10 nominacji do Złotych Globów, na które liczę

"Orange Is the New Black" (Fot. Netflix)

"Orange Is the New Black" (Fot. Netflix)

Jutro ogłoszone zostaną nominacje do Złotych Globów i jak co roku możemy spodziewać się niespodzianek. Oto 10 nominacji, na które bardzo liczę.

Na początek wyjaśnienie: w poniższej wyliczance nie wymieniam tych, dla których nominacje są oczywistą oczywistością, np. "Breaking Bad" i aktorów z tego serialu. Skupiam się tylko i wyłącznie na ewentualnych niespodziankach. Ci, którzy śledzą Złote Globy co roku, wiedzą, że co roku trochę ich się zdarza. Oto, na co ja szczególnie liczę w tym roku. Oczywiście tylko w kategoriach telewizyjnych, bo filmowymi na Serialowej się nie zajmujemy.

1. Najlepszy dramat: "Orange Is the New Black". Trochę mnie dziwi, że nowy serial Netfliksa startuje w kategoriach dramatycznych, a nie komediowych (w komediowych miałby większe szanse), ale skoro już startuje, to niech się do najlepszej piątki załapie. Bo nie było w tym roku świeższej premiery, lepiej napisanych bohaterów ani inteligentniejszego miksu komedii z dramatem. Nominacji życzę też "House of Cards" i "The Good Wife". Ale wygrać musi "Breaking Bad". W tym roku po prostu nie ma innej opcji.

2. Najlepsza komedia: "Arrested Development". Kultowy niegdyś serial powrócił i podzielił krytyków. Ja należę zdecydowanie do osób zachwyconych, zarówno poziomem humoru, jak i konstrukcją scenariusza. Było co prawda parę słabszych odcinków na początku, ale "Arrested Development" to wciąż pierwsza liga. Przydałaby się też nominacja dla "Parks and Recreation", której rok temu tak bardzo zabrakło.

3. Najlepsza aktorka w dramacie: Tatiana Maslany. Ta dziewczyna musi wreszcie dostać przynajmniej nominację, bo to, co wyprawiała w "Orphan Black", przechodzi moje pojęcie. A trochę już w życiu widziałam. Nie zmartwią mnie też nominacje dla Taylor Schilling ("Orange Is the New Black") i Lizzy Caplan ("Masters of Sex").

4. Najlepszy aktor w dramacie: Michael Sheen. Nie wiem, czy dostrzeżenie jego roli w "Masters of Sex" należy postrzegać w kategoriach niespodzianki, w końcu to aktor z dużego ekranu, który zstąpił na mały ekran. Takich zawsze przynajmniej nominują. Nie uważam też, żeby miał jakiekolwiek szanse w tym roku w starciu z Bryanem Cranstonem. Ale liczę, że o nim nie zapomną.

5. Najlepsza aktorka w komedii: Amy Poehler. OK, nominacja jest pewna, ale czy Amy Poehler mogłaby w końcu wygrać? Prooooszę!

6. Najlepszy aktor w komedii: Jim Jefferies. Tak, proszę państwa, pod nieobecność Louisa C.K. chcę nominacji dla nieokrzesanego Jima z "Legit". Na dostrzeżenie serialu nawet nie liczę, ale on... ten słodki, bezczelny, gruby, seksowny drań zdecydowanie zasłużył na bycie jednym z pięciu najlepszych. Mam też nadzieję, że Jason Bateman ("Arrested Development") nie zostanie tutaj pominięty.

7. Najlepszy aktor drugoplanowy: Will Arnett. Jak ja bym chciała tutaj zobaczyć GOB-a! W tym roku to on był dla mnie królem w "Arrested Development", to odcinek z nim w roli głównej był najlepszy, to on mnie rozśmieszał jak nikt inny. Ale raczej nie ma szans nawet na nominację. Prędzej dostrzegą Jasona Batemana. Spośród występów w serialach dramatycznych wyróżniłabym Hugh Dancy'ego w "Hannibalu" i Pattona Oswalta w "Justified".

8. Najlepsza aktorka drugoplanowa: Taryn Manning. Taryn Manning, czyli wkurzająca, ale i genialna Pennsatucky z "Orange Is the New Black". Serial Jenji Kohan pełen jest rewelacyjnych postaci drugoplanowych, jeśli jednak mam wybrać tylko jedną, to będzie właśnie ona.

9. Najlepszy miniserial: "Luther" i "The Fall". "Top of the Lake" na pewno dostanie nominację, tych dwóch już taka pewna nie jestem. Oba zasługują - "Luther", bo odszedł z klasą; "The Fall", bo niespodziewanie stał się jedną z najbardziej wciągających nowości serialowych tego roku.

10. Najlepszy aktor w miniserialu: Idris Elba. Nagrody dostać nie ma szans, ale na nominację zdecydowanie zasłużył. Co do aktorek nie mam żadnych życzeń. Powinna wygrać Elisabeth Moss i wygra Elisabeth Moss.