"Reacher" w 4. sezonie jest jak hollywoodzki hicior. Oto dlaczego znów was wciągnie – recenzja serialu
Karol Urbański
11 sierpnia 2026, 15:00
W środę, 12 sierpnia na Prime Video zadebiutuje 4. sezon "Reachera". Widzieliśmy już całą serię i argumentujemy, dlaczego raz jeszcze warto dać się porwać temu kultowemu bohaterowi.
W środę, 12 sierpnia na Prime Video zadebiutuje 4. sezon "Reachera". Widzieliśmy już całą serię i argumentujemy, dlaczego raz jeszcze warto dać się porwać temu kultowemu bohaterowi.
Wydaje się, że dopiero co kibicowaliśmy Reacherowi w karkołomnej walce na śmierć i życie z Pauliem w finale 3. sezonu, tymczasem już jutro na Prime Video debiutuje nowa porcja odcinków hitowego akcyjniaka. Mało tego, powracający w tytułowej roli Alan Ritchson już zameldował się na planie sezonu nr 5, co oznacza, że na kolejną serię potencjalnie przyjdzie nam czekać jeszcze krócej. No i jak tu nie kochać tego serialu?
Reacher sezon 4 – o czym ta seria? Fabuła, jakiej nie było
Zbliżający się wielkimi krokami 4. sezon "Reachera" (widziałem przedpremierowo wszystkie osiem odcinków, a wy na start zobaczycie trzy z nich) oparto na 13. tomie bestsellerowego cyklu Lee Childa. Wydany na naszym rynku tekst pt. "Jutro możesz zniknąć" uznaje się za jedną z najlepszych odsłon serii – a jak będzie w przypadku adaptacji? Cóż, mam wrażenie, że lada chwila 4. sezon doczeka się podobnego miana.

Zacznijmy jednak od początku. Otwierająca scena umieszcza barczystego wędrowca w Filadelfii. Tuż po tym, jak Reacher kończy zajadać się przysmakami lokalnej kuchni, bohater wsiada do metra, a pozornie zwyczajna przejażdżka z punktu A do punktu B zostaje zwieńczona tragedią. Samobójstwo popełnia kobieta, jak szybko się okazuje, zatrudniona w amerykańskim rządzie. Pasażerka miała przy sobie coś, czego poszukuje wiele stron, w tym m.in. agenci federalni, CIA czy… indonezyjscy zabójcy.
Jak pewnie zdążyliście się już domyślić, naturalną konsekwencją jej śmierci jest to, że wszystkie oczy zostają zwrócone na Reachera. W otoczeniu tytułowego bohatera prędko pojawi się pochodząca z Indonezji Lila (piosenkarka Agnez Mo), dla której zawartość dysku ma kluczową wartość rodzinną. Szkopuł w tym, że pendrive zaginął bez śladu, a nam przyjdzie szukać go wraz z protagonistą i jego zupełnie odświeżonym (i bardzo nietypowym) składem.
Reacher – sezon 4 jak hollywoodzki blockbuster
W ślad za dyskiem – i prawdą o śmierci kobiety z metra – Reacher nie wyruszy bowiem z ekipą na wzór tej z 2. sezonu. W miejsce niezmordowanych ex-członków jego dawnej jednostki wojskowej otrzymujemy: zdegradowaną i zmęczoną służbą detektywkę (Sydelle Noel, "GLOW"), brata ofiary/małomiasteczkowego gliniarza (Chris Marquette, "Fanboys"), który nigdy w życiu nie widział trupa, a także przebrzmiałego pismaka (Kevin Weisman, "Runaways"), któremu blisko do Lee Raybona z doskonałych "Mroków Tulsy".

Sprytny zabieg Nicka Santory (showrunner) skutkuje niespotykaną wcześniej dynamiką i podkręceniem humoru, który szczególnie przydaje się w 4. sezonie "Reachera" – tym najbardziej brutalnym i niepozbawionym scen wymagających dramaturgicznego przełamania. Nowa porcja odcinków świetnie miesza ze sobą komedię sytuacyjną (wynikającą choćby z odmiennych charakterów członków ekipy) i bezwzględny dramat z tajemnicą sięgającą wstecz. Wszystko pozostaje utrzymane w konwencji rasowego kina akcji, które również… wyniesiono na wyższy poziom.
Nie będzie przesadą, jeśli porównam 4. sezon "Reachera" do kinowego spektaklu spod znaku "Mission: Impossible" (sam serial zresztą całkiem pomysłowo odnotowuje to nawiązanie blisko finału). To odsłona o blockbusterowych rozmiarach – wykraczająca daleko poza dotychczasowe ramy serialu pod względem stawki, rozmachu i natężenia akcji; manewrująca między barwnymi lokacjami (oprócz Filadelfii lądujemy m.in. w stolicy czy Baltimore); czy wreszcie robiąca pożytek z drużyny (Ethan Hunt też nie uratowałby świata w pojedynkę, prawda?).
Przy okazji 3. sezonu "Reachera" pisałem, że serial Prime Video najlepiej działa, gdy Ritchson zamienia się w samotnego wilka. Półtora roku później jestem zmuszony posypać głowę popiołem – albo przynajmniej tymczasowo zawiesić moje przekonania – jako że najnowsza odsłona daje nam skład, z którym nie chce się rozstawać. Każdy jest na tyle inny, by angażować w pojedynkę, wszyscy mają swoje uzasadnienie fabularne, a razem stanowią o werwie 4. sezonu.
Reacher – sezon 4 to największa i najlepsza z odsłon
Warto przy tym zaznaczyć, że ci z widzów/czytelników, dla których "ten prawdziwy Reacher" zawsze będzie obijał gęby w pojedynkę, mogą być 4. sezonem rozczarowani. To w końcu coś nieco innego niż bohater zapisany w zbiorowej świadomości odbiorców popkultury. Jasne, wszyscy towarzysze są tymczasowi i fabuła "zapomni" o nich w nowej serii, ale w tej odsłonie stanowią coś więcej – są nieodłączną częścią misji, a nie jedynie jej dodatkiem.

Podobną tezę można wykuć w kwestii sekwencji akcji 4. sezonu. Nie dość, że jest ich mnóstwo, to twórcy podnieśli sobie poprzeczkę kreatywności. Sceny usprawniono dłuższymi ujęciami i efektownymi needle dropami rodem z "Johna Wicka", a przy tym pozbawiono ich pretekstowości, która wcześniej potrafiła kłuć w oczy. W 4. sezonie nie ma mowy o spadkach jakości, w których scenariusz na siłę szukał Reacherowi kolejnych przeciwników między wątpliwie spójnymi fabularnie etapami.
Nowa seria – która w pewnym momencie czyni z protagonisty wroga publicznego nr 1 – potęguje akcję do tego stopnia, że czasem szukamy wręcz wytchnienia. Adwersarzy czyhających na życie Reachera jest co niemiara, a wielką zaletą jest różnorodność scenerii, w których doświadczamy naparzanki. Od dyskotekowych kręgielni, przez mroczne chłodnie, aż po zapadające się budynki – bić można się wszędzie, i to z wykorzystaniem elementów otoczenia, tak jak pan Jackie Chan przykazał.
4. sezon "Reachera" odhacza wszystkie wymogi znakomitej rozrywki, jaką daje kino akcji. Jest tu klasyczny MacGuffin, o który sprzeczają się rozmaite strony. Są fabularne zagadki i twisty, które – nawet jeśli zdolne do przewidzenia – pozostają angażujące, a także atrakcyjni (nie tylko wizualnie) bohaterowie z tym największym na pierwszym planie, który z sezonu na sezon jakimś cudem wydaje się jeszcze bardziej potężny. Reacher, chroń streaming od przeciętniaków i pokaż, jak robi się dobrą telewizję. Widzimy się (miejmy nadzieję) za rok.