"Morfeusz" wraca do polskiego kina gangsterskiego lat 90. – recenzja premiery serialu SkyShowtime
Karol Urbański
2 czerwca 2026, 08:01
Od dziś w ofercie platformy streamingowej SkyShowtime znajdziecie kolejny oryginalny polski serial pt. "Morfeusz". Jak wypada gangsterska propozycja? Czy warto oglądać?
Od dziś w ofercie platformy streamingowej SkyShowtime znajdziecie kolejny oryginalny polski serial pt. "Morfeusz". Jak wypada gangsterska propozycja? Czy warto oglądać?
Seriali takich jak "Morfeusz" kręci się nad Wisłą niewiele – a może raczej "kręci się już niewiele". Filmowo-telewizyjny (nie)porządek gangsterski w polskiej popkulturze przetarto wraz z kurzem po ostatnich doniesieniach wokół rzeczywistych zbirów z lat 90. i 00. I choć zdarzają się wyjątki pokroju "Furiozy", twórczości Macieja Kawulskiego czy mniej lub bardziej udanych seriali – od "Prostej sprawy" po "Ślepnąc od świateł" – zespołowy bandytyzm znany z "Odwróconych", "Ekstradycji" czy wreszcie kultowego "Pitbulla" na dobre ustąpił temu indywidualnemu.
Morfeusz – o czym jest polski serial SkyShowtime?
Polski streaming coraz wyraźniej otwiera się na nowe pomysły, ale niekwestionowanym królem pozostaje u nas kryminał – dlatego zatem każdy przejaw odchylenia gatunku w tę czy inną stronę przyjmujemy na Serialowej z (co najmniej) ekscytacją. Takim sposobem docieramy do "Morfeusza", nowej propozycji od SkyShowtime, która zamienia portowy Szczecin w pole bitwy między dwoma wrogimi gangami. Zanim konflikt w serialu eskaluje, spędzimy w nim trochę czasu po cywilnemu.

Dwa pierwsze – dostępne od dziś – odcinki "Morfeusza", które obejrzała Serialowa (łącznie będzie ich siedem), służą za coś w rodzaju rozgrzewki. Naszym przewodnikiem po brutalnym świecie bezprawia będzie… prawnik – młody, ambitny i bezinteresowny Piotr Leyer (Kamil Szeptycki, "Kiedy ślub?"). Gdy go poznajemy, właśnie wygrywa głośną sprawę o odszkodowanie dla kobiety, której mąż nie doczekał się godnego traktowania przez służbę zdrowia. Mniej więcej w tym samym czasie gdzieś indziej zamordowany zostaje brat Piotra.
Fakt, że gra go Jan Błachowicz – wielokrotny triumfator UFC – daje duże prawdopodobieństwo, że "Król" był za życia oprychem (hej, to nie moje uprzedzenia, tylko stereotyp obsadzania fighterów w rolach gangsterów, okej?). Bo widzicie, tak jak niegdyś Michael Corleone, Młody Leyer postanowił oddzielić swe życie grubą krechą od tego prowadzonego przez Starego (Andrzej Grabowski, "Pitbull", "Świat według Kiepskich") i jego pobratymców. Tak jak w "Ojcu Chrzestnym" zmienia się to w obliczu tragedii.
Morfeusz to powrót do polskiego kina gangsterskiego
Piotr zaczyna tkwić w rozkroku – z jednej strony usiłuje chronić rodzinę i karierę przed wpływem ojca, a z drugiej sam wyciąga do niego rękę. Kiedy gangus wychodzi na przepustkę, by pochować starszego syna, młodszy zaprasza go do swego życia. Jedna noga tkwi w świecie rządzonym prawem, druga grzęźnie w tym spod znaku pięści. Zgodnie z tym, o czym informują nas medialne opisy "Morfeusza", im dalej w las, tym mroczniej zrobi się w życiu protagonisty.

Tym bardziej że śmierć Króla zdecydowanie komplikuje możliwość spokoju w Szczecinie. Chrapkę na pojedyncze władanie miastem ma Roman (Andrzej Konopka z "Heweliusza", któremu bardzo dobrze leżą okulary à la Pershing), co znajduje odbicie w klasycznym szybkim montażu przejmowania interesów – wiecie, to ta sekwencja, w której w rytm muzyki jedne bandziory spuszczają manto drugim, po czym na koniec mówią barmanowi, że od teraz rachunek wystawiany będzie nie na Pana X tylko na Pana Y.
Chaos i agresja w mieście postępują niemal tak prędko, jak wewnętrzna przemiana Piotra, który – kilka chwil od momentu wygranej wspomnianej sprawy – postanawia, że milionowe odszkodowanie bardziej przyda się kryminalistom. "Chciałem, żeby skończyło się na jednym pogrzebie" – mówi bohater w obawie przed utratą bliskich i rozlewem krwi, podczas gdy widz dochodzi do wniosku, że fabule przydałby się mniej powierzchowny scenariusz.
W "Morfeuszu" dzieje się dużo i dzieje się szybko, ale Michał Wawrzecki (autor scenariusza znany m.in. z "Chyłki" czy "Sortowni") zbyt często chce, byśmy dali wiarę czemuś, co wcześniej zostało ledwie zarysowane. Z kłopotliwej relacji Leyerów na pierwszym planie przenosi się to na plan drugi, gdzie mamy m.in. motyw handlu ludźmi, majaczący gdzieś w tle wątek policjantki Ewy ( Sylwia Gola, "Heweliusz") czy wreszcie niejakiego Moro (Mateusz Kmiecik, "Prosta sprawa"), który wyrasta na być może najbardziej niejednoznaczną postać w całej tej układance.
Morfeusz – czy warto oglądać polski serial SkyShowtime?
Pozbawiony głębi tekst idzie w parze z dość toporną reżyserią Macieja Migasa ("Bracia", "Leśniczówka") i adekwatnie ponurym obrazem świata uchwyconego w kadrach Bartka Cierlicy ("Scheda", "Skazana"). Tymczasem ta typowo gangsterska opowieść o sąsiednich gangach nosi gdzieniegdzie znamiona thrillera (tu i tam uwypuklone zostały punkty, które mogą odegrać istotną rolę w kolejnych odcinkach) czy humoru – właśnie tego charakterystycznego dla wymarłego polskiego kina gangsterskiego lat 90. i 00.

To, czy chwilowe wskrzeszenie gatunku za sprawą "Morfeusza" będzie słuszne, okaże się dopiero z czasem. Niemniej bez wątpienia skorzystano tutaj z podobnych wzorów rozrywki, co w filmach Pasikowskiego, Kawulskiego czy nawet Żamojdy (wbrew pozorom Szczecin nie jest jedynym punktem wspólnym z nieodżałowanymi "Młodymi Wilkami"). To w końcu taki serial, w którym okładający się po gębach twardziele odpowiednio obniżają głos i wypowiadają bon moty, od których po plecach na przemian przechodzą ciarki strachu i żenady.
Jest to też chyba jedyny serial w historii świata, który otwiera się coverem pamiętnego "Ev'ry Night" Mandaryny. Dance-popowy przebój – z czasów, gdy gangsterów w polskim kinie było więcej niż współcześnie – wybrzmiewa w akompaniamencie nagich kobiecych piersi prezentowanych na ekranie równie ochoczo, co męskie szarpaniny. Wspominałem o kinie lat 90.? Kilka pierwszych scen to jego kwintesencja.
Na pierwszy rzut oka "Morfeusz" stanowi krok w tył względem miejsc, w które zabrano gatunek na przestrzeni ostatnich dekad. Przed nami pozostaje jednak pięć odcinków, a początek, mimo wszystko, zostawił po sobie obietnicę dobrej zabawy. Kiedy pierwsze gęby zostają obite na mieście, fabuła wkracza na odpowiednie tory. Gdy Roman grany przez Konopkę soczyście spluwa do kawy głównego bohatera, ręce same składają się do oklasków. Co jeśli skończy się na guity pleasure? Odpalcie "Ev'ry Night" i wszystko będzie tak jak trzeba.