"Spider-Noir" to wyjątkowy miks gatunków i Nicolas Cage w najlepszym wydaniu – recenzja serialu
Nikodem Pankowiak
27 maja 2026, 09:01
Na początek istotna dla tej recenzji prywata. Nie znoszę Nicolasa Cage'a, żywię wobec niego irracjonalną niechęć i omijam wszystkie produkcje z jego udziałem. Czy zatem w takiej sytuacji "Spider-Noir" mógł mi się spodobać?
Na początek istotna dla tej recenzji prywata. Nie znoszę Nicolasa Cage'a, żywię wobec niego irracjonalną niechęć i omijam wszystkie produkcje z jego udziałem. Czy zatem w takiej sytuacji "Spider-Noir" mógł mi się spodobać?
"Spider-Noir" od Prime Video to produkcja po raz pierwszy zajawiona ponad trzy lata temu. Serial, za który odpowiada Oren Uziel (film "Zaginione miasto"), jest spin-offem szalenie popularnego – zarówno wśród widzów, jak i krytyków – animowanego filmu "Spider-Man Uniwersum", w którym nieczytający komiksów widzowie mogli poznać wariant głównego bohatera znany jego Spider-Man Noir. Ponieważ animacja odniosła ogromny sukces, Sony postanowiło rozwijać własne alternatywne uniwersum Spider-Mana, w żaden sposób niepowiązane z disneyowskim MCU. I tak oto otrzymaliśmy jeden z najciekawszych komiksowych seriali ostatnich lat. Na dodatek taki, w którym główną rolę gra omijający do tej pory telewizję szerokim łukiem Nicolas Cage.
Spider-Noir – o czym jest serial ze Spider-Manem?
Grany przez niego Ben Reilly to zmęczony życiem prywatny detektyw w Nowym Jorku lat 30., ale też przy okazji Pająk – jedyny superbohater w mieście, które desperacko ich potrzebuje. Gdy dotyka go prywatna tragedia, Ben chowa swoją maskę i zapomina, a przynajmniej próbuje zapomnieć, o swojej sekretnej tożsamości. My oczywiście poznamy go w momencie, gdy o swoim alter ego będzie musiał sobie przypomnieć, bo oto nad miastem zawisną czarne chmury, gdy na horyzoncie pojawią się przeciwnicy, z jakimi do tej pory Ben/Pająk nie miał do tej pory do czynienia.

W czasie próby główny bohater oczywiście może liczyć na bliskich sobie ludzi, choć tych nie ma zbyt wielu. Janet (Karen Rodriguez, "Power Book IV") to jego prawa ręka w biurze, która regularnie musi przypominać mu o jego obowiązkach i generalnie trzymać go blisko ziemi. Pomaga jej w tym ambitny dziennikarz Robbie (Lamorne Morris, "New Girl"), ze swoim pozytywnym podejściem do życia będący totalnym przeciwieństwem Bena, od którego oczekuje, by wreszcie ponownie włożył maskę. Obie te postaci, a już zwłaszcza Janet, wywodzą się z tradycji kina noir i są do niego bezpośrednim nawiązaniem, tak samo zresztą jak potężny gangster Silvermane (Brendan Gleeson, "Pan Mercedes"), który odegra kluczową rolę w tym sezonie.
Nawiązań jest tu cała masa – twórcy serialu na każdym kroku puszczają do widza oko. Nie chodzi nawet o fakt, że aluzję do "Spider-Man Uniwersum" otrzymujemy już w pierwszych scenach serialu. Mam tutaj na myśli ich zabawę konwencją – wygląda na to, że stylistyka starego kina noir jest dla nich tym samym, czym dla dziecka byłaby noc w supermarkecie na dziale ze słodyczami. Twórcy biorą z niej, ile tylko mogą, ale na szczęście udaje im się uniknąć niestrawności. Tu wszystko, choć z twistem, pozostaje oldskulowe – główny bohater, jego wrogowie, dialogi. Jeśli ktoś uwielbia takie filmy, jak "Sokół maltański" (uważam, że przywołanie tego klasyka w tekście o "Spider-Noir" jest obowiązkiem każdego recenzenta) czy "Trzeci człowiek", będzie się na serialu Amazona bawił znakomicie.
Spider-Noir – Nicolasa Cage wymiata w roli Pająka
Oczywiście największa w tym zasługa faktu, że serial jest dostępny w dwóch wersjach – standardowej kolorowej i czarno-białej. Widziałem obie i mogę szczerze przyznać, że od tego, którą z nich wybierze, będzie zależał wasz odbiór serialu. Osobiście jestem ogromnym fanem wersji czarno-białej. Wybierzcie ją, a poczujecie, jakbyście oglądali klasyczny amerykański kryminał, przepełniony klimatem Nowego Jorku lat 30. Serialowy świat od razu wyda wam się znacznie mroczniejszy, ale też głębszy. Bo gdy wybierzecie wersję kolorową, wciąż będziecie się dobrze bawić, ale znacznie częściej będziecie mieli wrażenie, jakbyście oglądali jakąś komedyjkę. Zabawną, ale jednak parodię dawnych filmów.

Wersja czarno-biała dodaje całej historii nieco powagi, dzięki niej serialowy świat potrafi widza wciągnąć jeszcze bardziej. Zabawa cieniami i kontrastami czy ustawieniem kamery siłą rzeczy nie będzie robiła takiego wrażenia – a właściwie nie będzie robiła go wcale – w wersji kolorowej. Ale jeśli i finalnie ją wybierzecie, nie musicie się martwić, że klimat noir ulotni się całkowicie, w końcu nie tworzą go wyłącznie zagrywki realizacyjne. Noir to także inne elementy, jak miejsce akcji – Nowy Jork w czasach prohibicji sprawdza się zawsze – obowiązkowa femme fatale (Li Jun Li, "Grzesznicy") i główny bohater z trudną, naznaczoną tragedią przeszłością, który w swoim płaszczu i kapeluszu przypomina bohaterów kina pierwszych lat po wojnie.
Rola Bena zdaje się wręcz idealnie skrojona pod Nicolasa Cage'a, który jako aktor przeszedł sporo i choć w pewnym momencie zdawało się, że już nic dobrego go w kinie nie czeka, odbił się od dna. Widać tu więc pewną paralelę losów jego i jego serialowego bohatera. Przyznaję, że mimo mojej niechęci do samego Cage'a, o której wspomniałem już na początku, ten występ naprawdę robi wrażenie. Aktorowi udaje się bowiem odnaleźć odpowiednie tony, dzięki którym Ben nie przekracza czasem cienkiej granicy między inspiracją filmowymi detektywami z lat 40. a ich parodią. Czujemy w tym wszystkim szacunek i hołd wobec dawnego kina i jego gigantów, a przy tym ani na moment nie tracimy wrażenia, że to wszystko zabawa konwencją. W końcu Bogart czy Cotten nie używali pajęczyny, by skakać między budynkami.
Spider-Noir – czy warto oglądać serial Prime Video?
Mimo moich zachwytów, nie da się ukryć, że "Spider-Noir" (widziałem przedpremierowo cały sezon) nie jest serialem pozbawionym wad, a warstwa fabularna niestety nie nadąża za warstwą realizacyjną. Jeszcze w pierwszych odcinkach trudno na cokolwiek narzekać – ekspozycja bohaterów jest odpowiednia, a historia szybko zaczyna intrygować. "Spider-Noir" jest wtedy jak dobrze naoliwiona maszyna, która do ekranu przykuje zarówno fanów komiksowych produkcji Marvela, jak i osoby poszukujące wrażeń artystycznych. Jednak w drugiej połowie coś w tej maszynie zaczyna szwankować, jakby zaczynało brakować mocy – tempo siada, a my momentami zaczniemy odnosić wrażenie, jakbyśmy kręcili się w kółko.

Najlepszym tego przykładem może być odcinek szósty, gdy główny bohater – bez wdawania się w szczegóły – ląduje w szpitalu. Miałem wrażenie, że cały ten wątek można byłoby z korzyścią dla historii skrócić do kwadransa, tymczasem musimy obejrzeć obowiązkowy "przedostatni" odcinek pełen retrospekcji i wycieczek w podświadomość głównego bohatera. Tyle że w tym przypadku wyjątkowo dostajemy go na dwa odcinki przed końcem. Ale też byłbym nieuczciwy, gdybym stwierdził, że historia w "Spider-Noir" nadaje się do kosza. Tak mogą pomyśleć ci, którzy nastawiają się na superbohaterskie fajerwerki. Widzowie, dla których bardziej liczy się człowiek niż Pająk, będą finalnie zadowoleni.
Bo mimo ciągłego puszczania oka do widza twórcy "Spider-Noir" nie zapomnieli w tej historii o tym, co najważniejsze. Czyli o Benie, który mimo bycia jedną wielką kliszą bohaterów Humpreya Bogarta, ma w sobie zaskakująco dużo krwi i kości. Między innymi dzięki temu "Spider-Noir", choć można wsadzić go do szufladki z napisem "kino superbohaterskie", wyraźnie się temu zaszufladkowaniu wymyka. To prawdziwy gatunkowy koktajl, który – choć jest produkcją z dużym potencjałem komercyjnym – próbuje robić rzeczy po swojemu. I nawet jeśli czasem się trochę potyka, to ostatecznie wypada naprawdę dobrze i gwarantuje nam kilka godzin rozrywki na wysokim poziomie, którą docenicie tym bardziej, jeśli mieliście w przeszłości choć w małym stopniu do czynienia z kinem noir.