"Zmora" to nowy kryminał HBO Max z Cielecką. Sprawdzamy, czy warto oglądać – recenzja serialu
Nikodem Pankowiak
2 października 2026, 07:58
Czy potrzebujemy kolejnych polskich kryminałów? Od dawna uważam, że nie, choć publika zdaje się nie rozumieć mojego nastawienia. Nie wykluczam, że z widzami rozminę się także w kwestii oceny serialu "Zmora" od HBO Max.
Czy potrzebujemy kolejnych polskich kryminałów? Od dawna uważam, że nie, choć publika zdaje się nie rozumieć mojego nastawienia. Nie wykluczam, że z widzami rozminę się także w kwestii oceny serialu "Zmora" od HBO Max.
"Zmora" to kolejny, już piąty w tym roku, polski serial HBO Max. Produkcja, którą oparto na wydanej kilka lat temu książce Roberta Małeckiego, wyreżyserowana przez Łukasza Jaworskiego ("Pajęczyna") i napisana przez duet Kacper Wysocki (Klangor") i Adam Guziński ("Wspomnienie lata"), zabiera widzów do mrocznego Torunia i szykuje dla nich kolejną wielką kryminalną zagadkę. A przy okazji zmusza nas do zadania sobie pytania – czy w tym gatunku Polacy mają jeszcze cokolwiek ciekawego do powiedzenia?
Zmora – o czym jest polski serial kryminalny HBO Max?
Serialowa historia rozpoczyna się od licealnego zjazdu, na którym najjaśniej błyszczy gwiazda kontrowersyjnej dziennikarki Kamy Kossowskiej (Magdalena Cielecka, "Chyłka"), która po latach wróciła, w teorii na chwilę, w rodzinne strony. I jak to w kryminałach bywa, taki powrót musi uruchomić lawinę wspomnień i pytań, które przez lata pozostawały bez odpowiedzi. Bo – niespodzianka! – Kama nosi w sobie traumę spowodowaną tajemniczym zaginięciem jej przyjaciela trzydzieści lat wcześniej.
Teraz – kolejna niespodzianka – ta sprawa wraca do niej jak bumerang, a na światło dzienne zaczynają wychodzić nowe fakty. Oto bowiem komisarz Tomasz Korcz (Piotr Żurawski, "Przesmyk") po wielu latach ponownie otwiera sprawę zaginionego Piotrka.

Policjant jest przekonany, że ojciec Kamy (Olek Krupa w wersji współczesnej i Piotr Głowacki w retrospekcjach), który przed laty prowadził tę sprawę, wie o niej znacznie więcej niż mówi. Czy faktycznie może być tak, że Kama przez lata żyła w kłamstwie, które wreszcie zacznie się rozpadać? I czy zaginięcie jej przyjaciela może mieć cokolwiek wspólnego ze śmiercią jej matki (Michalina Łabacz, "Scheda"), która zginęła w wypadku samochodowym pod koniec 1981 roku.
"Zmora" rozgrywa się więc na trzech płaszczyznach czasowych – współcześnie, w latach 90. oraz w latach 80. Przeszłość zaczyna łączyć się z teraźniejszością, głęboko zakopane przed laty tajemnice wychodzą na światło dzienne, ale czy to wszystko doprowadzi do rozwiązania, które będzie dla widza satysfakcjonujące? Tego niestety nie wiem, bo przedpremierowo mogłem obejrzeć jedynie pięć z zaplanowanych sześciu odcinków. Biorąc jednak pod uwagę to, co zobaczyłem do tej pory, mam pewne obawy.
Zmora – czy serial HBO Max to dobry kryminał?
Niestety, ale "Zmora" jest serialem prawdopodobnie najtrudniejszym do recenzowania. Jest bowiem do cna nijaka, nie ma tu absolutnie nic, co mogło budzić w widzu jakiekolwiek emocje – czy to pozytywne, czy negatywne. Adaptacja książki popularnego autora wcale nie musi gwarantować sukcesu i właśnie dostaliśmy tego najlepszy przykład. Jest to o tyle zaskakujące, że bardzo cenię Kacpra Wysockiego za jego pracę przy "Klangorze", gdzie udowodnił, że potrafi tworzyć mocne kryminalne historie, które jednak równie mocno co na zagadce, opierają się na bohaterach. Tymczasem w "Zmorze" kryminalna zagadka nie działa, bohaterowie również szczególnych emocji nie budzą. I zastanawiam się, kto jest temu winien – Wysocki czy Małecki?
Przez pierwsze cztery odcinki miałem wrażenie, że kręcimy się w kółko – ciągle obserwujemy bohaterów (zarówno w teraźniejszości, jak i w retrospekcjach) w dokładnie tych samych sytuacjach, a sama sprawa posuwa się do przodu w ślimaczym tempie. Dopiero piąty, przedostatni odcinek zaczyna odsłaniać przed widzami pierwsze karty, wciąż jest ich jednak za mało, by móc uczciwie ocenić akurat ten "zagadkowy" aspekt serialu. Już teraz mogę za to z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że serial HBO Max nie wykorzystuje potencjału swoich bohaterów.

Najlepiej na ekranie wypada chyba Piotr Żurawski ("Przesmyk"), w przypadku jego komisarza Korcza widać jakiś pomysł na tę postać, lekko zadziorną, bezczelną, ale i zdeterminowaną. Mam jednak wrażenie, że wraz z kolejnymi odcinkami zaczyna się on rozmywać i finalnie ten bohater również staje się kroplą w morzu nijakości. Szkoda, że na ekranie częściej nie widzimy Łukasza Simlata, który zupełnie jak w "Pionku" kradnie każdą scenę ze swoim udziałem.
Zupełnie zawiodła mnie za to, i piszę to z bólem, Magdalena Cielecka w głównej roli. Aktorka zdaje się grać na autopilocie, w Kamie nie ma życia i nie ma charakteru, Nie będę osądzał, na ile to wina jej, przeciętnego scenariusza czy słabej reżyserii, efekt finalny i tak jest taki sam. Jeśli ktoś liczył na to, że w Kamie Kossowskiej zobaczy drugą Chyłkę, mocno się przeliczy. Dużym problemem jest już sam fakt, że o tej bohaterce nie dowiadujemy się zbyt wiele. Tak jakby główną jej cechą było to, że przydarza jej się cała ta historia, jakby definiowali ją wyłącznie zaginiony przyjaciel i zmarła matka.
Zmora – czy warto oglądać polski kryminał HBO Max?
Bohaterowie są więc miałcy, a sama historia wlecze się niemiłosiernie, rzadko kiedy zaskakując widza. Przez kilka pierwszych odcinków mamy wrażenie, że retrospekcje naprawdę mogłyby zostać ograniczone do minimum, bo rzadko kiedy cokolwiek wnosiły. Ciekawiej zrobiło się dopiero wtedy, gdy zaczęliśmy zaglądać do roku 1981 i lepiej poznawać historię zmarłej matki Kamy. Mam jednak wrażenie, że w serialu źle rozłożono akcenty – niektóre wątki mogłyby zostać lepiej rozwinięte (dajcie więcej Simlata!), innych – jak sytuacja rodzinna faceta Kamy – mogłoby po prostu nie być i serial nic by nie stracił. Jak na to, że na ekranie dzieje się niewiele, wrażenie chaosu jest spore.

Zazwyczaj w kryminałach jest tak, że ich miejsce akcji staje się także jednym z bohaterów całej opowieści, widoczne było to nawet w skrytykowanym przeze mnie niedawno "Pionku" od SkyShowtime. Tymczasem "Zmora" idzie w kompletnie przeciwnym kierunku – choć akcja dzieje się w Toruniu, nie ma tutaj żadnej lokalnej specyfiki. Równie dobrze w którymś z odcinków twórcy mogliby zmienić miasto na Rzeszów i prawdopodobnie nie zrobiłoby nam to żadnej różnicy. Zdjęcia kilku ładnych brukowanych uliczek w centrum to trochę za mało, byśmy mogli poczuć klimat tego miejsca. Może by ktoś chociaż wspomniał o piernikach albo o Rydzyku, co?
"Zmora" to serial niepotrzebny, udowadniający tylko, że w gatunku kryminałów na rodzimym rynku dochodzimy już coraz częściej do ściany. I oczywiście, produkcję HBO Max można obejrzeć, jak najbardziej, zasadne pozostaje jednak pytanie – po co? To wszystko już gdzieś było, bardzo często w znacznie lepszym wydaniu. To, że Polacy wciąż kochają kryminały i ta miłość zdaje się nie słabnąć, nie oznacza, że trzeba im serwować półprodut, a za taki właśnie uważam "Zmorę".