"The Good Wife" (5x10): Serialowa doskonałość

Jeśli widzieliście 100. odcinek "The Good Wife", to już wiecie, jak wygląda serialowa doskonałość. Jeśli jeszcze nie widzieliście, nie czytajcie dalej - spoilery.

"The Good Wife" w tym sezonie jest nieprzyzwoicie wręcz dobrym serialem. Ale ten odcinek... ten odcinek podobał mi się co najmniej tak jak "Hitting the Fan", a chwilami myślę, że nawet bardziej (potem znów zmieniam zdanie, co chyba oznacza, że oba są tak samo świetne). Atmosfera wielkiego święta pojawiła się już w pierwszej sekundzie, kiedy to zobaczyliśmy tę piękną, okrągłą setkę na ekranie. Okazało się, że to licznik auta Kalindy, która przy dźwiękach świątecznej muzyki ścigała pewnego dobrze nam już znanego pana.

Ta setka była cudeńkiem, małą perełką, idealnym początkiem. A potem mieliśmy jeszcze 43 minuty takich wspaniałości, że aż nie wiem od czego zacząć wielkie chwalenie. Wszystko w "The Decision Tree" zagrało idealnie. Każda scena, każdy wątek, każdy dialog. Świąteczna muzyka, nadająca ironiczny wydźwięk komentowanym przy jej pomocy wydarzeniom. Josh Charles. Występy gościnne. Retrospekcje.

W sali sądowej rozegrała się bitwa, na którą czekaliśmy: pomiędzy dwojgiem dawnych kochanków, Willem i Alicią. Ta prawdziwa nie trwała długo, Will został zaskoczony i zmiażdżony. Nie to co tamta, która dzień wcześniej działa się w jego wyobraźni...! Tamta była szalona. Odezwały się stare wspomnienia, w efekcie czego wyobraźnia poniosła go jak nigdy, pozwalając uwierzyć, że coś wie o kobiecie, którą kocha, i jest w stanie przewidzieć jej reakcje.

"Kochałam cię". "Zmusiłaś mnie, żebym w to uwierzył i ukradłaś mi klientów"! Ta, również dziejąca się w wyobraźni, wymiana zdań, naładowana emocjami rodem z seriali Shondy Rhimes, to chyba najbardziej romantyczna scena sądowa, jaką kiedykolwiek widziałam. Serio, lepszej nie pamiętam! Josh Charles znów udowodnił, że potrafi. Uwielbiam takiego Willa: Willa, który pije, płacze, walczy sam ze sobą i pokazuje, jak uczuciowym potrafi być facetem.

Zmiksowanie batalii sądowej, której przedmiot stanowiły wszystkie testamenty Matthew Ashbaugha (John Noble), z flashbackami z czasów wielkiej szczęśliwości, to świetny zabieg. Niby chodzi o sprawę, a nie chodzi o sprawę. Niby mamy romans, ale kto aż tak wielkim fanem romansów nie jest, ma do śledzenia sprawę. Scenarzyści "The Good Wife" potrafią zadbać o nas wszystkich.

Fani politycznych smaczków też coś dostali: Donnę Brazile, PR-owskie problemy związane z przyjęciem, na które miał wpaść znany morderca żon, a w zamian pojawił się dealer narkotyków, oraz bombę zrzuconą przez panią od etyki, z której brzucha wydobywa się muzyka. A w brzuchu siedzi mały... Peter. Chyba nie tylko Eli zareagował tak, jak zareagował, kiedy usłyszał imię dziecka Marilyn. Pół internetu zastanawia się teraz, czy gubernator jest ojcem. Drugie pół nie wierzy, że twórcy serialu mogliby nam zrobić coś takiego, i jednak liczy na to, że tylko się z nami droczą. Zgadnijcie, do której połowy należę.

Wątek Kalindy, uprawiającej grę w kotka i myszkę z Damianem, wypadł z tego wszystkiego najsłabiej. Scenarzyści znów balansują na tej cienkiej linie, z której tak spektakularnie udało im się spaść na początku poprzedniego sezonu. Na razie nie narzekam, bo jak mogłabym narzekać, kiedy widzę Kalindę omawiającą z Jordano Spiro (którą lubię dużo bardziej, niż na to zasługuje jako aktorka) zalety różnych rodzajów broni. W łóżku. Po seksie. Jest super, ale obawiam się, że w tym szaleństwie znów może dojść do przegięcia, podobnego do wątku męża Kalindy. Jej postać nie tak łatwo poprowadzić: z jednej strony musi pozostać taka, jaka jest, z drugiej - nie może stać się w byciu sobą przesadna.

"The Decision Tree" to całe morze wspaniałości, które długo można by wymieniać: charakterystyczny, pełen cynizmu humor, mnóstwo pysznych one-linerów, słowne przepychanki w sali sądowej, starcie Veroniki i Jackie na przyjęciu, debiut Haydena w roli adwokata. Nawet zawartość lodówki Willa okazała się warta uwagi, bo oprócz oliwek i zapasu piwa znalazły się tam dobrze nam znane ogórki Krakusa.

Było wszystko i to dużo tego wszystkiego. A chaosu ani śladu! Scenariusz napisano idealnie, aktorzy odwalili kawał dobrej roboty, wszystko znajdowało się dokładnie tam, gdzie być powinno. "The Good Wife" w tym sezonie to czysta doskonałość, a 100. odcinek jeszcze się ponad tę doskonałość codzienną wybił.

Pozwólcie, że na koniec oddam głos "Polsce The Times", bo mnie się już wielkie słowa pokończyły.

Dokładnie tak!

REKLAMA