"Elle" z wdziękiem budzi tęsknotę za latami 90. – recenzja serialowego prequela "Legalnej blondynki"
Kamila Czaja
1 lipca 2026, 11:04
W zmęczeniu prequelami, sequelami, rebootami łatwo przeoczyć produkcje, których powstanie jednak przynosi coś dobrego. Czy "Elle", czyli wcześniejsze losy bohaterki filmu "Legalna blondynka", to właśnie taki wart uwagi serial?
W zmęczeniu prequelami, sequelami, rebootami łatwo przeoczyć produkcje, których powstanie jednak przynosi coś dobrego. Czy "Elle", czyli wcześniejsze losy bohaterki filmu "Legalna blondynka", to właśnie taki wart uwagi serial?
Gdyby ktoś mnie zapytał wcześniej, czy świat potrzebuje prequela "Legalnej blondynki", zapewne bym zaprzeczyła. Film z 2001 roku i, w mniejszym stopniu, jego druga część z roku 2003 mają wiernych fanów i wykreowały nieco inną wersję silnej bohaterki, niż byliśmy przyzwyczajeni na początku lat zerowych. Sporo rozrywki można mieć z nich i dziś (sprawdziłam, przygotowując się do oglądania serialu), ale jednak wydają się (różowiutkimi) dziećmi swojego czasu. Już "Legalne blondynki" (2009), film o kuzynkach Elle, okazał się niebudzącym szczególnego zainteresowania niewypałem, wypuszczonym od razu na DVD, a "Legalna blondynka 3" powstaje od tylu lat, że coraz trudniej wierzyć, że faktycznie postanie (i czy ktoś jakoś bardzo czeka?).
Elle – o czym jest prequel filmu Legalna blondynka
Na wieść o "Elle" nie byłam więc szczególnie podekscytowana mimo pewnego sentymentu do oryginału, na którym wielu z nas się wychowało. Serial wpisujący się w 25. rocznicę "Legalnej blondynki" jawił mi się jako odcinanie kuponów, na dodatek nie wiadomo do kogo skierowane. Do sentymentalnych czterdziestolatków? Do nowej widowni, zafascynowanej z jakichś niejasnych dla mnie powodów najntisami?
Wyjaśnienia pełniącej rolę producentki Reese Witherspoon, że zachwyciła się "Wednesday" i za świetny pomysł uznała wersją z licealną Elle, to trochę mało. Zwłaszcza że serwowanie widzom wcześniejszych losów bohaterki popkultury nie jest aż tak oryginalny – ponad dekadę wcześniej mieliśmy przecież "Pamiętniki Carrie" o nastoletniej Carrie Bradshaw (w męskiej wersji nasuwa się oczywiście uniwersum Sheldona Coppera).

Do dostępnej na Prime Video produkcji stworzonej przez Laurą Kittrell ("Niepewne"), a prowadzonej przez nią i Caroline Dries ("Pamiętniki wampirów"), zasiadałam więc sceptyczna – tym bardziej, że moje ostatnie doświadczenia z młodzieżowymi serialami nie napawały optymizmem. Po ośmioodcinkowym 1. sezonie (już zamówiono kolejny) muszę jednak zwrócić honor odpowiedzialnej za "Elle" ekipie. Jasne, ileś zarzutów, które można było z góry przewidzieć, pozostaje w mocy. Czego jednak nie przewidziałam, to tego, jak dobrze będę się przy tej opowieści bawić.
Okazuje się bowiem, że osadzona w 1995 roku historia Elle Woods (fenomenalna Lexi Minetree, dotąd bez wielkiego dorobku) faktycznie ma potencjał – pod warunkiem, że wykorzystując znaną z filmu postać oraz pewne gatunkowe schematy, zaproponuje się przekonujące dylematy i niełatwą dla bohaterki nową sytuację. Otóż Elle, mająca dotąd życie jak z bajki, zamiast wrócić po wakacjach do swojej kalifornijskiej szkoły, musi z rodzicami wyjechać do Seattle – skontrastowanego tu estetycznie z Los Angeles jak tylko da się da. Zawodowa wpadka ojca, Wyatta (Tom Everett Scott, "Gliniarze z Southland"), sprawia, że Woodsowie muszą się na jakiś czas przyczaić gdzieś, gdzie ktoś da skompromitowanemu chirurgowi plastycznemu jakąkolwiek pracę. Dla Elle i jej brylującej w towarzystwie matki, Evy (June Diane Raphael, "Grace i Frankie"), to niczym koniec świata.
Elle – młodzieżowe miłości i przyjaźni w rytmie grunge'u
Oczywiście, że w efekcie dostajemy ileś mniej lub bardziej subtelnej komedii o zderzeniu Elle, która cała na różowo wkracza w nowe otoczenie, z grunge'em, nastoletnim aktywizmem i ciągłym deszczem. Jej spisany jeszcze w Kalifornii plan na nowy rok – poznać najstarsze i najpopularniejsze dziewczyny w szkole, by potem płynnie przejąć ich rolę, przeżyć idealny pierwszy pocałunek i kierować składem cheerleaderskim – legnie w gruzach, bo dziewczyna zrazi do siebie najbardziej wpływową uczennicę ostatniej klasy, Kimberly (Chandler Kinney, "Słodkie kłamstewka: Grzech pierworodny"), zauroczenie uczynnym Milesem (Jacob Moskovitz, "Sprawa idealna") napotka nieoczekiwane przeszkody, a niemrawe cheerleaderki w nowej szkole nie uważają za właściwie kibicowania chłopcom.

Elle szybko zatęskni za dawnym życiem rodem z czytanego namiętnie "Cosmopolitan" i za odwieczną przyjaciółką, Madison (Jessica Belkin, "Klub polujących żon"). A jednak krok po kroku nieustępliwa Woodsówna, pokazując charakter, jaki znamy z filmów, stanie się ważna dla ludzi, którzy z góry spisali ją na starty – choćby dla zbuntowanego Dustina (Zac Looker, "Inwazja"), wycofanej Liz (Gabrielle Policano, "Babygirl") i życzliwej Shannon (Danielle Chand). Nie obędzie się bez błędnych decyzji, ale kolejne odcinki zaczną przynosić małe sukcesy, stopniowo składając się na zmianę stosunku Elle do Seattle – i Seattle do Elle.
I chociaż na początku myślałam, że rozciągnięcie filmowego schematu – czyli Elle Woods wkracza w sztywne lub po prostu całkiem inne niż dotąd otoczenie i uśmiechem, wytrwałością, lojalnością podbija ten kawałek świata – na osiem odcinków się nie uda, tak teraz jestem bardzo pozytywnie nastawiona do wybranego przez twórczynie formatu. Relacje między ludźmi, inaczej niż w filmach, mogą się naturalnie, powoli rozwijać. A skoro już mam swój typ, to znaczy, że pewien trójkąt miłosny działa równie skutecznie jak w dawnych młodzieżówkach (najbliżej mu chyba do tego z pierwszych sezonów "Gilmore Girls" – co pewnie z koszmarnego Warnera Huntingtona III z pierwszego filmu czyniłoby Logana), drugi plan dostaje osobowość, a jeśli jakaś postać mogłaby ugrzęznąć w schematach, to świetna obsada na to nie pozwala.
Elle – stare schematy gatunkowe w serialu Prime Video
Kiedy "Elle" już całkiem łapie rytm – moim zdaniem od 3. odcinka, bo wcześniej jednak sporo czasu schodzi na przedstawienie wszystkich i czystą zabawę zderzeniem światów – można się naprawdę wciągnąć w te licealne perypetie. W tle leci grunge, nikt nie zna jeszcze mediów społecznościowych, a fabuły odcinków mogą dotyczyć szalonego koncertu, organizacji różnych szkolnych wydarzeń czy celowego wylądowania w kozie – tu cały odcinek oddający hołd "Klubowi winowajców". Ma zresztą "Elle" sporo z ducha nie tylko seriali epoki, do których się wprost odwołuje, jak między innymi "Ich pięcioro" czy "Byle do dzwonka", ale też właśnie z filmów Johna Hughesa. Oraz, rzecz jasna, "Clueless", które trafiło do kin właśnie w 1995.

Nawiązań jest zresztą mnóstwo, a że pamiętam lata 90., to świetnie się bawiłam przy wyłapywaniu wielu z nich. Madison, która obejrzała "Siedem" i boj się jechać do domu. Brad i Gwyneth jako celebrycka para idealna. "Cujo" jako książka zakazana. R.L. Stein na bibliotecznej półce – i dużo, dużo więcej. Plus wspomniany grunge, którego aż miło posłuchać, nawet jeśli zaskakuje w serialu tak w zamierzeniu cukierkowym (czego zresztą nie można "Elle" zarzucać, słodycz to nieodłączny element tej różowej franczyzy).
Młodzi bohaterowie przeżywają swoje zauroczenia, wikłają się w moralne dylematy, uczą się nie polegać tylko na pierwszym wrażeniu – i to się świetnie w "Elle" sprawdza (o ile oczywiście, też trochę na wzór ówczesnych młodzieżówek, zobaczy się w dwudziestoparolatkach licealistów, bo np. Minetree ma tu mniej więcej tyle lat, ile Whiterspoon miała, grając starszą wersję tej bohaterki). Nic rewolucyjnego, nie bez wad – a jednak to miły seans dla szukających uczuć towarzyszących oglądaniu dawniejszej młodzieżowej telewizji.
Elle – serial to współczesna młodzieżówka o latach 90.
Mniej sprecyzowaną ocenę mam wobec wątków dorosłych. Jako wsparcie dla młodych są świetni, a z łatwej do stania się karykaturą postaci Evy Raphael po swojemu wyciąga wiele wymiarów. Ale już istotny dla serialu wątek z Deanem (ostatnia rola Jamesa Van Der Beeka) wydał mi się zbyt przewidywalny nawet jak na konwencje znane z "Legalnej blondynki". Podobnie wygląda to w kwestii walki z dyrektorem szkoły (Matt Oberg, "Veep"). W "Elle" lepiej udaje się codzienność, w tym spojrzenie na relacje, przetykana dobrymi i często naprawdę zabawnymi sytuacjami i dialogami, niż spajające sezon dłuższe akcje.

Inna braki? Tu mam właściwie mieszane uczucia: mimo że bawiłam się świetnie, to dostrzegam nieco zdradliwą wersję retromanii. W tym wydaniu rok 1995 nie tylko ma te wszystkie cudowne sklepy muzyczne i wypożyczalnie kaset, głębokie relacje międzyludzkie i klimat czasów, kiedy wszystko wydawało się prostsze (jasne, kolejne złudzenie), ale też jest wygodnie dopasowany do wrażliwości dzisiejszej, choćby w kwestii traktowania mniejszości.
Jeśli przyjrzymy się niektórym wątkom, to "Elle" mimo osadzenia w latach 90. sprawia nieraz wrażenie "dziś, tyle że dawniej". Urocze, ale – nawet jak na postępowe Seattle – chyba za piękne, by być prawdą. Może jednak to właśnie klucz do sukcesu: moje pokolenie zwabić nostalgią, młodszych i co bardziej postępowych starszych – nie raniąc nadmiernie ich wrażliwości? No i mimo cofnięcia się jeszcze o parę lat wybrzmiewa tu parę postulatów "Legalnej blondynki", ważnych, ale nieoczywistych wcale w momencie premiery filmu, a co dopiero akcji serialu: choćby kwestia siostrzeństwa i walki ze slut-shamingiem (ech, ta wiara, że "słowo SLUT za dwadzieścia lat na pewno wyjdzie z użycia jak ta księgarnia online, o której ględził gość na przyjęciu").
Elle – czy warto oglądać licealną Legalną blondynkę
Nie jest też "Elle" idealnym prequelem "Legalnej blondynki", jeśli za kryterium uznać zgodność. Trudno bowiem nie zauważyć nawet po jednym sezonie, że skoro Elle już przeszła taką ciekawą drogę do poznania siebie, to nie musiałaby przechodzić dość podobnej w filmie. Nastoletnia Elle jest też mniej komediowa, bardziej refleksyjna. Postaci rodziców, również mądrze rozbudowane i pogłębione w serialu, nieco się gryzą ze stereotypowymi odpowiednikami z filmów.

Słowem, serial aż za dobrze pokazuje uzasadnione przemiany zachodzące w Woodsach, przez co dziwić może, z jakiego punktu wystartują oni parę lat później. Ale to pewnie ryzyko wpisane w każdy taki prequel, zwłaszcza że serial ma szansę opowiadać historię dłużej, spokojniej niż film. Gorzej, że nawet szczegóły potrafią się nie zgadzać – z drugiego filmu wynikało, że Elle znalazła Bruisera opuszczonego lata wcześniej (to ważne w kontekście poszukiwań jego matki), tymczasem w 1995 dostaje psa od matki, która przejęła go od sąsiadów chcących się pozbyć zwierzaka.
W efekcie serial może podobać się bardziej tym osobom, które nie są bardzo zaangażowane emocjonalnie w pielęgnowanie pamięci o oryginale. Jednak nawet jeśli nie mamy do czynienia ze wiarygodnym w stu procentach prequelem, to dostajemy zaskakująco przekonujący i uroczy serial młodzieżowy. Angażujące wątki, ciepły i błyskotliwy humor bez unikania trudniejszych tematów, dobrze zagrane postaci, przemyślany świat, nawet jeśli nieco idealistyczny – myślę, że wiele osób wychowanych na serialach Warner Bros. to kupi, jako i ja kupuję. A i młodzi mogą zechcieć się zanurzyć w takim ładnym analogowym obrazku, by potem czekać na 2. sezon, bo sezon 1. zamyka cliffhanger domagający się jak najszybszych rozstrzygnięć.