Seryjnie oglądając #7: Lecząc się śmiechem

Niewiele miałem w tym tygodniu do oglądania, ale to co leciało, było na wysokim poziomie. Zaskoczyło mnie na plus nawet "The Blacklist". Nie narzekam, co najwyżej kicham. Spoilery.

Nie spodziewałem się, że moje nagłe zamiłowanie do zdrowszego* trybu życia obróci się nieco przeciwko mnie. Zapewne wynika to z tego, że siłownie w parkach mają jedną zasadniczą wadę - nie są pod dachem. Mają w zamian ważną zaletę - są na świeżym powietrzu. W efekcie jednak kicham, a gdy kicham, to mam czas na zakopanie się pod kocem i oglądanie seriali.

Seriale złośliwe udają się jednak na świąteczne urlopy i większość już leniuchuje. Łutem szczęścia był więc powrót "A Young Doctor's Notebook" z genialnymi wręcz kreacjami Jona Hamma i Daniela Radcliffe'a. Rozpływałem się już z zachwytu w recenzji, że brytyjskim twórcom serialu udało się niemal oddać rosyjską duszę, którą tak ciężko pokazać poza Rosją i Polską. Zachwycałem się także grą aktorską, ale dopiero Wasze komentarze zwróciły mi uwagę na fakt, który przyjąłem z "dobrodziejstwem inwentarza". Mianowicie w "A Young Doctor's Notebook" świetnie oddany jest również charakterystyczny dla Bułhakowa czarny humor. Zapewne wynika to z tego, że Brytyjczycy są mistrzami czarnego (i absurdalnego) humoru.

Dalszym ciągiem terapii przeziębienia śmiechem okazał się być "Mentalista" post redjohnam. Na razie to było tylko wprowadzenie, więc trudno jeszcze oceniać, czy serial będzie się dobrze oglądało, czy wręcz przeciwnie. Jednak sporo mieliśmy zabawnych sytuacji, które może nie wywoływały wybuchów śmiechu, ale przyjemny uśmiech na pewno. Poza tym moment, w którym Patrick ściągał obrączkę z palca, był naprawdę dobrze wybrany i zagrany.

Dobrze zagrane było też "The Blacklist", w którym wreszcie działo się coś z sensem (tak, wiem... miałem sobie odpuścić, ale James Spader...). Do tego doszedł gościnny, stonowany i świetny występ Alana Aldy, którego wielbię od czasów "M.A.S.H." To był chyba pierwszy, po premierowym, odcinek "The Blacklist", w czasie którego nie ziewałem z nudów i nie przewijałem do przodu nawet przez sekundę. Zapętlenie intrygi zaczyna mi się wreszcie podobać.

"The Blacklist" było jednak przerwą od śmiechoterapii, którą kontynuowałem na 99. posterunku. Peralta i spółka próbowali, z różnym skutkiem, przejść samych siebie, ale show skradli Terry i uśmiechająca się Rosa. To, co Terry robił na kozetce u psychiatry, powinno go (w normalnym świecie) wysłać na oddział zamknięty. Na szczęście to był Brooklyn i udało mu się trafić we właściwe miejsce we właściwym czasie. A polowanie na uśmiech Rosy było naprawdę, ale to naprawdę fascynujące. Uśmiechnęła się dopiero... A, nie będę spoilerował.

Na deser miałem "South Park" i dalszy ciąg nabijania się z "Gry o tron". To było ostatecznie nadejście zimy, gdyż "South Park" nadszedł wraz z śniegiem i mrozem. Ale gdy człowiek przez dwadzieścia minut tarza się ze śmiechu, to naprawdę nie czuje zimna. Wszystko było tu zgrane idealnie, a styl w jakim wyśmiano wszystko od anime, przez "Grę o tron", filmy wojenne po tradycyjne szturmy na sklepy był rewelacyjny. No i, jak to w "Grze o tron", wesele musiało się skończyć krwawo. Wróć, to były zakupy. Ale co za różnica?

Zwróciliście uwagę na tatuaże Billa Gatesa?

A co Wy widzieliście w tym tygodniu? Piszcie w komentarzach, tweetujcie i obserwujcie mnie, a także Serialową na Twitterze, bo to właśnie tam mamy zwyczaj prawie na żywo pisać o tym, co oglądamy. Jeśli też coś fajnego oglądacie i chcecie podzielić się tym z nami, używajcie w tweetach hashtagu #serialowa. My Wasze wpisy odnajdziemy i oczywiście na nie odpowiemy.

Do następnego.

*Palenia i piwa rzucać nie zamierzam. A co!

REKLAMA