"X-Men '97" w 2. sezonie potwierdza, że jest najlepszą produkcją Marvela – recenzja pierwszych odcinków
Mateusz Piesowicz
1 lipca 2026, 16:16
Podczas gdy MCU z trudem próbuje wrócić do wysokiej formy, 2. sezon "X-Men '97" pokazuje innym marvelowskim produkcjom, jak się to robi. Oceniamy bezspoilerowo pierwsze odcinki.
Podczas gdy MCU z trudem próbuje wrócić do wysokiej formy, 2. sezon "X-Men '97" pokazuje innym marvelowskim produkcjom, jak się to robi. Oceniamy bezspoilerowo pierwsze odcinki.
Gdy przed dwoma laty na ekranach pojawił się 1. sezon "X-Men '97", czyli kontynuacji klasycznej animacji o X-Menach z lat 90., pierwszym odczuciem był zrozumiały powiew nostalgii. Na nim się jednak nie skończyło, bo szybko okazało się, że wskrzeszony po latach serial ma do zaoferowania znacznie więcej niż tanie sentymenty dla milenialsów, fundując widzom świeżą, pełną akcji i kipiącą od emocji opowieść. Czy 2. sezon zdoła podtrzymać ten trend?
X-Men '97 sezon 2 to kilka historii w ramach jednej
Pierwsze trzy odcinki 2. sezonu, które są już dostępne na platformie Disney+ (kolejne będą się pojawiać co tydzień, cały sezon ma liczyć dziewięć), kontynuują opowieść niedługo po dramatycznych wydarzeniach poprzedniej serii, w wyniku których X-Meni zostali rozsiani po różnych epokach. Od starożytnego Egiptu, aż po odległą przyszłość, towarzyszymy bohaterom w próbach powrotu do domu i powstrzymania zagrożenia, które we wszystkich czasach łączy jedna postać – potężny mutant Apocalypse (Ross Marquand), znany również jako En Sabah Nur (Adetokumboh M'Cormack).

Na pierwszy rzut oka historia rozdzielona na trzy płaszczyzny czasowe wygląda na przesadnie rozbudowaną. W rzeczywistości twórcy radzą sobie jednak z fabularnym chaosem nawet lepiej niż poprzednio. To istotne również ze względu na zakulisowe zamieszanie, bo przypominam, że Marvel najpierw zwolnił shworunnera Beau DeMayo jeszcze przed premierą 1. sezonu, a w kontynuacji nawet nie wymienia jego nazwiska wśród twórców. Sprawa jest złożona i nie będę tu wchodził w jej szczegóły – dla widzów najważniejsze jest to, że nijak nie wpłynęła ona na jakość produkcji.
Ta jest bowiem wysoka od samego początku i to bez względu na epokę, w której się akurat znajdujemy. Czas spędzony w każdej w nich został w premierowych odcinkach sprawiedliwie rozdzielony, więc jeśli czekacie szczególnie mocno na powrót którejś z postaci, to uspokajam, że już w pierwszym tygodniu emisji pojawiają się wszyscy nasi ulubieńcy. A co jeszcze istotniejsze, każdy z wątków został dobrze osadzony w większej całości, składając się na tyleż barwny i ekscytujący, co czytelny dla oglądającego pejzaż.
X-Men '97 mocno urozmaica zabawę w 2. sezonie
Nie ma przy tym najmniejszego znaczenia, czy siedzicie głęboko w X-Menowym lore i bez problemu rozpoznacie zmiksowane przez twórców komiksowe motywy, czy po prostu będziecie śledzić akcję z pozycji postronnego widza. Zabawa jest w każdym przypadku przednia, zwłaszcza że w 2. sezonie mocno ją urozmaicono, zachowując przy tym płynność opowieści.

W praktyce sprowadza się to wszystko do tego, że choć historia zmierza do określonego punktu, wcale niespieszny jej powrót do dobrze znanego status quo. Wręcz przeciwnie, rozdzielenie bohaterów na mniejsze grupki i obdarzenie każdej własnym wątkiem jest dużym atutem początku tego sezonu, bo pozwala uwolnić twórczą kreatywność bez logicznych fikołków, które nieco psuły mi przyjemność w poprzedniej serii.
Tym razem nie tylko wszystko spina się w sensowną całość, ale też osadzenie X-Menów w innych realiach pozwala wydobyć więcej z dobrze znanych motywów. Kto by przypuszczał, że wątek rodzicielstwa Cyklopa (Ray Chase) i Jean Grey (Jennifer Hale) wybrzmi z pełną mocą po przeniesieniu o dwa milenia w przód, a odwieczny konflikt Profesora Xaviera (Ross Marquand) z Magneto (Matthew Waterson) nabierze nowych odcieni w antycznym wydaniu?
X-Men '97 sezon 2 to nowe wątki i ewolucja postaci
Ogromną zaletą całego serialu, ale w szczególności nowych odcinków jest to, że choć opierają się na przetworzonych wspomnieniach, twórcy bynajmniej nie uciekają w proste odtwórstwo. Znajdując ciągle nowe punkty odniesienia dla swoich bohaterów, czynią z nich żywe i ewoluujące postaci, które niosą ze sobą konsekwencje przeszłych decyzji i zmieniają się na naszych oczach. A nie jest to wcale takie oczywiste, zwłaszcza przy krótkich odcinkach, rozbudowanej obsadzie i nawale akcji.

"X-Men '97" udaje się połączyć te elementy w spójną całość, jednocześnie sprawiając, że każdy z pierwszych odcinków to osobna historia z własnymi emocjonalnym centrum i solidnymi fabularnymi fundamentami. O ile jednak nie zaskoczyło mnie, że udało się w przypadku grup uwięzionych w przyszłości i starożytności, o tyle niespodzianką okazał się przedzielający ich losy odcinek skupiający się na bohaterach pozostałych w latach 90. A raczej na trójce z nich, bo oprócz Jubilee (Holly Chou), Sunspota (Gui Agustini) i Cable'a (Chris Potter), mamy tam do czynienia z zestawem całkiem nowych postaci.
I znów, tam gdzie wydaje się, że liczba wątków, bohaterów i spływających na nas informacji może być przytłaczająca, twórcy znajdują sposób, żeby wszystko uprościć. Ba, pozwalają sobie nawet na efektowne zabawy stałymi punktami programu, na czele z legendarną czołówką w zupełnie nowej wersji. Rewolucja? Nie, raczej pomysłowe rozwijanie historii, która w mniej sprawnych rękach szybko zabrnęłaby w ślepy zaułek. Tu póki co szybkie jest tylko tempo, choć są też momenty na chwilę oddechu, który można poświęcić na obowiązkowe dylematy moralne, dyskusje o skrajnie różnych postawach etycznych czy wątki osobiste.
X-Men '97 to Marvel, którego chcemy oglądać częściej
Ani one, ani rozbudowane sekwencje akcji, ani dziesiątki przewijających się przez ekran mutantów nie rzutują jednak na całości na tyle mocno, żeby móc stwierdzić, że któryś z elementów w tym sezonie dominuje. Przeciwnie, nowa odsłona "X-Men '97" wydaje się perfekcyjnie zbalansowana, najczęściej bardzo rozsądnie wykorzystując każdy ze swoich licznych atutów.

Najczęściej, ponieważ w jednym aspekcie twórcy ewidentnie się nie ograniczali, bo mijałoby się to z celem. Mowa rzecz jasna o retro animacji, która jak w poprzednim sezonie stanowiła mocny punkt serialu, tak teraz wybija się do roli jednej z głównych atrakcji dzięki artystycznym możliwościom rozwiniętym przez zmianę scenerii. Nie tylko egipskie czy futurystyczne sceny robią jednak wrażenie, bo choćby sekwencje akcji z Jubilee to prawdziwa uczta dla oczu i to raczej z takich mniej spodziewanych.
W tym też jednak tkwi siła 2. sezonu "X-Men '97", że spełniając oczekiwania fanów, jest zarazem najlepszym dowodem na to, że nawet z wyeksploatowanego superbohaterskiego gatunku można wciąż sporo wycisnąć bez przymusowego stawiania go na głowie. Poboczna animacja nie odmieni oczywiście wielkiego świata Marvela, ale daje nadzieję na to, że kreatywność wciąż w nim żyje i nawet da się pogodzić z fanserwisem. A kto wie, może to dopiero początek i twórcy dopiero szykują w tym sezonie coś, co naprawdę zwali nas z nóg?