Duttonów", serial zdecydowanie bliższy każdemu, kto po prostu chciał klasycznej kontynuacji nieodżałowanego kowbojskiego hitu. Czy to 6. sezon, o jakim marzyliśmy? I tak, i nie.
Ranczo Duttonów – o czym jest spin-off Yellowstone?
W serialu, który w Polsce debiutuje dziś na platformie SkyShowtime, oglądamy dalsze losy Beth Dutton (Kelly Reilly) i Ripa Wheelera (Cole Hauser), którzy w wielkim finale "Yellowstone" dostali sympatyczny happy end – a spin-off, żeby działać, oczywiście na dzień dobry musi go zepsuć. Dzieje się to już w pierwszych scenach pilota (widziałam cztery odcinki, łącznie w 1. sezonie będzie ich dziewięć), który pozostawia parę bez domu i środków do życia. Kolejne sploty wydarzeń powodują, że ostatecznie osiadają oni poza Montaną – w Teksasie, gdzie kupują niezbyt duże ranczo i raz jeszcze zaczynają od nowa, co chwila natykając się na przeszkody, które znamy z "Yellowstone".
Choć znajdujemy się daleko od Montany, świat ranczerów specjalnie nie różni się od tamtejszego. Podobnie jak sposób pisania scenariusza, choć za "Ranczo Duttonów" odpowiada nie Taylor Sheridan, a – zwolniony już zresztą z tego stanowiska – showrunner Chad Feehan ("Stróżowie prawa: Bass Reeves"). Mimo że serial powstawał w innym miejscu, w większości z nową ekipą, tę chęć zadowolenia dawnych fanów widać w każdym aspekcie – począwszy od fabuły, w której nowoczesny western spotyka się z thrillerem i operą mydlaną, a skończywszy na klasycznej czołówce, jakich w streamingu prawie już nie ma, czy charakterystycznych długich ujęciach flory i fauny.

Nie brakuje też oczywiście przeciwników w typie "czarnych kapeluszy" – są nimi silniejsi pod każdym względem od naszej pary sąsiedzi z 10 Petal Ranch. Na czele rodzinnego biznesu stoi niejaka Beulah Jackson (Annette Bening, "Niedaleko pada jabłko"), wpływowa, sprytna i bezlitosna kobieta, która przeszła i widziała w życiu nie mniej niż John Dutton (Kevin Costner) z oryginalnej serii. Podobnie jak John, znaczącym źródłem bólu głowy u twardej matriarchini jest jej własna rodzina, a zwłaszcza mający skłonności do alkoholu i przemocy syn as Rob-Will (Jai Courtney, "Terminator: Genisys") i jego charakterna córka Oreanna (Natalie Alyn Lind, "Goldbergowie"). W klanie Jacksonów mamy też Joaquina (Juan Pablo Raba, "Delirium"), drugiego syna Belulah.
Na tym nie koniec wyliczanki, bo w znakomitej obsadzie znaleźli się jeszcze m.in. Ed Harris ("Westworld") jako Everett McKinney, doświadczony weteran i weterynarz, który współpracuje z Beth i Ripem, J.R. Villarreal ("Jenni") jako Azul Ramos, prawa ręka Ripa na ranczu, czy Marc Menchaca ("Outsider") jako Zachariah Moss, były więzień, który również zostaje przygarnięty przez Duttonów. Powraca również Finn Little jako Carter.
Ranczo Duttonów – Beth, Rip i ich nowe życie w Teksasie
Cztery obejrzane odcinki to za mało, aby wydać werdykt o całości, ale wystarczająco dużo, aby wiedzieć, czym jest serial. A jest on nieoficjalnym 6. sezonem "Yellowstone", powielającym dobrze nam znane schematy. Ocenianie, czy to dobrze czy źle, nie ma większego sensu. Z jednej strony jest to cyniczne zagranie ze strony Paramountu, który pożegnał przedwcześnie znakomity oryginał, by dać nam więcej tego samego w innej formie i bez problemów związanych z Costnerem i Sheridanem. Z drugiej strony, czy świeżość i łamanie barier to rzeczywiście to, czego oczekiwaliśmy od tego spin-offu?
Wasze odpowiedzi mogą się różnić, ale Paramount prawdopodobnie słusznie założył, że sposobem na sukces w tym przypadku jest danie widzom więcej tego, co już raz się sprawdziło i co im przedwcześnie odebrano. Zamiast zasłużonego spokoju na własnym kawałku ziemi Beth i Rip stawiają więc czoła nowym trudnościom – a tych już w czterech odcinkach zbiera się tyle, że można by obdzielić trzy spin-offy – i trafiają w środek wojny, jakie były udziałem Duttonów od zarania dziejów. To znaczy od 1883 roku.

Beulah, przy całym zaangażowaniu i charyzmie Benning, nie wychodzi więc poza klasyczną postać przeciwnika naszej znajomej rodziny – najważniejsze, co ją odróżnia to płeć, ale i w tym trudno szukać oryginalności. Bohaterkę z miejsca można zestawić z kilkoma innymi, choćby niezapomnianą Mags Bennett (Margo Martindale) z "Justified".
Oryginalności nie ma też w sobie nic, co robią – ani naprzeciwko czego stają – Beth i Rip. Dość klasyczny jest romans Cartera – i jego nieco spóźniony bunt, bo bohater, podobnie jak aktor, ma już 19 lat i nie wygląda na ucznia szkoły średniej. Wiele postaci to kalki z innych seriali ze świata Taylora Sheridana, a przy niektórych opisach ("dobry człowiek, który zrobił coś bardzo, bardzo strasznego") trudno nie przewrócić oczami. Znów, jak w przypadku licznych przerysowanych postaci i sytuacji z "Yellowstone".
Podobnie jak oryginał, "Ranczo Duttonów" to miks brutalnego westernu i wypakowanej przesadzonymi emocjami opery mydlanej, któremu trudno się oprzeć. Oryginalności po dekadzie od premiery "Yellowstone" jest w tym zero, ale ogląda się to świetnie.
Ranczo Duttonów – czy warto oglądać serialowy western?
I o to chodziło – to i prawdopodobnie nic więcej. Można mieć pretensje do twórców, że nawet nie spróbowali pokombinować, jak odświeżyć formułę, ale z drugiej strony, jeśli odświeżanie formuły to zabijanie członków rodziny głównych bohaterów i wciskanie ich na siłę w ramy procedurala, to ja już wolę oglądać klasyczne "Yellowstone", nawet bez Costnera i bez Montany. Co ciekawe, brak Montany doskwiera mi w tym spin-offie chyba najbardziej. Miejscówki robiły dużą część roboty w oryginalnej serii, a Teksas, choć ma swój, zupełnie inny, klimat, nie zapiera tchu i nie wydaje się wyjątkowy.
Oglądając 4. odcinek, w którym do miksu dochodzi kolejna tragedia, miałam też myśl, że jedno w całej franczyzie się udało: sceny ze zwierzętami i umiejętność sprawienia, że historie czworonogów budzą czasem większe emocje niż ludzkie losy. I to niezależnie od oprawy wizualnej. Seriale Sheridana od początku miały szacunek z jednej strony do pracy współczesnych kowbojów, a drugiej do ziemi, przyrody, koni, a nawet bydła. Oglądanie scen, w których Beth i Rip czy to jeżdżą konno, czy zaganiają stada krów (czy też robią bardziej spoilerowe rzeczy związane ze zwierzakami), to czysta przyjemność.

Nie mniejszą przyjemnością jest patrzenie na Hausera i Reilly w rolach swojego życia – na to, jak są zgrani, jaką mają chemię, jak komfortowo czują się w świecie Sheridana. To iście magnetyczna para, tak naprawdę niezależnie od fabuły – a ta jest w "Ranczu Duttonów" tak przewidywalna, że niemalże "napisana przez algorytm", oczywiście nieco bardziej wyrafinowany niż netfliksowy. Nie ma to jednak większego znaczenia. Paramount doszedł do słusznego wniosku, że nie mamy dość "Yellowstone" i dał nam więcej "Yellowstone" z całym dobrodziejstwem inwentarza. W tym także kłótniami za kulisami, ale jakoś nie wątpię, że sezon 2 powstanie. A potem pewnie jeszcze kilka.
Bo nawet jeśli będę kręcić nosem, oglądać "Ranczo Duttonów" zamierzam co tydzień, a takich jak ja są miliony. Ten spin-off to od początku bardziej wydarzenie biznesowe niż artystyczne, ale to bez znaczenia. Beth i Rip wrócili i są tak samo romantyczni, charyzmatyczni i na swój sposób czarujący jak zawsze. I już choćby z tego powodu nie oderwiemy się od ekranu i będziemy im kibicować tak, jak kibicowaliśmy ich ojcu.