"Alice i Steve" to serial o związkach, który zaskakuje widza raz za razem – recenzja komedii Disney+
Marta Wawrzyn
8 czerwca 2026, 17:01
Jeśli myślicie, że w gatunku komediodramatów o związkach było już wszystko, "Alice i Steve" udowodnią wam, że nie. Oto dlaczego warto oglądać serial Disney+.
Jeśli myślicie, że w gatunku komediodramatów o związkach było już wszystko, "Alice i Steve" udowodnią wam, że nie. Oto dlaczego warto oglądać serial Disney+.
Na Disney+ debiutuje dziś brytyjska komedia "Alice i Steve", która w zaledwie sześciu półgodzinnych odcinkach (widzieliśmy do recenzji wszystkie, całość już dostępna) pokazuje, że wciąż jeszcze da się powiedzieć nowego, świeżego i niekonwencjonalnego zarówno o związkach romantycznych, jak i relacjach międzyludzkich oraz różnicach międzypokoleniowych. I że nikt tego nie robi tak dobrze jak twórcy z Wysp.
Alice i Steve – o czym jest serial komediowy Disney+?
Tym razem na ekranie oglądamy romans faceta po pięćdziesiątce, Steve'a (Jemaine Clement, "The Flight of the Conchords"), z 26-letnią dziewczyną, Izzy (Yali Topol Margalith, "Dom Dawida"), a główną osią fabuły się nie tyle ich związek, co reakcja otoczenia na niego. A zwłaszcza reakcja jednej osoby, Alice (Nicola Walker, "The Split"), najlepszej przyjaciółki Steve'a i zarazem… matki Izzy. To, co będzie wyprawiać ta kobieta – zszokowana, zdradzona i przerażona, że straci za jednym zamachem dwie osoby – stanie się punktem zapalnym i spowoduje nakręcanie się kolejnych szalonych zdarzeń.

Jednocześnie szybko stanie się jasne, o kim tak naprawdę jest ten serial – zgodnie z tytułem, główni bohaterowie to Alice i Steve, a wszyscy inni, w tym dziewczyna, w której Steve miał się zakochać tyleż nieprzytomnie, co błyskawicznie, a także Daniel (Joel Fry, "Nasza bandera znaczy śmierć), mąż Alice, stanowią drugi plan. Takie postawienie sprawy ma pewne reperkusje, czyniąc część serialowych relacji i mniej wiarygodnymi emocjonalnie, i zwyczajnie mniej interesującymi. Ale trzeba przyznać, że to, co najważniejsze – czyli tysiąc barw przyjaźni (?) Alice i Steve'a – działa bez zarzutu i trzyma przy ekranie od dzikich pierwszych minut aż do jeszcze bardziej obłędnego finału.
Jednocześnie fajnie się obserwuje, jak serial autorstwa Sophie Goodhart ("Sex Education", "My Blind Brother") bawi się motywami z komedii romantycznych, zmieniając je w coś innego, świeżego i nietypowego, a przy tym bardzo mocno osadzonego w dzisiejszej rzeczywistości, którą boomerzy, millenialsi i przedstawiciele pokolenia Z próbują ogarniać na zupełnie inne sposoby. "Alice i Steve" inteligentnie i często przewrotnie te próby komentuje, wprowadzając dodatkową warstwę do fabuły.
Alice i Steve – Nicola Walker w obłędnie świetnej roli
I to właśnie wydaje się w serialu Disney+ najciekawsze – że można w nim zobaczyć współczesny świat jak w soczewce. Na poziomie emocjonalnym niestety bywa z "Alice i Steve'em" różnie, a powodów można znaleźć kilka. Romans Steve'a i Izzy, który wybucha nagle i mamy uwierzyć, że w ciągu kilku tygodni przeradza się w wielką miłość, wypada na ekranie blado, jak pretekst do namieszania w relacji tytułowego duetu (bo nim jest). Jeśli między Margalith a Clementem miała być jakaś chemia, to coś poszło mocno nie tak. Ich związek ogólnie budzi mieszane uczucia, ale do tego jest zwyczajnie niewiarygodny. To samo można powiedzieć o małżeństwie Alice i Daniela.
Z kolei inne postacie, jak znajomi Izzy, jej były chłopak czy też jej brat Dom (Tyrese Eaton-Dyce) wydają się istnieć wyłącznie po to, abyśmy mogli zobaczyć różnice pokoleniowe. Sami w sobie nie wydają się ani trochę ciekawi. Ba, szczególnie ciekawa nie jest też Izzy, którą obdarzono dwiema cechami na krzyż. To wszystko tylko fabularne narzędzia służące dwóm rzeczom: rozwojowi relacji Steve'a i Alice oraz komentarzowi społecznemu, który jest ważną częścią serialu – bo to i opowieść o konflikcie pokoleń, i różnych spojrzeniach na świat, i o związkach, w których jedna osoba jest wyraźnie starsza od drugiej, i o społecznej akceptacji pewnych kwestii i zmian obyczajowych.

To też bardzo przyjemny do oglądania bałagan, jaki tylko Brytyjczycy mogą wymyślić. Nawet jeśli 1. sezon to za mało czasu, aby pewne postacie zdążyły stanąć na własnych nogach, a relacje między nimi stały się wiarygodne, "Alice i Steve'a" ogląda się w gruncie rzeczy dobrze, bez poczucia tracenia czasu. Serial, oficjalnie określany przez Disney+ mianem komedii antyromantycznej, zaskakuje kolejnymi twistami rodem z telenoweli i trudno tak naprawdę powiedzieć, w jak dziwne rejony nas zaprowadzi.
Nie zawodzą też tytułowi bohaterowie, zwłaszcza Walker w wersji atomowej, jako kobieta przerażona, że za chwilę zostanie sama i gotowa na wszystko, aby rozdzielić swoją córkę i najlepszego kumpla. To, co wyprawia Alice, to istna tragikomedia, zwłaszcza że w pewnym momencie mamy prawo zacząć zadawać sobie pytanie, co tak właściwie za tym stoi i czy aby na pewno tylko bliska przyjaźń ze Steve'em i jednocześnie chęć chronienia córki. Być może w tym galimatiasie uczuć jest coś jeszcze, coś, czego Alice i Steve zdawali się nie brać pod uwagę? Sami zobaczycie.
Alice i Steve – czy warto oglądać serial Disney+?
A zobaczyć to koniec końców warto, bo to serial zaskakujący, niekonwencjonalny i zadziwiający tytułową relacją. Aktorsko 1. sezon to przede wszystkim fenomenalny popis Walker, która zapewni wam istny rollercoaster emocji – jest szansa, że Alice jednocześnie pokochacie, będziecie mieli dosyć i będzie wam jej tak po ludzku szkoda. Równie skomplikowanymi uczuciami obdarzycie Steve'a, choć z innych powodów. Z tych samych powodów zapytacie, czy aby na pewno jest on dobrym materiałem na partnera nie tylko Izzy, która zupełnie do niego nie pasuje, ale też – potencjalnie – jej matki. Krótko mówiąc, ten facet na tym etapie ma przed sobą wiele pracy "u podstaw".

Po obejrzeniu całości – z ognistą ostatnią sceną, którą równie dobrze można interpretować jako trafne zakończenie, jak i cliffhanger – mam poczucie, że zobaczyłam zaledwie wstęp. Nie jestem tylko pewna, do czego – do "właściwego" romansu? Do opowieści o patchworkowej rodzinie, jakiej jeszcze nie było? Nie wiem. Ale wiem, że chcę więcej Alice i Steve'a, przy wszystkich wadach i ich samych, i serialu.
Nie miałabym też nic przeciwko oglądaniu w nieskończoność Marcii Warren ("The Crown") w roli twardo stąpającej po ziemi i zawsze zapewniającej salwy śmiechu matki Alice. Czy to wszystko wystarczy, aby nierówny, choć niewątpliwie mający ogromny potencjał brytyjski komediodramat Disney+ dostał kontynuację? Zobaczymy.